sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
19 lutego 2014

ASYSTENT MISTRZÓW

Miałem szczęście pracować z najlepszymi. Przynosiłem im kawę, trzymałem blendy, dbałem o sprzęt, byłem świadkiem ich lepszych i gorszych humorów, a nawet ratowałem przed kryzysem małżeńskim. Obserwowałem Helmuta Newtona, Guya Bourdina, Patricka Demarchelier, Heriberta Brehma i Kena Browara, a z każdym z nich wiąże się jakaś anegdota.

fot. Guy Bourdin, źródło: fanpage Guy Bourdin1

Początki

Fotografią zajmowałem się już za czasów Solidarności w Polsce. Nie za bardzo wiedziałem, jakie jest moje zadanie, więc po prostu jeździłem za Wałęsą z aparatem… Tuż przed stanem wojennym trafiłem do Paryża, studiowałem tam i znalazłem pracę, co z czasem pozwoliło mi wynająć mieszkanie. Wówczas byłem jeszcze zupełnie nieświadom tego, że naprzeciwko niego znajduje się studio fotograficzne. Któregoś dnia zajrzałem do środka z pytaniem, czy nie potrzebują asystenta. Potrzebowali - zacząłem następnego dnia rano. Studio było wynajmowane do poszczególnych sesji, głównie reklamowych i modowych. Przez następne 4 lata poznawałem różnych wybitnych fotografów, z którymi z czasem zacząłem podróżować w roli asystenta.

Obowiązki asystenta

Najlepsze jest to, że fotograf w ogóle nie wie co robi i nie musi wiedzieć, ponieważ ma asystenta, który robi za niego niemalże wszystko. Mistrz tylko przychodzi i naciska spust. Nie musi się martwić prądem, odpowiednio przygotowanym studiem… Fotografia komercyjna na takim poziomie nie jest samotnym aktem twórczym. Tutaj w grę wchodzi cała ekipa i im większe budżety, tym jest ona większa. Asystent pomaga fotografowi, dba, żeby miał wszystko co mu w danej chwili potrzebne, łącznie z kawą. A jeśli sam nie daje rady, to musi umiejętnie oddelegować kogoś, aby załatwił to za niego.

Ekipa fotografa

Liczba osób uczestniczących w sesji za każdym razem się różni. Cała ekipa fotograficzna to jest fotograf, asystent i kropka. Ale czasem potrzebne są kolejne osoby - zależy dla kogo się pracuje, do czego są potrzebni członkowie ekipy. Do modelek zazwyczaj dochodzi makijaż, stylizacja. Jeśli jest scenografia, to do tego cała banda scenografów. Jeśli sesja jest na zewnątrz, to ciężarówka ze światłami i ludźmi do obsługi świateł.

Sesje wyjazdowe

Z czasem brałem udział głównie w sesjach wyjazdowych, nazwę je „wesołymi”, bo wtedy jeżdżenie nie było takie jak teraz, że wszystko jest dokładnie ustalone co, gdzie i jak. Wtedy ludzie się trochę wałęsali i robili przy tym fajne zdjęcia. Zazwyczaj wyjazdy trwały tydzień, a im lepsza gazeta, tym mniej sesji wykonywaliśmy w tym czasie. Druga, trzecia półka europejska robiła trzy sesje przez tydzień. Inaczej za to wyglądały wyjazdy do Hongkongu. Jak się jechało robić katalog, to przez 6 dni powstawały tysiące zdjęć. To było wszystko wyliczone niczym operacja chirurgiczna. W Hongkongu na sesjach katalogowych jest taki pan, który chodzi z kajecikiem. On w tym kajeciku ma dokładnie, co do godziny, rozpisane co musi być zrobione, albo co musi się w danym momencie dziać. A jeśli to coś się w danym momencie nie dzieje z powodu opóźnienia, to on szuka winnego tego opóźnienia. Taki winny musi zapłacić całej ekipie - czyli jeśli, przykładowo, makijażystka cztery minuty przeciągnęła sprawę, to dzieli się cały koszt sesji na minuty i winna płaci cztery minuty wszystkim. Nie można zapominać, że każde opóźnienie wiąże się też ze wzrostem kosztów wynajmu studia. To naprawdę było jak mechaniczna praca: modelki czekały na wejście na podium, robiło się im zdjęcie, oglądało polaroida i „neeeeext!”. To może brzmieć strasznie, ale taka była kolej rzeczy, bo jeśli firma w Hongkongu ma 250 modeli i chce mieć gwarancję dobrej jakości zdjęć, musi wziąć bardzo dobrego, drogiego fotografa. Kombinuje więc, jak zapłacić mu jak najmniej - poprzez skrócenie czasu sesji.

