sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
28 listopada 2013

LUDZI TRZEBA KOCHAĆ!

O szalonych pomysłach w fotografii portretowej, szacunku dla modela i pokoleniu, które aparat nosi przy sobie zawsze - rozmawiamy z Tomkiem Sikorą.

Minął rok, fot. Tomasz Sikora
Z Tomkiem Sikorą spotykam się w kawiarni w centrum Warszawy.
On: przez 10 lat fotoreporter w „Perspektywach”, współpraca z czołowymi polskimi grafikami przy plakatach teatralnych i filmowych, fotografia reklamowa, moda, działalność artystyczna, wystawy i publikacje w Europie, USA, Australii. Liczne nagrody. Powołana do życia, wraz z Andrzejem Świetlikiem, dobrze nam znana Galeria Bezdomna.  I tak dalej, i tak dalej…

Ja: studentka fotografii, aktualnie zafascynowana różnorodnością jego prac. Dyktafon, kartka, długopis. Stres. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie.

MAGAZYN: Im dłużej przeglądam Pańskie projekty, tym bardziej myślę: „Co za w a r i a t!”. I jeszcze zaraża tym innych. Z jednej strony mamy projekt autoportretów Minął rok, na których niejednokrotnie sprawia Pan wrażenie człowieka nieco, przepraszam za słowo, zakręconego; z drugiej – Twarzowa kolekcja, podczas której chyba sam zachęcał Pan ludzi do wygłupów.

Tomasz Sikora: Nie zaprzeczam, takie było wręcz hasło.

Ludzie łatwo dają się zwariować? Trzeba przełamywać pewien rodzaj bariery?

Zacznę od początku. Pierwszym miejscem, w którym zdecydowałem się na taki zabieg, było australijskie Melbourne. Założenie wyglądało w ten sposób, że ludzie mogli przed aparatem fotograficznym zrobić to, czego im nie wolno lub nie wypada na co dzień. Od dziecka jesteśmy przecież wychowywani, idziemy do szkoły, mamy się uśmiechać, nie wolno nam robić grymasów. U dziecka, gdy coś mu się podoba, od razu pojawia się na twarzy uśmiech, gdy nie podoba – grymas. My, dorośli, ten uśmiech już sobie wyćwiczyliśmy, a grymas niechęci chowamy pod maską. Większość ludzi, gdy wraca do domu po ciężkiej pracy, rzuca torbę i zaczyna krzyczeć albo robi miny przed lustrem, żeby odreagować. Ja to zauważyłem i po prostu ściągałem ludzi z ulicy do sklepu z ciuchami, w którym w mikroskopijnej przebieralni ustawiłem flesz, krzesełko i mówiłem: „Słuchajcie, macie mi zrobić taką minę, jakiej nie wolno wam robić na co dzień. Ale macie tylko jedno podejście”.

Czyli to byli ludzie z ulicy?

Jak najbardziej. Potem taką sesję zrobiliśmy w Krakowie, w nowo otwieranej kawiarni Pauza. Na otwarciu było około dwustu osób. Nie minęła godzina jak – rozluźnieni już po lampce wina – ludzie ustawili się w kolejce do zdjęcia. Miałem ze sobą australijskie fotografie po to, aby pokazać im, że się da. I było fantastycznie, oni rzeczywiście poszli na całość. W sumie całe przedsięwzięcie trwało dziesięć lat i zebrała się z tego seria, którą nazwałem Twarzową kolekcją. Ale potem okazało się, że jest w tym coś więcej niż tylko zwykłe odreagowanie. Parę osób przepuszczało innych ludzi w kolejce do zdjęć i nie miało odwagi do mnie podejść. Dopiero gdy dali się sfotografować, nastąpił moment jakiegoś niesamowitego przełamania się. Wcześniej czuli się wyobcowani, bali się rozmawiać z innymi i ostatecznie to nieposkromiony śmiech zbliżył ich – w ich własnym przekonaniu – do reszty społeczności.

A jak to jest, gdy chce się uchwycić kogoś ciekawego na ulicy? Kiedy fotograf myśli sobie: „Ale będzie z tego zdjęcie!”, a potem przed obiektywem ta osoba niknie, nie jest przyzwyczajona, trzeba ją oswoić. Czy jest jakiś minimalny czas na to, by wykonać dobry portret? Ile trzeba z taką osobą przebywać?LUDZI TRZEBA KOCHAĆ!

