literatura
MAGAZYN KULTURALNY
19 kwietnia 2014

NA USTAWKI NIKT SIĘ TUTAJ NIE UMAWIA

Węgry jak pizza z pomnikami, a sztuka wspaniale niesprawiedliwa. Krzysztof Varga opowiada o swojej najnowszej książce, „Czardaszu z mangalicą” i węgierskiej polityce.

Krzysztof Varga, fot. © by Marta Dylewska

MAGAZYN: Pana wcześniejsza węgierska książka, Gulasz z turula, dotyczyła głównie Budapesztu. Czemu napisał pan teraz książkę o węgierskiej prowincji?

Krzysztof Varga: Przede wszystkim o Budapeszcie nie miałem więcej nic ciekawego do powiedzenia, a węgierska prowincja zawsze mnie kusiła. Znałem ją trochę, ale wydaje mi się, że pobieżnie, a jest to część Węgier bardzo inspirująca. Zacznijmy od tego, że Węgry dzielą się na Budapeszt i prowincję. To jest bardzo wyraźny podział, który jest podziałem widocznym w demografii – w aglomeracji budapeszteńskiej mieszka jedna czwarta Węgrów i to jedyne duże miasto na Węgrzech wielkości mniej więcej Warszawy, mające około dwóch milionów mieszkańców. Drugie co do wielkości miasto ma dziesięć razy mniej mieszkańców. Siłą rzeczy wszystko, co ważne, dzieje się w Budapeszcie. Także w węgierskiej kulturze bardzo wyraźny jest podział na to, co miejskie i to, co wiejskie. Nawet literatura była miejska i ludowa. U nas właściwie tego nie ma, mamy kilka dużych ośrodków.

Kiedy skończyłem pisać Gulasz, to myślałem, że temat jest zamknięty – to, co miałem powiedzieć, to powiedziałem, już rozliczyłem się z różnymi sprawami, również rodzinnymi, i nie ma już konieczności wracać na Węgry. Minęło kilka lat, ja oczywiście przez cały ten czas pojawiałem się tam przy różnych okazjach. Pewnego dnia pomyślałem, że można spróbować pojeździć po prowincji. Zacząłem dużo podróżować po tych, nazwijmy to Węgrach B, czasem nawet Węgrach C. I kiedy skończyłem Czardasz z mangalicą i wysłałem ją do wydawnictwa, to jednocześnie od razu zrozumiałem, że znowu temat nie jest zamknięty.

W jednym z wywiadów pan powiedział, że jest pomysł na trzecią część o Węgrzech. Co będzie jej tematem?

Tak, już w tej chwili wiem, że chcę napisać trzecią. Może nie od razu, może dam sobie mały odpoczynek od tego tematu, ale pomyślałem, że trzeci tom się pojawi, bo trójka to jest ładna cyfra i właściwie zawsze wszystko fajnie zamknąć w trylogii.

Andruchowycz mówił, że jego ulubioną liczbą jest 111.

Chodzi o Leksykon miast intymnych, ale na spotkaniu, które kiedyś z nim prowadziłem, odgrażał się, że będzie to rozszerzał i będzie chciał dojść do liczby 666. Ma jeszcze trochę roboty. W każdym razie, pomyślałem, że dwa tomy byłyby dziwne. Jeden tom może ma sens, a dwa to jakaś liczba przejściowa i trzeba to zamknąć w trylogii. Wymyśliłem sobie projekt, że ta trzecia książka byłaby podróżą wzdłuż węgierskich granic. Czyli właściwie nie wejdę w centrum, tylko będę podróżował wzdłuż granicy węgiersko-słowackiej, austriackiej, chorwackiej, rumuńskiej, serbskiej, ukraińskiej. I oglądał Węgry od tej strony...

Z pogranicza.

Z pogranicza, tak jak mamy placek czy pizzę. Jak mamy pizzę, to środek jest jakiś płaski, a brzegi są trochę wypukłe i nadpalone.

I nikt ich nie zjada.NA USTAWKI NIKT SIĘ TUTAJ NIE UMAWIA

Tak. Pomyślałem, że te brzegi mnie interesują. Dlatego kolejna wyprawa, w którą wyruszę może za rok, będzie podróżą wokół Węgier, wzdłuż granic.