Helmut NewtonASYSTENT MISTRZÓW

Chyba każdy, kto interesuje się fotografią, kojarzy nazwisko Helmuta Newtona. Mistrz kobiecych aktów oraz mody. Newtonowi spodobało się to, że nie patrzyłem na modelki, tylko siedziałem do nich tyłem i zajmowałem się aparatami i oświetleniem. W tym czasie drugi asystent siedział na ławce z tyłu nic nie robiąc i patrząc się na piękne panie. Na sesjach u Newtona była zawsze cisza, nikt się nie odzywał, mimo, że wiele osób chętnie zabrałoby głos. W tej ciszy Newton odwrócił się do tamtego asystenta i nic nie mówiąc wskazał mu drzwi. Za nieróbstwo. Ja kilka dni potem otrzymałem telefon, czy nie chcę asystować podczas sesji w Austrii. Dzwonił Helmut. Na początku mnie zatkało i musiałem oddzwonić, ale tak to się zaczęło… Pewnie zastanawiacie się, jaki był stosunek Newtona do jego modelek. Otóż - obojętny. W pełni profesjonalny. Perwersja jego zdjęć wynikała bardziej z pomysłów jego żony. Często było tak, że to ona miała sporo pomysłów, a on je realizował. Pamiętam, jak któregoś dnia był nie w sosie, gdy zadzwonili do niego z Księstwa Monako z prośbą o sfotografowanie Stefanii, najmłodszej z córek, z okazji dorocznego Balu Róży. Bardzo się wkurzył, bo nie miał na to najmniejszej ochoty i powiedział „nie jestem fotografem natury martwej”…. Później przez rok musiał fotografować balety jako pokutę. Helmut Newton fotografował też świetnie śluby. Na ślubie Diane von Fürstenberg rozebrał połowę bawiących się dam. Dziś trudno w to uwierzyć, bo próba rozebrania jakiejś księżniczki na przyjęciu tej rangi wiązałoby się prawdopodobnie z wtargnięciem FBI. Helmut nie widział w tym nic dziwnego, uważał za naturalną rzecz, że ktoś się zgodzi na wszystko to, co wymyśli i chce zrealizować. Nie wyobrażał sobie, że może być inaczej. I z tego głębokiego przekonania wynikała jego skuteczność. Po prostu szczerze się dziwił, jeśli ktoś mówił mu, że czegoś w jego pomyśle nie rozumie. Odpowiadał wtedy „no zaraz zaraz, zamówmy jeszcze jedną butelkę wina, to porozmawiamy”. A potem był już na tyle sławny, że właściwie samo jego nazwisko pod zdjęciem było więcej warte, niż jakaś rozebrana pani, czy fakt jej nagości. Nikt mu już nie odmawiał, bo to było nobilitujące, że Helmut Newton chciał cię sfotografować. A w jakiej sytuacji - to już było drugorzędne. Dowodem jego renomy była reklama dla Yves Saint Laurent. Zdjęcie, na górze napis Yves Saint Laurent, a na dole hasło „PHOTO HELMUT NEWTON”. Znacznie większą czcionką niż nazwa reklamowanej firmy.

