sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
05 września 2013

Mieszane uczucia w sercu

Muzeum kolekcjonuje obecnie sztukę, która staje się zalążkiem przyszłej, stałej ekspozycji. Od maja prezentuje nam to, co udało mu się dotychczas zgromadzić. A jest to wiele nazwisk fundamentalnych dla polskiej sztuki, od Wróblewskiego, Szapocznikow, przez Robakowskiego, Bałkę i Wodiczkę, po Althamera. Pojawiają się również znani artyści zza granicy, wystawa bowiem nosi miano "międzynarodowej".

Paweł Althamer Burłacy, źródło: www.artmuseum.pl

W broszurze do wystawy czytamy, że prace budują kilka przecinających się osi tematycznych, takich jak globalizacja historii sztuki, związki między miastem a współczesną produkcją artystyczną, emancypacyjne narracje w sztuce, problematyka (konstruowania) pamięci i historii, język i etyka nowoczesności, społeczne zaangażowanie artystów, a także manifestacje duchowości.

Wszystko to brzmi pięknie. Poważnie. A nawet dosyć interesująco… Jednak z jakimi myślami w głowie ja opuściłam wystawę? Mówiąc „ja”, mam na myśli młodą osobę, która dopiero oswaja się ze sztuką nowoczesną.

Oczekujecie pewnie teraz albo słów zachwytu, albo miażdżącej krytyki. Nie będzie jednak żadnego z nich. Bowiem ja… poczułam niewiele. To idealne określenie na fakt, że wystawa nie wywarła na mnie większego wrażenia. Oczywiście, prezentuje wielu zagranicznych twórców, Muzeum uporało się z problemem zagospodarowania trudnej przestrzeni jaką jest Emilka i pokonując znane nam wszystkim przeciwności losu zgromadziło na tej powierzchni 300 dzieł sztuki, spośród których 150 możemy oglądać na wystawie. I za to im chapeau bas!

Jednak, gdy spojrzałam na wystawę już nie przez pryzmat tych okoliczności, poczułam się zawiedziona. Brak na niej dzieł monumentalnych, zapierających dech w piersiach. Być może Muzeum stawia na mniejszą dosłowność, pragnąc zmusić nas do osobistej kontemplacji dzieł, interpretowania ich na własny sposób – jednak i w takim, poniekąd słusznym podejściu, zabrakło dopracowania pewnego istotnego szczegółu. Widz, odbiorca dzieła będącego coraz częściej interaktywnym, staje przed pracą. Jeden widzi ją po raz pierwszy, drugi już kolejny raz odwiedza wystawę, by dość do ładu z własnymi myślami. W ich głowach tworzy się pewna interpretacja, którą chcieliby skonfrontować z wizją artysty - i tu historia się urywa, ponieważ nie mają możliwości zrobić tego na miejscu. Tylko cześć dzieł opatrzonych jest tabliczką, która oprócz autora i tytułu coś ma nam przekazać. Uważam, że przez to wiele walorów prac pozostaje niezauważonymi. Ja również jestem przeciwna podawaniu na tacy gotowej interpretacji dzieła, przekazywaniu na siłę „co autor miał na myśli”, wszak każdy z nas jest w stanie wykrzesać z siebie choć trochę bez pomocy "gotowców". Jednak czasem krótki życiorys autora,  historia wskazująca na jakiś okres jego twórczości, osadzenie pracy w pewnym kontekście, znacznie ułatwia jej zrozumienie.

Chcąc uzyskać choć trochę informacji od osoby, która na co dzień obcuje ze sztuka i której prezentowane w Muzeum dzieła są bliskie, wybrałam się na niedzielne oprowadzanie. Niestety, na miejscu okazało się, że nastąpi zmiana oprowadzającego. W zastępstwie zwiedziliśmy ekspozycje w towarzystwie niezwykle sympatycznej pani, która na co dzień pracuje z dziećmi. Wydawało mi się, że nie odegra to większej roli. Jednak gdy przy słynnej instalacji Libery, pt. „Lego. Obóz koncentracyjny”, wspomniała o tym, że koncern Lego "zezłościł się" na artystę, zrozumiałam co mi w niej nie odpowiada. Otóż ona była aż... za sympatyczna, przez co momentami czułam się jak dziecko, które odwiedziło Muzeum na wycieczce szkolnej.

