sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
21 marca 2014

PODRÓŻUJĄC NIESPIESZNIE

Anita Andrzejewska udowadnia, że miejsca przedstawiane zazwyczaj jako świat pełen barw i nasyconych kolorów, można pokazać za pomocą zgoła innych środków fotograficznego wyrazu.

fot. Anita Andrzejewska, Niespiesznie, materiały prasowe

Z Anitą Andrzejewską spotykam się w Leica Gallery. Na miejscu trwają przygotowania do wystawy, którą możemy oglądać do 8 kwietnia 2014 roku. Autorka fotografii dużo podróżuje. Indie, Birma, Laos, Kaszmir, Syria czy Iran - zdjęcia z takich miejsc zazwyczaj kojarzą nam się z reporterskim podejściem bądź światem pełnym barw i nasyconych kolorów. Okazuje się, że można je pokazać w zupełnie inny sposób, za pomocą aparatu analogowego, w czerni i bieli, z mocnym kontrastem, stosując niedopowiedzenie, grę światła i przede wszystkim: n i e s p i e s z n i e. 

Pierwszy raz wzięła Pani aparat do ręki na początku studiów. A kiedy pojawiła się pasja podróżowania?

Jeszcze później. W pierwszą dalszą podróż wyjechałam po studiach, odwiedzić moją siostrę w Australii. Z aparatem - z zamiarem fotografowania przy okazji. To było tuż po otrzymaniu Stypendium Twórczego Prezydenta Miasta Krakowa. Nie wiedziałam zupełnie co mnie tam spotka. W moich wyobrażeniach Australia była  bardzo nudnym krajem… i aparat miał być pewnym antidotum. Po pobycie u siostry w dużym mieście wybrałam się w podróż po pustyni, przejechałam przez całą Australię z południa na północ i wtedy łyknęłam tego bakcyla drogi. Tak już zostało – teraz wyjeżdżam najczęściej jak mogę.

Jaka była Pani droga do aktualnego stylu: czerń i biel, analog… Był to jakiś proces?

Jak zaczynałam fotografować, to nie było cyfrowych aparatów, więc  było to absolutnie naturalne. (śmiech) Natomiast nie zmieniłam tego świadomie. Czerń i biel to z kolei rejon, po którym poruszałam się, gdy robiłam grafiki.

Czyli kierunek studiów miał duży wpływ?

Na pewno tak.

Aparat analogowy jest rozwiązaniem dość nietypowym jak na te czasy - kiedy wszyscy, kolokwialnie mówiąc, „trzaskają tyle fot ile wlezie”. Ile średnio zdjęć przywozi Pani z wyjazdu? I ile czasu spędza Pani za granicą?

Około miesiąca, dwóch, różnie. Najkrócej miesiąc. Z takiego wyjazdu przywożę około 10-15 filmów. Nie jest to dużo zdjęć w przeliczeniu na klatki. Każdy film ma ich 36, trzeba pomnożyć razy 10... Chociaż okazuje się, że to jednak sporo, jeśli trzeba to potem obrobić własnoręcznie w ciemni.

Właśnie, wszystko obrabia Pani sama. Czy kiedykolwiek próbowała Pani to komuś zlecić?

Nie, nie próbowałam, bo przede wszystkim bardzo lubię pracę w ciemni, jej powolny, skupiony rytm i fizyczny kontakt z materiałem. Poza tym interpretacja negatywu jest bardzo indywidualną sprawą. Kiedyś wymiar odbitki przekroczył moje „możliwości pracowniane” i współpracowałam z osobą, która się tym zajmuje. Podobała mi się ta współpraca, ale byłam przy tym - robiliśmy to wspólnie - a był to człowiek, który się świetnie na tym zna. Jednak nie powierzyłabym tego zadania chyba nikomu w 100 procentach … Wiadomo, że każdy odciśnie na tym swoje indywidualne piętno.