O tym opowiem może a propos innego projektu, bo Twarzowa Kolekcja nie była serią portretów – opowieści o człowieku. To była zabawa tylko i wyłącznie z maską, z zewnętrznością. Natomiast z portretami mamy do czynienia przy projekcie Ludzie z mojej dzielnicy.

Tych modeli rzeczywiście zatrzymywałem na ulicy i mówiłem: „Słuchaj, masz taką wspaniała twarz, chciałbym ją zarejestrować. Chcę zrobić jedno jedyne zdjęcie i być może za parę dni cię odszukam, żeby zrobić kolejne”. Potem udało mi się odnaleźć połowę tych ludzi, co i tak było sukcesem. Ja ich prosiłem tylko o jedno: zero ekspresji na twarzy, spokój. Tym samym narzuciłem im jakiś charakter tego momentu – czyli to znowu nie jest subiektywny portret o kimś, tylko takie bardzo konkretne opowiadanie o jego zewnętrzności. Te portrety przypominają zdjęcia do paszportu, prawda? Dopiero potem, w momencie gdy trzymali już w ręku swoje zdjęcia, zaczęło się głębsze opowiadanie o nich.

A jak ci przypadkowi modele reagowali na Pańskie pomysły? Czy ktoś np. nie chciał już patrzeć na swoją twarz na fotografii, odmówił współpracy?

W tym projekcie zaledwie jedna osoba na sto dwadzieścia podarła swoje zdjęcie. Kilka osób się rozzłościło, co widać po podpisach pod zdjęciami. Dla przykładu, emigrant włoski napisał: „God fuck Australia”. Z kolei niektórzy ludzie potraktowali to humorystycznie, jakiś człowiek z radością napisał: „It’s me!”. Dla mnie to też było ogromne przeżycie, bo wyzwalało emocje, czasem skrajne, to fakt, ale jednak raczej pozytywne. Po raz pierwszy widziałem jak ludzie reagują na swoje portrety zrobione przeze mnie. To było coś wyjątkowego.

W tym roku robił Pan zdjęcia z okazji 100-lecia hotelu Francuskiego w Krakowie. Dla mnie ich magia polega na tym, że ci, często poważni ludzie, zachowują się jak dzieci. Są niesamowicie naturalni. Można by wręcz pomyśleć, że całe życie marzą o tym, by zjechać po poręczy…

I to kto! Naczelny „Znaku”! (śmiech)

Właśnie, ale czy każdy z portretowanych sam zaaranżował swój wizerunek, czy raczej zdawał się na Pańskie sugestie?

Większości wcześniej nie znałem, ale przed zdjęciami spotykałem się z nimi na kawie. Rozmawialiśmy spokojnie, nagle ja wstawałem i prosiłem, by dana osoba coś zrobiła. Bardzo ważne w portretowaniu ludzi, szczególnie tych, których się nie zna, jest przełamanie bariery nieufności, która zawsze istnieje. Bo człowiek, któremu robię zdjęcie, tak naprawdę nie wie, czy nie zrobię mu krzywdy, czy nie pokażę go niekorzystnie. Czasami faceci są bardziej wybredni niż kobiety.

Naprawdę? Mężczyźni?

Tak, mężczyźni. Na przykład mówią: „Ale ja proszę tylko ten profil, bo wolę lewy”. Czasami nie mam wątpliwości. Gdy przyszedł do mnie ojciec Knabit, o którym wiedziałem, że ma ogromne poczucie humoru, byłem pewien, że mam go zrobić w ruchu, emanującego energią i dowcipem. Z kolei mój przyjaciel Grzegorz Turnau to osoba, która kocha wino (wiedziałem o tym, bo wielokrotnie piliśmy je wspólnie). Sprowadziłem go więc do piwnicy i on sam wpadł na pewien pomysł. Ja go chciałem po prostu sfotografować przy beczkach z winem, a on zrobił jeden zaskakujący gest na chwilę. To wszystko są zdjęcia z ruchu, tam nie ma nic zastanego. Zdjęcie w ruchu daje nam gwarancję, że zobaczymy żywą osobę, bo kiedy ktoś czeka aż mu zrobimy zdjęcie i patrzy w obiektyw, to ma przy tym martwe oczy. Natomiast, gdy powiemy komuś, żeby zamknął oczy, nastawimy ostrość, zmienimy minimalnie naszą pozycję i potem krzykniemy na niego, to on otworzy oczy i nagle będzie musiał nas poszukać! Jeśli wstrzelimy się w ten właśnie moment, to będziemy mieli ten niesamowity błysk, życie w oku!