Odniosłam wrażenie, że znaczna ilość prac nawiązuje do trudnej sytuacji MSN, przemycając w dziełach wołanie o zauważenie jego tułaczej doli. Sam tekst do wystawy tłumaczy, że jej tytuł zaczerpnięty został z powieści Johna M.Coetzee'ego, gdzie „serce kraju” jest dziurą, pustką, trudnym do zaspokojenia fantazmatem fizycznego spełnienia i dojrzewania (tożsamości, ciała, identyfikacji ze wspólnotą). W kontekście Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie tytuł ten odnosi się w dużej mierze do planowanej lokalizacji tej instytucji - placu Defilad, niegościnnej „wyrwy” w centrum stolicy, jak i do modernizacyjnych tęsknot, których artyści i instytucje sztuki stają się często moralnymi zakładnikami. Symbolem trudu, jaki wiąże się z brakiem stałej siedziby, są „Burłacy" Pawła Althamera. Rzeźba, nawiązująca do XIX-wiecznego obrazu Illi Riepina „Burłacy na Wołdze", przedstawia ludzi ciągnących makietę projektu Christiana Kereza. Ich twarze nie są jednak przypadkowe - to oblicza pracowników Muzeum. Kolejna praca, nawiązująca tym razem do utopijnego projektu muzeum jest instalacja Yon Friedmana. Konstrukcja z metalowych prętów o okrągłym bądź eliptycznym kształcie ma wskazywać na to, że Muzeum to nie sam budynek, a głównie dzieła i autorzy. Architekt nawiązując do tej idei zauważa, że to budynek muzeum, poprzez swą otwarta formę, powinien dostosowywać się do sztuki, a nie na odwrót. Inne prace wskazujące na sytuację MSN, to chociażby witający nas w wejściu głos, literujący słowo M u z e u m, którego całość rozbita jest na poszczególne części.Mieszane uczucia w sercu

Kolejne dzieła, które, choć z założenia tak różne, łączy jakiś czynnik, to te o silnym wydźwięku społecznym. Ciekawy pokaz slajdów pt. Śpiący, czyli Francis Alys dokumentujący ludzi śpiących pod gołym niebem z poziomu chodnika, Altzhamer ze swym interaktywnym pomnikiem Pana Gumy z Pragi i znacznie mniej interesująca Praca Michała Budnego pt. Legowisko Bezdomnego, przedstawiająca architektoniczny model zwykłego posłania z kartonu - wskazują na pewną część społeczeństwa, która stała się już dla nas codziennym widokiem, tak oczywistym, że z czasem aż przestajemy ją zauważać.

Mijając wielkie, choć według mnie niedopracowane zdjęcie Libery, zapewne przeszłabym obojętnie obok sterty banknotów leżących na podłodze. A jednak historia z nimi związana sprawiła, że jest to jedno z dzieł, które najbardziej zapadło mi w pamięć. Rzeźba, Pratchaya Phinthong (Hakuna Matata) Tak się składa, że jesteśmy ludźmi pochodzącego z Tajlandii artysty dotyczy poważnego problemu. Wystarczy przyjrzeć się banknotom, żeby uświadomić sobie, iż nie są to ani dolary, ani euro, ani nawet tajskie bhaty, a najsłabsza waluta na świecie — dolar Zimbabwe, w chwili obecnej zawieszona w użyciu. Równowartość 5 tysięcy euro to kwota, za jaką została sprzedana inna praca artysty. Pratchaya Phinthong dokonał jednak wymiany na pieniądze z Zimbabwe. W ostatnich kilku latach lokalna waluta przechodziła tam trzy denominacje. Rekord padł pod koniec 2009 roku, kiedy wyemitowany został banknot o nominale 100 trylionów dolarów. W kilka tygodni później siła nabywcza tego banknotu była równa trzem jajkom, a dziś oficjalnie obowiązującymi pieniędzmi są dolary amerykańskie. Jest to przykład pracy, w której każdy z nas zobaczy poważny problem - trzeba jednak  choć przez chwilę zapoznać się z jej historią!

Wymienione dzieła najbardziej zwróciły moją uwagę, co nie znaczy, że obok innych przeszłam obojętnie. Oczywiście, możecie zarzucić mi ignorancje. Jak mogę oceniać wystawę obejmującą 150 prac, której poświęciłam zaledwie dwie godziny? Przecież by obejrzeć wnikliwie wyłącznie filmy, na co nie starczyło mi już czasu, należy spędzić w pawilonie Emilia kilkanaście godzin. Przyswojenie wszystkich dzieł wymaga wielokrotnych odwiedzin Muzeum. Stąd moje spojrzenie na wystawę jest tak naprawdę recenzją zaledwie jej wycinka. Być może kolekcja zyskuje przy kolejnych wizytach? Może gdybym ja, laik w kwestii sztuki nowoczesnej, odwiedziła Muzeum w inny dzień, gdy pot nie leje się z każdego strumieniami a duchota utrudnia skupienie się, odniosłabym inne wrażenie? A może wręcz przeciwnie – z każdą wizytą utwierdzałabym się w przekonaniu, że albo to ja muszę dorosnąć do sztuki nowoczesnej, albo kolekcja w Muzeum musi dorosnąć do światowego formatu…

"W sercu kraju"
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
Wystawa czynna do 6 stycznia 2014 r.
następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także