Ile czasu spędza Pani średnio w ciemni nad jedną odbitką?PODRÓŻUJĄC NIESPIESZNIE

Jestem w stanie zrobić jedną do dwóch odbitek z nowych negatywów. Mówię o wyjściowych, wystawowych odbitkach, bo wcześniej są jeszcze wglądówki. Tym bardziej, że odbitka po wysuszeniu zmienia się i muszę poczekać jeden dzień i wtedy stwierdzić, czy mi odpowiada.

Podczas wyjazdów od razu fotografuje Pani analogiem, czy też zabiera cyfrę na rozeznanie?

Zabieram cyfrę ze sobą, ale robię nią inne zdjęcia. Używam jej do motywów bardziej reporterskich, przy migawkowych ujęciach, w których ważna jest celność i trzeba zrobić więcej ujęć jednego tematu. Czasem sprzedaję kolorowe fotografie do magazynów… Tak pobocznie. Czasem też trudno się powstrzymać, mając różne niesamowite widoki przed sobą - wtedy też robię cyfrą „pamiątkowe” zdjęcia.

Jak wyglądają przygotowania do takiej podróży? Spędza Pani dużo czasu wertując strony, przewodniki, czy po prostu jedzie na tak zwany „żywioł”?

Przewodników używam do logistyki: gdzie spać, jak dojechać. Interesują mnie fakty, tło historyczne, polityczne i kulturowe, które pozwala zrozumieć sytuację. Czytam reportaże, dobrą literaturę drogi. Moim ulubionym pisarzem jest Nicolas Bouvier. Ostatnio, przed wyjazdem do Argentyny, wczytałam się w Bruce'a Chatwina „W Patagonii”. Te inspiracje w dużej mierze dotyczą sposobu przeżywania i sposobu oglądania miejsc, pobudzają wyobraźnię, działają na emocje. Staram się też nawiązywać jakieś kontakty na miejscu, jeśli to możliwe.

A nocuje Pani u miejscowych, czy raczej w hotelach?

Różnie, gdzie się da. Najczęściej w niedrogich hotelach czy hostelach. W Birmie, na przykład, prywatne nocowanie jest niemożliwe, zakazane. Szukam też kontaktów z ludźmi, którzy zajmują się podobnymi rzeczami, z którymi możemy się potencjalnie dobrze rozumieć na tej płaszczyźnie. Na przykład korzystam ze portalu "lightstalkers", dla fotografów i dziennikarzy, przez który można znaleźć kolegów po fachu na całym świecie. Szukam też kontaktów przez podróżujących znajomych z ludźmi, którzy mogą na miejscu wprowadzić mnie w swój świat i jestem otwarta na wszelkie nowe znajomości. Bo takie przewodnikowe zwiedzanie… to kompletnie nie tędy droga.

A jak radzi sobie Pani językowo w tych podróżach? Korzysta Pani z pomocy tłumacza?

Nie korzystam. Najczęściej jeżdżę sama, ewentualnie z jeszcze jedną osobą towarzyszącą. Na początku mojego podróżowania bardzo często wracałam w te same miejsca i zawsze chciałam poznać język, żeby móc się dogadać, ale i lepiej zrozumieć kulturę. Wyjeżdżałam kilka razy do Indii, potem kilka razy, rok po roku, do Iranu. Liznęłam więc hindi, trochę farsi i zaczęłam coś tam mówić. Z czasem jednak przyszły wyjazdy w nowe rejony i stwierdziłam, że po prostu nie dam rady nauczyć się tych wszystkich języków. Bazą jest angielski, to jest naprawdę absolutna podstawa, a inną metodą jest komunikacja pozawerbalna. Jest to bardzo ważne, jeśli nawet nie ważniejsze. Myślę, że język nic nie pomoże, jeśli sami nie stwarzamy platformy otwartości do porozumienia.

Aparat w tym przypadku bardziej pomaga czy zawadza?