Podróż opisana przez pana w Czardaszu z mangalicą jest trochę podróżą sentymentalną. Porównując sposób opowiadania w książce z pana felietonami i prozą polską, nasuwa się pytanie, czy narzekanie sprzyja odczuwaniu melancholii?

Na Węgrzech mniej narzekam niż w Polsce dlatego, że wyjazdy na Węgry są dla mnie ucieczką od polskości. Oczywiście, zderzam się z węgierskością, czasami w jej bardzo dziwnych emanacjach, ale jest to forma odpoczynku. Nawet jak jeżdżę po wielkiej Nizinie, po Puszcie, gdzie jest strasznie melancholijnie czy wręcz smutno, to jednak na swój sposób odpoczywam tam od Polski. Wtedy zmienia mi się perspektywa.

Węgry też pana męczą?

W pewnym momencie zaczynają. Dla mnie Węgry są ucieczką od Polski, Polska bywa ucieczką od Węgier. Ale na pewno zmienia się kompletnie rytm funkcjonowania. Gdy jeżdżę po prowincji, zaczynam łapać prowincjonalne tempo, zdecydowanie wolniejsze. Pośpiech przestaje istnieć. Zrozumiałem to kiedyś u Moniki Sznajderman i Andrzeja Stasiuka w Wołowcu w górach. Kiedy zacząłem do nich jeździć wiele lat temu, to potwornie denerwowało mnie to, że nie ma tam zasięgu komórkowego. Zdarzało mi się, i jest to strasznie wstydliwe, że wsiadałem w samochód i wyjeżdżałem na wzniesienie, żeby tam łapać zasięg. W pewnym momencie zrozumiałem, że przecież o to chodzi – nie mieć zasięgu przez tych kilka dni. Kiedy jeżdżę po prowincji węgierskiej, to symbolicznie nie mam zasięgu z Polską. Polska wtedy dla mnie nie istnieje, ważne są Węgry, ale też nie te oficjalne – węgierskiej polityki, życia społecznego – tylko Węgry małych miasteczek, wsi, życia codziennego. Myślę, że jestem bliżej prawdziwych Węgier niż wielu mieszkańców Budapesztu, którzy się ze stolicy nie ruszają.

Czy można pisać o polskiej prowincji z sentymentem, nie będąc powiedzmy Kalicińską?

Polską prowincję tak naprawdę mało znam. Wiem, że może być inspirująca, ale ten temat zostawiam innym. Mam tę przewagę, że mogę pisać o węgierskiej prowincji, którą już znam. Jestem, jak sądzę, jedną z bardzo niewielu osób w Polsce, które mogą pisać w miarę kompetentnie o węgierskiej prowincji, natomiast ludzi, którzy mogą pisać o polskiej prowincji jest mnóstwo.

Andrzej Stasiuk w posłowiu do książki Filipa Springera Wanna z kolumnadą napisał, że lubi brzydotę polską, a sobiepańskość w łamaniu estetycznych reguł bardzo mu imponuje i się podoba. Co pan o tym myśli?

Mnie się nie podoba, ale rozumiem, że inspiruje. Nie oszukujmy się, Polska z tym chaosem architektonicznym, bajzlem reklamowym, z kakofonią kolorów, kształtów, gdzie nic do siebie nie pasuje, na pewno jest bardziej inspirująca niż szwajcarskie czy austriackie miasteczka. Tam wszystko jest równe, wszystko jest porządne i wyczyszczone. To, co jest brzydkie, koślawe, inne, zawsze jest bardziej inspirujące. Mam mniej empatii w stosunku do tej brzydoty niż Andrzej. Ona go napędza. Kiedyś Andrzej przysłał mi takiego SMS-a z Zakopanego, w którym pisał, że tam jest tak strasznie brzydko, że koniecznie muszę tu przyjechać i to zobaczyć, bo po prostu pękają oczy. Ja nie będę specjalnie jechał do Zakopanego. Inaczej jest na węgierskiej prowincji, gdzie znajduję porządek także w biedzie. Nawet jeśli miejsca są ubogie, trochę zasyfiałe. W Polsce każdy chce się pokazać i swojego gargamela zrobić większego niż mają inni.