Tak, to chyba bardzo częsty błąd, gdy fotografowie mówią: „No dobrze, a teraz usiądź i spójrz w obiektyw”.

A wtedy zaczyna się. „A co ja mam robić, a co on ode mnie chce?!”. W fotografowaniu człowieka najważniejsze jest to, żeby mieć jak największą wiedzę na temat tej osoby. To tak jak w przypadku biografii: my piszemy opowiadanie serią zdjęć, musimy wiedzieć kim jest nasz bohater, co lubi. Dziś to bardzo proste: jeśli jest to osoba znana, to klikamy w Internecie i poprzez selekcję informacji możemy zbudować sobie obraz tej osoby i już przed pójściem na zdjęcia wymyślić jak tego faceta lub kobietę ugryźć.

Skoro jesteśmy przy nowszych projektach, może powie Pan kilka słów o Julii? To też są portrety, ale nie ma przy nich żadnego opisu. Jaki był zamysł?

Poznałem dziewczynę w kawiarni i byłem tak zauroczony jej urodą, że wykorzystałem jej twarz do kalendarza Wilanowa. Ale koniecznie chciałem zrobić jej serię portretów, pokazujących różne emocje. Do zdjęć pozowała przy głośnej muzyce Toma Waitsa, jej ulubionego muzyka. Do tej melodii układała się twarzą, emocjami. Na jej postać wyświetlane są cienie. Niewiele osób zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele zależy od oświetlenia. Jeśli nie ma światła – nie ma zdjęcia. Światło flaszowe z przodu spłaszcza twarz itd. Nawet jeśli nie zmieniamy wyrazu twarzy, to on zmienia się nieprawdopodobnie dzięki modelowaniu światłem. Julia na niektórych zdjęciach nie poznała samej siebie.

A propos techniki: gdy przeglądałam Pana prace z zakładki Personal work zauważyłam, że jest tam czterdzieści projektów, z czego dwadzieścia sześć jest w kolorze. Woli Pan kolor?

Ubóstwiam kolor, ale nienaturalny. W tych pracach nie ma naturalnego koloru. Jest albo zdeformowany, albo wymalowany, odwrócony lub zbudowany na bardzo grubym ziarnie. Uważam, że nie ma potrzeby pokazywać ludziom świata takim, jaki on jest. Dla przykładu: siedzimy tu w pomieszczeniu i Pani widzi mnie w kolorze skóry, to po jaka cholerę mamy robić takie samo zdjęcie? Ważniejsze jest pokazywanie znanej nam rzeczywistości w inny, zaskakujący sposób. Dlatego też reakcja prawie każdego człowieka na czarno-białe zdjęcie jest pozytywna, mówią, że jest fajne, ciekawe i nie zastanawiają się tak naprawdę czemu. A to dlatego, że oni przecież normalnie widzą rzeczywistość inaczej.

A skąd wziął się pomysł Galerii Bezdomnej?

W pewnym momencie szkoły fotografii zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu, a nie było galerii, nie było gdzie pokazywać swoich prac. Młodzi absolwenci dzwonili do mnie i do Andrzeja Świetlika, żebyśmy oceniali ich prace. Ale było ich tyle, że musielibyśmy poświęcać na to po dwanaście godzin dziennie. I wtedy wpadliśmy na pomysł, że są przestrzenie, nikomu chwilowo niepotrzebne, które mogą być miejscem spotkania z fotografią. To pozwala też fotografom zobaczyć się nawzajem, porozmawiać – tworzy się społeczność. W dalszej pracy takie doświadczenie może być bardzo przydatne.

Prowadzi Pan też warsztaty. Widzi Pan obiecujących młodych fotografów?

Coraz więcej jest obiecujących!