Myślę, że działa różnie. Z jednej strony w pewnych miejscach usprawiedliwia moją obecność, bo ludzie się już tak bardzo nie dziwią, po co tam jestem i co tam robię. Bardzo rzadko zdarzają mi się sytuacje, że ktoś bardzo ostro oponuje widząc, że go fotografuję. To najczęściej zdarza się tu, w Polsce, w Europie. Ważny jest sposób, w jaki podchodzi się z aparatem do ludzi. Spędzam z ludźmi trochę czasu, nikomu nie wchodzę nagle przed oczy z aparatem i nie pstrykam, tylko staram się nawiązać kontakt i zdobyć taką nawet pozawerbalną zgodę. Widzę na przykład, kątem oka, że ktoś się uśmiechnie i robi dalej swoje – wiem wtedy, że jest to dla niego komfortowa sytuacja.

Z obserwacji galerii na Pani stronie wnioskuję, że najwięcej razy wracała Pani do Iranu. Dlaczego akurat tam?

Pojechałam tam przypadkowo… Z zupełnie innym zadaniem, bo prowadziłam tam warsztaty plastyczne dla dzieci. I Iran mnie wciągnął. Na początku rozczarował, bo to było w Teheranie, a ja spodziewałam się czegoś innego. Wcześniej nigdy tam nie byłam, a ponieważ zwerbowano mnie w ostatnim momencie, kompletnie nic nie wiedziałam o tym kraju. Dostałam telefon z sekcji ilustratorów ze Związku Plastyków: „szukamy wolontariusza do prowadzenia warsztatów w Iranie i myślimy, że ty byś pewnie chętnie pojechała” – i rzeczywiście, pojechałam. A Teheran, jako bardzo nowoczesne miasto, ze szkła i stali, mnie zmroził. Szczęśliwie jednak dzięki temu, że byłam tam z ilustratorami, ludźmi pracującymi z dziećmi, z którymi mogłam się porozumieć i zaprzyjaźnić, zaczęłam wchodzić w Iran dużo głębiej. Potem, po zakończeniu festiwalu dla dzieci, podróżowałam i poznałam też inny Iran, bardziej prowincjonalny, tradycyjny. Właściwie za każdym razem jeździłam gdzie indziej, starałam się poznawać nowe miejsca. Ale też wracałam do tych ulubionych.

Czy mogłaby Pani powiedzieć nieco więcej o warsztatach dla dzieci? Na czym one polegały? Kto brał w nich udział?

Od lat współpracuję z pozarządową organizacją z Wiednia. Są to architekci zajmujący się dużymi, najczęściej interdyscyplinarnymi projektami. Zaczęło się w Iranie, od Festiwalu Literatury Europejskiej dla dzieci irańskich. Zawsze gdzieś w zamyśle jest pewnego rodzaju dialog międzykulturowy. Ludzie z Europy jadą do Azji i tam wspólnie pracują z dzieciakami z bardzo różnych środowisk.

W jakim przedziale wiekowym?

Dzieci są w różnym wieku, ale zwykle młodsze, do dwunastego roku życia. Warsztaty w Iranie, te na Festiwalu Literatury dla dzieci, polegały na tym, że czytane były teksty europejskich autorów, a irańskie dzieciaki robiły do nich ilustracje. Drugi projekt, który odbywał się w Indiach, dotyczył  przyszłości i miasta przyszłości. To było ciekawe, jak dzieciaki wyobrażają sobie swoje domy za jakiś czas, o czym marzą, co je przeraża. W Indiach, w Ahmedabadzie, pracowaliśmy naprawdę z najszerszym spektrum dzieciaków: z prywatnych, bogatych szkół, gdzie dzieci mówią perfekcyjnie po angielsku i są nastawione na karierę w biznesie od najmłodszych lat, co jest niewiarygodne. Pracowaliśmy też z dzieciakami ze slumsów i dziećmi niepełnosprawnymi, bez rączek, bez nóżek, którymi opiekują się indyjskie organizacje charytatywne.

W temacie innych kultur – czy miewa Pani jakieś problemy z racji swojej płci? Czy miała Pani jakiekolwiek nieprzyjemności, albo może wręcz przeciwnie - była Pani wyjątkowo traktowana?