Węgrzy w pana książce występują jako zgeneralizowany podmiot, nieustannie odczuwający traumę po Trianon. Czy w ogóle można mówić o czymś takim jak dusza węgierska, dusza polska?

Niestety, zawsze się generalizuje. Nie można powiedzieć, że jest jedna dusza polska czy dusza węgierska. Ta endemiczna dziwna dusza węgierska, pełna resentymentu bardziej mnie interesuje niż kosmopolityczna dusza młodego budapeszteńczyka.

Czyli duszy węgierskiej trzeba szukać na prowincji.

Tej prawdziwej tak. Oczywiście, prawdziwą duszę węgierską też można znaleźć w Budapeszcie, bo dusza węgierska ma różne swoje mutacje. To, co mi się podoba w węgierskiej duszy liberalnej, to jest siła bardzo inteligentnej ironii, często również autoironii, umiejętność śmiania się z samych siebie.

Czy Węgrzy nie mają wobec pana żadnych zarzutów, że czasem bezlitośnie ironizuje pan wobec ich historii?

Mają, oczywiście, ja różne rzeczy widziałem o sobie w internecie węgierskim. Dla niektórych Węgrów jestem wrogiem.

Nikt nie chciał się umawiać na ustawkę?

(śmiech) Nie, nie, na całe szczęście nikt. Ale pamiętam, że kiedy wychodził Gulasz z turula na Węgrzech, to miałem przeczucie, że albo to nikogo nie zainteresuje, bo będzie to zbyt oczywisty temat, albo też książka spotka się z wrogością. Otóż okazało się, i tutaj mały lansik, że książka spotkała się z dużym zainteresowaniem, była bestsellerem, a na spotkania promocyjne, które miałem w Budapeszcie czy Peczu, przychodziło bardzo dużo ludzi i było bardzo sympatycznie. Oczywiście, przeczytałem o sobie w internecie również bardzo złe rzeczy. Wiem, że wiele osób mnie za tę książkę nie lubi, ale równie dużo osób ją docenia. Są to Węgrzy, którzy mają dystans do tej, nazwijmy to w ten sposób, hardkorowej węgierskości, rozszarpującej swoje rany, pełnej resentymentu. Podejrzewam, że wiele osób by mnie znienawidziło za taką książkę o Polsce.

Z jednej strony wielu polskich turystów podróżuje z Gulaszem z turula po Budapeszcie, jak z przewodnikiem, a z drugiej strony wspomina pan w Czardaszu o Polakach szturmujących Hajduszoboszlo jak Władysławowo. Jak to jest z tymi polskimi turystami na Węgrzech?

Są różni. Jest dużo polskich turystów, którzy jadą do Budapesztu i nad Balaton, bo to zestawy obowiązkowe, i do Hajduszoboszlo. Jeszcze nie wiem, skąd się wziął fenomen Hajduszoboszlo, najprawdopodobniej ktoś kiedyś tam pojechał, powiedział szwagrowi, i tradycyjnie Polacy zaczęli tam jeździć. Jest również mniejszość, która łazi po Budapeszcie z moją książką. Kiedyś miałem dosyć przyjemną sytuację. Poszedłem do knajpy, którą lubię, ale rzadko w niej bywam, bo jest w niezbyt sympatycznym miejscu na jednym z prowincjonalnych dworców kolejowych w Budapeszcie, dosyć spory kawał od centrum. Tam zasiadłem do obiadu i przyszedł właściciel, który powiedział, że kolacja jest za darmo, bo jakiś czas temu przyszedł tu polski turysta z moją książką, który zapytał się, czy to jest opisywana knajpa, a tam jest naprawdę ciężko dotrzeć. Nie mam jednak złudzeń, że tych ludzi, którzy chodzą po Budapeszcie z moją książką jest dziesięć, a może sto razy mniej niż tych, którzy jeżdżą do Hajduszoboszlo i nad Balaton.