Newton zawsze używał tego samego aparatu, Hasselblada 500 C, który miał 25 lat. To był jeden z pierwszych modeli z lat 60, jeszcze ze srebrnymi obiektywami. Z czasem zrozumiałem, jak wielką rolę odgrywa porozumienie fotografa z modelem. Któregoś dnia robiliśmy z Newtonem sesję na dachu motelu Marmont - jego ulubionego hotelu, w ścianę którego uderzył podczas śmiertelnego wypadku samochodowego. Modelka za 150 tysięcy dolarów, najlepsza wtedy na świecie, wszystko ustawione, blendy, czekamy na to słońce, które ma dokładnie wpaść w kadr w odpowiednim momencie… Robimy na próbę polaroidy, jedne za drugim i w pewnym momencie Newton mówi: „coś mi tu nie wychodzi, to nie jest to”. On rzadko rozmawiał z asystentami, choć asystent miał u Newtona ten przywilej, że był zawsze najbliżej – bo kiedy on robił zdjęcia, to wypraszał wszystkich, łącznie z Yvesem Saint Laurentem z całą świtą, prócz asystenta. I mimo, że rzadko rozmawia z kimś podczas sesji, to odwraca się do mnie i mówi jeszcze raz „coś mi tu nie wychodzi, zobacz, polaroidy nie są takie jak to powinno wyglądać”. A modelka zestresowana, widzi, że mistrzowi coś nie pasuje. Robimy przerwę, drugi raz podchodzimy do tematu, ale wciąż coś nie gra. I Newton mówi: „wiesz, to tak właśnie jest, jak nie ma jakiegoś nawet udawanego, fajnego kontaktu między modelką a fotografem”. I kończy: „dzwoń do agenta, niech ją zabiorą”. I tak właśnie odesłał modelkę jak worek kartofli. To utkwiło mi w pamięci przez to, że nigdy nie słyszałem, żeby mówił komuś o potrzebie kontaktu z kimś na sesji. A tu okazuje się, że także dla niego to jest warunek dobrej sesji - musi być jakiś kontakt, nawet oparty na konflikcie, byle uczciwy i prawdziwy.

Guy Bourdin

Guya Bourdina, który tak jak Newton pracował między innymi dla Vogue’a, również poznałem w paryskim studiu. Robiliśmy sesje z żoną słynnego piosenkarza francuskiego. Zdjęcia przeciągnęły się do 3-4 w nocy. U Bourdina charakterystyczne było to, że sesje nie przebiegały tak jak teraz – wszystko naraz i jak najszybciej – tylko robiło się zdjęcia trzy godziny, potem wychodziło całą ekipą do knajpy, i znów wracało do studia. Albo i nie – czasem szło się gdzieś dalej i do studia wracało po nocy. Trochę taki cygański klimat. Pamiętam, jak podczas wyjazdu do Portugalii mijaliśmy się z jakimś samochodem na drodze i zbiło się lusterko. Bourdin uznał to za wybitny znak przyszłego nieszczęścia, pieczołowicie zebrał odłamki lustra w chustę i z tą chustą, niczym z relikwią, jeździliśmy szukać rwącej wody, która by ją porwała. Znaleźliśmy jedną wodę, która jednak według przesądnego Bourdina nie była wystarczająco rwąca… W końcu jednak udało się i po kilku godzinach sesji dla francuskiego Vogue wyrzuciliśmy kawałki lustra do rwącej wody. A uwierzcie, w północnej Portugalii klimat jest tak suchy, że znaleźć rwąca wodę w tych warunkach to naprawdę wyczyn…

Patrick Demarchelier

Im lepszy fotograf, tym łatwiej jest mu przepchnąć prosty budżet. Pamiętam, jak asystowałem Patrickowi Demarchelier, fotografowi znacznie mniej kontrowersyjnemu niż Bourdin czy Newton, podczas reklamy dla bodajże Calvina Kleina. Reklama za pół miliona dolarów, z Naomi Campbell, gdzieś w basenie na Wyspach, na których mieszkał. Sesja zaczęła się o 6 rano, a skończyła o 6:20. Przez 20 min zrobił wszystko - geniusz. Każdy inny zebrałby jakąś wybujałą ekipę, wygenerował ogromny koszt. Zdjęcie miało przedstawiać twarz Naomi Campbell zanurzoną nieco w basenie i o tej szóstej rano światło było idealne. Jeden asystent – ja – do tego jedna blenda, makijażystka, cztery butelki bardzo dobrego wina na śniadanie i mamy zdjęcie.