To szeroki temat, generalnie spotykam się z sympatią, zaciekawieniem, czasem ze współczuciem. Szczególnie w Azji, gdzie ludzie preferują przebywanie w gromadzie i wydaje im się dziwne, że kobieta podróżuje sama z wyboru. Często chcą mi pomagać. Bywa i tak, że dają mi do zrozumienia, że to nie miejsce dla mnie, np. na podejrzanych bazarach z pogranicza irańsko-pakistańsko-afgańskiego. Ale wtedy często aparat pomaga rozbroić sytuację.

Zawsze stosuję się do obowiązującego w danym miejscu kodu kulturowego, np. noszę hedżab tam, gdzie jest taki zwyczaj i szanuję to, że niektóre kobiety noszą go dobrowolnie. Nowoczesne dziewczęta z Teheranu niekoniecznie, ale są też kobiety, które nie robią tego, bo muszą, tylko jest to ich wewnętrzna potrzeba i w ten sposób manifestują swoje przekonania. U nas też obowiązują reguły, np. do kościoła się nie wchodzi w szortach i podkoszulku z dekoltem, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie i wszyscy to zrozumieją.

Należy Pani, wraz z kobietami graficzkami i fotografkami, do Grupy 13. Czym się ta grupa zajmuje i kiedy powstała?

Grupa jest nieformalna, powstała tuż po naszych studiach, żeby się spotykać i działać razem, ponieważ po studiach ludzie są mocno osamotnieni. Wcześniej każdy wokół nas zajmował się sztuką. Kiedy kończymy studia artystyczne, to lądujemy w twardej rzeczywistości, w której szuka nie jest dla innych ludzi tak ważna, jak dla nas. Grupa powstała więc z potrzeby wspólnego działania i wspierania się. Teraz rzadziej razem wystawiamy, każdy skoncentrował się na indywidualnym życiu.

Gdy wybiera Pani swoje prace - na stronę lub do prezentacji - opiera się Pani głównie na swoim osądzie, czy ma Pani jakąś osobę, która świeżym okiem spojrzy na te prace i potrafi dać cenną radę?

Preselekcję robię sama. A potem pokazuję zdjęcia znajomym fotografom i nie tylko. Robię to po to, żeby usłyszeć feedback na temat tego, co robię, bo ja widzę co innego, a co innego widzą pozostali. To mi poszerza patrzenie. Człowiek bardzo łatwo wpada w koleiny własnego widzenia, na przykład w Birmie robiłam mnóstwo zdjęć w małej herbaciarni, do której przychodzili głównie starsi mężczyźni, czasem kobiety z bazaru, żeby wypić sobie herbatkę, poodpoczywać. Były tam tak ciekawe twarze, panowała tak przyjemna i miła atmosfera, że siedziałam tam całymi dniami i nafotografowałam mnóstwo ludzi spędzających czas w tamtym miejscu. Mam ogromny sentyment do tych zdjęć. Potem bardzo trudno jest się  uwolnić od tych osobistych emocji i spojrzeć, jaką wartość ma sama fotografia; czy przenosi coś ona z tej rzeczywistości, czy nie. Z czasem też zupełnie inaczej wybiera się zdjęcia, na bieżąco mam inne oczekiwania, pamiętam sytuacje. Często co innego zapamiętała głowa, a co innego zostało na kliszy.

Tak, szczególnie w momencie, kiedy dopiero po powrocie widzi Pani swoje zdjęcia…

Tak, i faktycznie czasem po jakiejś klatce spodziewałam się czegoś niesamowitego, a rezultat jest nieciekawy. I dokładnie w drugą stronę, bywa że patrzę na negatyw i myślę sobie „o matko, ale co to, gdzie to było i kiedy? Ale fajne!”. To jest też dobra szkoła, nie przywiązywać się zbytnio do oczekiwań i dawać się zaskoczyć.