Dostrzegam, że moi rówieśnicy coraz częściej, gdy myślą nad tematem projektu, mówią w końcu: „Kurczę, ale to już było!”. Czy spotkał się Pan z podobnym podejściem, pewnymi problemami, blokadami, z którymi młodzi ludzie muszą się zmierzyć w związku z tym, że, faktycznie, wszystko już było?

To nie znaczy, że mamy nie próbować spojrzeć na to, co było, w nasz własny, nowy sposób. Na przykład portretowanie ludzi to wypadkowa modela i fotografa, jego postrzegania osoby portretowanej. Jeśli ja kogoś fotografuję, to jest to moje opowiadanie o nim, ale przez filtr tego, jak go postrzegam. To jest równocześnie portret fotografa. Swoje warsztaty zaczynam od podzielenia ludzi na dwuosobowe zespoły. Każda para musi pójść w odizolowane miejsce, usiąść w niewielkiej odległości od siebie, patrzeć sobie prosto w oczy przez 15–30 minut i zadawać pytania, które umożliwią stworzenie portretu psychologicznego. To jest niesamowite przeżycie, bo okazuje się, że ludzie, którzy znają się przez trzy lata ze szkoły, tak naprawdę nic o sobie nie wiedzieli. Dopiero po tej rozmowie mogą robić portrety. Ale nie fotografię twarzy, tylko tak, żeby na przykład tej twarzy na zdjęciu nie było w ogóle. Potem w drugim etapie już można działać twarzą. Mam listę dziesięciu emocji, z których można sobie wybrać większe lub mniejsze i je fotografować, wiedząc już jaka jest ta osoba i jak ją doprowadzić do tych emocji. To jest szalenie ważne, żeby być reżyserem zdjęcia. Wracając do pytania, nie ma takiego pojęcia, że wszystko już było. Bo ja cały czas, gdy oglądam zdjęcia, widzę zupełnie zaskakujące podejścia. Każdy fotografowany i każdy fotografujący jest inny, zatem ilość innych portretów mnoży się w nieskończoność. A dlaczego jestem takim optymistą i uważam, że fotografia będzie na coraz wyższym poziomie? Bo ogólnodostępna technologia sprawia, że każdy może zmierzyć się z fotografią, uruchomić wyobraźnię i odkryć w sobie radość fotografowania.

To wspaniałe podejście, bo dużo się mówi o tym, że powszechny dostęp do sprzętu obniża poziom fotografii.

Wręcz odwrotnie! Kiedy zacząłem fotografować, w latach 60., to ile osób było stać na aparat? Dzieci bogatych rodziców. W moim przypadku było tak: narzeczony mojej siostry, który pracował wtedy w prasie, przyszedł na randkę do nas do domu i nieopatrznie zostawił aparat na stole. Tak to się zaczęło… Gdybym wtedy chodził po wszystkich znajomych i dawał im ten aparat na godzinę, to być może parę talentów by nie przepadło?

Na koniec bardzo standardowo: ma Pan jakąś radę dla młodych fotografów?

Cały ten tekst jest radą. Przede wszystkim nie doprowadzić do takiej sytuacji: pewna moja znajoma, młoda dziewczyna, obiecująca aktorka, miała mieć sesję do znanego polskiego pisma. Gdy weszła do studia, fotograf przywitał ją słowami: „Ojej… to pani?”, ze zniechęceniem w głosie. Ona akurat jest silną osobowością, poradziła sobie z tym i powiedziała sobie w myślach: „Ja ci ku… pokażę, gnojku jeden!”. Ale większość osób by przepadła. Jeśli chcemy fotografować ludzi, musimy podejść do tego człowieka z pełnym szacunkiem i ogromnym zainteresowaniem. Jeśli nie lubimy ludzi, to w ogóle się tym nie zajmujmy. Trzeba ich po prostu kochać. I tyle. Z każdego da się wyciągnąć coś ciekawego, nawet jeśli obiektywnie byłby brzydki. Wystarczy, że się otworzy.

Aha, i jeszcze coś – warsztat. Jest najważniejszy. Trzeba pracować. Jak ktoś przychodzi na zdjęcia, to nie może czekać aż fotograf nauczy się ustawiać światła!

Bardzo dziękuję za rozmowę.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345

Zobacz także