Heribert Brehm

Jeździłem też z pewnym niemieckim fotografem Heribertem Brehmem. Z nim zawsze było ciekawie, bo nie dość, że był bardzo wesołym człowiekiem, to na sesjach lubił się otaczać pięknymi paniami. Chyba mogę opowiedzieć tę anegdotę, skoro Brehm już nie żyje… Któregoś dnia robiliśmy sesję Mercedesa nad samą granicą między Monako a Francją. Brehmowi oczywiście towarzyszyła jakaś jego „przyjaciółka”. I któregoś dnia rano dostałem telefon, że muszę jechać na lotnisko, by odwieźć jedną modelkę i odebrać drugą, wszystko w ramach cięcia kosztów. Pojechałem więc do Nicei i patrzę, a kto wysiada z samolotu z modelką? Żona Heriberta. To nie był jeszcze czas komórek, ale mieliśmy samochody z telefonami satelitarnymi, więc ja dzwonię dyskretnie do Heriberta, o ile dyskretnie można coś powiedzieć na przednim siedzeniu wiedząc, że żona siedzi na tylnym. Usiłowałem to jakoś owinąć w bawełnę, wyjaśnić slangiem francuskim, trąbiłem, żeby ta żona nie słyszała… W końcu do niego dotarło i zdołał ukryć dziewczynę w szafie w innym pokoju i zapobiec tym samym rodzinnej katastrofie.

Z Brehmem najfajniej się jeździło, bo on był wielkim amatorem win. Wieczorami zawsze lądowaliśmy w jakichś knajpkach, co było bardzo przyjemną stroną sesji. Jak się chwilę zastanowię, to dochodzę do wniosku, że najbardziej się upodobniłem do tego, co on robił. On pracował w świetle naturalnym i głównie używając blendy, rzadko korzystał z lampy zewnętrznej… Nie mówię oczywiście, że tak jest lepiej czy gorzej, bo każda fotografia jest w pewnym sensie wartościowa.

Ken Browar i nieuważna stylistka

Na Jamajce z kolei…. Tam trzeba było mieć gotówkę na wszystko w tamtych czasach. Byłem tam jako asystent amerykańskiego fotografa Kena Browara, który miał 156 cm wzrostu i bał się wszystkiego. Trzeciego dnia ustaliliśmy, że jedziemy w jakieś miejsce odlegle o 80 km, ale drogi nie liczy się tam w kilometrach, tylko w godzinach. To było około trzech godzin jazdy po błotach, masakra. O 6 rano wstaliśmy, o 9 robimy tam zdjęcia, mając za przewodnika permanentnie „najaranego” faceta, jest godzina 18, wracamy. O 21 dojeżdżamy zmordowani, przychodzi blada stylistka i mówi: „zostawiłam sakiewkę z pieniędzmi na plaży”.  Miała 150 tys. franków i to były nasze jedyne pieniądze. Wtedy taka kwota na Jamajce to były mniej więcej trzy domy. Więc decyzja: co robimy? Jedziemy. Głęboka noc, zapierdzielamy na wspomnianą plażę, idziemy w tamto miejsce i sakiewka tam leży. Zaglądamy do środka… są wszystkie pieniądze. Siedem godzin leżały na plaży i wciąż tam były.

Asystowanie wiąże się z wieloma wspomnieniami. Sesje nie zawsze przebiegają bezproblemowo, modelki czasem grymaszą, zamiast słońca mamy deszczowy dzień, a i z humorem mistrza bywa różnie. Jednak praca z najlepszymi i możliwość obserwowania ich procesu twórczego na pewno daje szansę poznania branży fotograficznej „od kuchni”, a jest to cenne doświadczenie dla rozwoju przyszłego fotografa.

Opowieść na podstawie wywiadu z Michałem Dembińskim, kiedyś asystentem, dziś fotografem. 

Helmut Newton - www.helmutnewton.com
Guy Bourdin - www.guybourdin.net
Patrick Demarchelier - www.demarchelier.net
Heribert Brehm - www.heribertbrehm.com
Ken Browar - www.kenbrowar.com
następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 1234

Zobacz także