A czy potrafi Pani jakoś zamknąć swoją fotografię w ramach słownych? Coś między fotografią artystyczną a podróżniczą?

Kategoryzowanie jest w fotografii dosyć płynne. Myślę, że to jest jakiś nurt fotografii dokumentalnej, tylko nie newsowej, nie reporterskiej, a raczej subiektywnej. Dodałabym też, że blisko tej fotografii do kontemplacji.

Wydaje się, że ostatnio rośnie wartość fotografii artystycznej i kolekcjonerskiej, ale chyba jeszcze nie w Polsce. Jak to jest w Pani przypadku – fotografia jest głównie hobby, czy jest się Pani w stanie z tego utrzymać?

Utrzymać nie. Ja jednak cały czas tę fotografię finansuję z zupełnie innej działalności: z projektowania graficznego, ilustracji, zleceń komercyjnych. Zdarzają się oczywiście sprzedaże, są już ludzie, którzy w Polsce fotografię kolekcjonują, a także tacy, którzy mają sporo moich zdjęć w swojej kolekcji. Bywa też, że odzywają się do mnie jakieś osoby - ktoś chce kupić jedno zdjęcie, bo mu się spodobało. Ale rynek w Polsce jest raczkujący, choć Leica Gallery robi wszystko, żeby ten rynek rozruszać i przede wszystkim stworzyć, bo tego właśnie mu trzeba. Jest też portal „fotografia kolekcjonerska”, który robi bardzo dobre rzeczy. Myślę więc, że ludzie powoli przekonują się, że fotografia może być po pierwsze przedmiotem kolekcjonowania i admiracji, a po drugie lokowania pieniędzy.  

Większość Pani prac to zdjęcia z zagranicy. Czy próbowała Pani fotografować w Polsce w podobnym stylu?

Zawsze żałuję, że więcej fotografuję w dalekich podróżach niż w domu. Są zdjęcia, które powstały w Krakowie, tam gdzie mieszkam, były one nawet prezentowane we francuskim czasopiśmie poświęconym fotografii Private. Jednak życie na bieżąco tak mnie pochłania, że owszem, biorę czasem ze sobą aparat, ale raczej tylko gwoli notatek i ćwiczenia oka.

Czyli myśli Pani, że mogłoby się udać zrobić ciekawe zdjęcia w Polsce? To nie jest tak, że fotografuje Pani tylko pewną egzotykę?

Nie, to zupełnie nie jest tak… Te wszystkie miejsca inspirują mnie w jakiś sposób i rezonują z moja wrażliwością, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że jeżdżę właśnie po to, żeby tam fotografować. Czyli jestem nastawiona na działanie, mam aparat zawsze ze sobą, wstaję i cały mój dzień jest temu podporządkowany. Nic innego mi nie zawraca głowy. I wtedy możliwe jest odpowiednie skoncentrowanie się i widzenie tego, co jest obok. Jestem pewna, że wszędzie można fotografować i wszędzie można coś dostrzec, to tylko kwestia nastawienia i gotowości.

Na koniec - może jakieś rady dla fotografujących podróżników i dla tych, którzy dopiero próbują fotografować w podróży? Niektórzy zmagają się z pewnym wewnętrznym oporem, boją się wyjąć aparat, obawiają się jak zostaną odebrani.

Myślę, że te lęki to przełamywanie własnych oporów i nieśmiałości. Ważna jest kwestia wyboru i motywacji, której musimy być świadomi – dlaczego chcemy zrobić to zdjęcie. Trzeba mieć wyczucie, bo są pewne delikatne sytuacje kiedy nie wypada wyciągać aparatu i jest to kwestia etyki i wrażliwości. A radą, jaką bym dała jest chyba to, żeby wyjść poza pocztówki i bardziej się zaangażować w to, co nas otacza, znaleźć sobie taki temat, który naprawdę budzi w nas emocje. 

Anita Andrzejewska, Niespiesznie

7 marca - 8 kwietnia 2014 r.

Leica Gallery w Warszawie

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345

Zobacz także