sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
21 stycznia 2014

NIE MYŚLĘ. PO PROSTU FOTOGRAFUJĘ

Zima w końcu do nas przyszła (choć pogoda płata ostatnio takie figle, że nie byłabym zaskoczona, gdyby w momencie publikacji tego artykułu zaskoczyła nas wiosna), za oknem szaro, ekscytacja postanowieniami noworocznymi nieco już opadła, a na dodatek nad studentami wisi złowieszcze widmo sesji. Nie brzmi to zbyt wesoło. Mam dla Was coś, do czego z przyjemnością zajrzycie. Zdjęcia, które stanowią miłe oderwanie od natłoku obowiązków.

Dog legs, fot. Elliott Erwitt, fotografia z oferty kolekcjonerskiej Leica Gallery

Elliott Erwitt. Nawet, jeśli nie słyszeliście tego nazwiska, to choć raz musiały Wam mignąć przed oczyma jego fotografie. Nietypowa para na schodach (w tym człowiek z głową buldoga), manekin oglądający się za kobietą, skaczące psy, całująca się para w lusterku samochodowym… Rok temu trafiłam na wystawę Erwitta w Leica Gallery na Mysiej. Wiedziałam, kim jest autor, znałam jego prace, ale jedynie te najczęściej pokazywane, ikony. Tamta wystawa składała się z 50 fotografii wybranych osobiście przez Erwitta, był to swoisty przekrój przez sześć dekad jego twórczości. Chodziłam wśród zdjęć z uśmiechem na twarzy i zachwytem w głowie – bo taką reakcję wywołują zdjęcia Erwitta niemalże u każdego. Nawet ci, którzy na co dzień nie są fanami sentymentalnych fotografii piesków i kotków, na widok zdjęć Erwitta uśmiechną się. Jak tłumaczy sam autor – my dogs have character, not just cuteness. Z czasem zaczęłam przeglądać inne jego prace, natrafiłam też na nagranie z pokazu, na którym fotograf opowiada o swoich zdjęciach. Prezentacji towarzyszą salwy śmiechu. To wszystko tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to absolutny geniusz.  

Elliott Erwitt zaczął robić zdjęcia już we wczesnej młodości. Przez całe życie pozostał wierny fotografii czarno-białej, w kolorze fotografuje obecnie jedynie na zlecenie. Na przestrzeni wielu lat z ogromnego zbioru jego zdjęć powstawały cykle, które artysta stale kontynuował i poszerzał. Wydał ponad 20 albumów. Jest jednym z pierwszych członków prestiżowej agencji Magnum. Od 1952 roku Erwitt był fotografem niezależnym, pracującym dla magazynów Collier’s, Look, Life i Holiday. Początki jego kariery opisane są w książce Johna G. Morrisa - fotoedytora i członka Magnum - pod tytułem: Zdobyć zdjęcie. Moja historia fotografii prasowej (polecam!): Jednym z najlepiej zapowiadających się fotografików (…) był Elliott Erwitt, który odwiedził mnie w redakcji Ladies’ Home Journal. Przyjąłem taką zasadę, że zawsze spotykałem się z poważnymi fotografikami, bez względu na to, czy miałem dla nich jakąś prace, czy nie. Elliott okazał się odzianym w sweter, szczupłym, pozornie nieśmiałym, wyglądającym na nastolatka młodzieńcem, który miał już jednak dwadzieścia lat. Wręczył mi pakiet około czterdziestu zdjęć i stal w milczeniu.(…) Te fotografie nie miały nic, ale to zupełnie nic wspólnego z poetyką Ladies’ Home Journal. Były realistyczne, a zarazem surrealistyczne - oglądałem bowiem oto zadziwiające zdjęcia gołębi, masek, latawców, pomników, a także psów zachowujących się jak ludzie i ludzi zachowujących się jak psy. Zaintrygowały mnie, nie zdołałem jednak wyciągnąć z młodego fotografika nic więcej ponad to, że był bez grosza. Nie mogłem dać mu wtedy żadnych zleceń, a nawet gdybym mógł, nie miałem zielonego pojęcia jakie otrzymałbym zdjęcia. Elliott był jednak talentem, o którego rozwój należało zadbać. (…) Pewnego dnia, gdy Erwitt już wyleczył się nieco z nieśmiałości, wpadł do mnie do Nowego Jorku w odwiedziny. Miałem w gabinecie kartotekę z nazwiskami i numerami telefonów różnych fotografów, wyciągnąłem więc fiszkę Elliotta, żeby ją uaktualnić i okazało się, że od razu po naszej pierwszej rozmowie napisałem na niej: „Geniusz, i kropka”. Mieliśmy jeszcze potem okazję spotkać się w Magnum.

Większość swoich kadrów Erwitt wykonał przypadkiem, spacerując z nieodłączną Leicą w dłoni. Zwierzęta, plaże, życie w mieście, muzea - artysta spogląda na wszystko, co nas otacza ze szczególną inteligencją, a przede wszystkim humorem, choć nieraz czarnym. Lubi fotografować psy, ponieważ, jak tłumaczy: nie protestują i nie proszą potem o odbitki. Czasem do nich szczeka i czeka na reakcję. Nic dziwnego więc, że większość zdjęć Erwitta rozśmiesza, choć gdzieś między zabawną sytuacją możemy dostrzec drugie dno, interesujące relacje między bohaterami zdjęć, paradoksy czy kontrasty. Artysta perfekcyjnie dostrzega małe gesty, ciekawe historie w pozornie zwyczajnych sytuacjach. Warto też rzucić okiem na jego portrety, zarówno te Marilyn Monroe, Che Guevary, Fidela Castro czy Jacka Kerouaca, jak i na kadry z czasów, gdy był oficjalnym fotografem Białego Domu. W wywiadzie dla „Vision and Images” z 1981 roku (zwróćcie uwagę na ten klimat, Erwitt pali cygaro w studio telewizyjnym!) opowiada, że podczas pracy nad portretami ma zwyczaj zaskakiwania modela… trąbką rowerową, gdy ten próbuje sztywno pozować. Jeśli włączycie to nagranie, warto zauważyć, że dziennikarka dwoi się i troi zadając wyrafinowane pytania, szukając wyższego celu, zamysłu w zdjęciach, próbując wyciągnąć od Erwitta receptę na jego fotografie, tajemnicę ich sukcesu, a on, lekko rozbawiony tymi staraniami, odpowiada jej wielokrotnie: Nie wiem. Ja po prostu robię zdjęcia. Nie mogę analizować, studiować swoich kadrów długo przed wykonaniem. Jeśli zacznę, kadry miną, zanim zdążę je uwiecznić. Nie myślę. Po prostu fotografuję.NIE MYŚLĘ. PO PROSTU FOTOGRAFUJĘ

Zobaczcie więc co powstaje z „po prostu fotografowania”. Pośmiejcie się z absurdu niektórych kadrów i zachwyćcie ich trafnością. Odprężcie się przy nich. Ferdinando Scianna we wprowadzeniu do albumu „Unseen” posuwa się wręcz do, może nieco zbyt patetycznego, stwierdzenia: wiele osób mówiło mi, że zdjęcia Erwitta były dla nich bardzo pomocne. Jego albumy powinny być dołączane do „zestawów przetrwania”. W trudnych czasach książka Elliotta Erwitta może stać się niezastąpionym lekarstwem, które pomoże odzyskać chęć życia i wiarę w ludzkość. Krótko mówiąc, prace Erwitta mogą cię ocalić.

Nie wiem, czy zdjęcia Erwitta Was „ocaliły” – to chyba stwierdzenie mocno na wyrost, mam jednak nadzieję, że chociaż nieco poprawiły humor. Jeśli tak, to polecam też bardzo ciekawy wywiad, który przeprowadził z nim jego syn, Misha. Poruszają w nim tematykę ery cyfrowej i jej wpływu na fotografię.  Elliott Erwitt ma teraz 85 lat. Wciąż pracuje – jak sam twierdzi, nigdy zresztą nie pracował tak intensywnie i ciężko jak teraz. Powtarza uparcie: Moje najlepsze zdjęcie to to, którego jeszcze nie zrobiłem. Trudno w to uwierzyć, ale czekam z niecierpliwością.

Więcej prac Elliotta Erwitta

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także