Wiele miejsca w swojej książce poświęca pan opisom węgierskich prowincjonalnych pomników, które przedstawia pan raczej z sentymentem. Dlaczego w pańskiej polskiej prozie nie ma takiego stosunku do polskich pomników i pamięci? Przedstawia je pan raczej z ironią i groteską.

Może dlatego, że na Węgrzech jest mnóstwo pomników. Oczywiście, nie jestem w stanie tego statystycznie obliczyć, ale jest w internecie węgierska wyszukiwarka pomników, która nazywa się Szoborkereső. W takim Szegedzie, który opisuję w książce, właściwie co krok jest jakiś pomnik, ale nigdy nie spotkałem na Węgrzech naprawdę paskudnego egzemplarza. To nigdy nie jest jakiś pokrętny krasnal, jakiś glut, nie wiadomo co. Każdy pomnik u nich ma estetyczny sens.

Czyli to wynika z estetyki, a nie z niechęci do polskiej pamięci?

Nie, wynika to głównie z estetyki. Jestem zwolennikiem wyższości węgierskiego poczucia estetyki nad polskim. W Polsce widziałem mnóstwo rozlicznych poczwar, bardzo dziwnych pomników, ohydnych rzeźb. Myślę, że na Węgrzech czas zaborów, wojen, okupacji czy komuny nie zniszczył zupełnie poczucia estetyki. Być może to wynika również z tego, że inteligencja węgierska nie była wybita aż tak do nogi, jak polska w czasie wojny. Widać to także na poziomie przepisów. W Budapeszcie nie wolno zbudować nic, co będzie miało ponad 55 metrów. Istnieje prawo, które mówi, że najwyższym punktem w panoramie Budapesztu jest kopuła Bazyliki św. Stefana. Powstają nowe budynki, ale zawsze są one wkomponowane w starą tkankę miasta, nic nie wyskakuje jak diabeł z pudełka.

Czyli nie podoba się panu nowe centrum Warszawy z wieżowcami?

Nie, to nie jest tak, że mi się nie podoba. Myślę, że dla Warszawy nie ma innego wyjścia. Jest ona tak chaotyczna, tak rozpirzona, że nic jej nie uratuje. Jestem za zabudowywaniem pustych przestrzeni, po których hula wiatr. Nie ma co tu się obcyndalać – Warszawa już piękniejsza nie będzie. Można tylko pilnować, żeby wieżowce miały jakiś sens estetyczny. Warszawa nigdy nie będzie wyglądała ani jak Kraków, ani jak Budapeszt.

Jeszcze wracając do spraw pamięci – w książce pisał pan o węgierskich generałach rozstrzelanych w Arad, nazywając to polskim Katyniem, i użył pan sformułowania „nieusuwalna boląca rana narodu”. Czy użyłby pan tego sformułowania także w kontekście polskiego Katynia, czy raczej unikałby pan takich określeń?

Nie, to też jest pewnie nieusuwalna rana. Tak mnie pani usiłuje złapać tutaj w rozkroku. Powiem w ten sposób – prawdopodobnie mam po prostu więcej empatii do Węgrów niż do Polaków.

A z czego wynika ta większa empatia?

Lepiej z nimi współodczuwam. Może dlatego, że tu jestem z polskością na co dzień. Trzeba pamiętać, Trianon to była straszna krzywda. Wiem, że oni mają kompletnego bzika na tym punkcie, ale żaden kraj nie został po pierwszej wojnie tak skrzywdzony jak Węgry, którzy stracili dwie trzecie terytorium, większość obywateli i stali się kadłubkiem tego państwa, którym byli przed wojną.

Porównując to z polskimi zaborami – my straciliśmy w pewnym momencie wszystko.

No tak, ale Węgry też przez ponad 150 lat nie istniały, bo były rozebrane pomiędzy Imperium Osmańskie i Austrię. Więc to nie jest tak, że to doświadczenie jest tylko polskie. Rozpad państwa węgierskiego zaczął się w XVI wieku, kiedy jego część została zajęta przez Turcję, a później kraj został właściwie rozebrany pomiędzy Austrię i Turcję. Nie istniał, tak samo jak Polska w trakcie rozbiorów. Natomiast rok 1920, który dla Polaków jest rokiem zwycięstwa, dla Węgrów jest rokiem największej klęski i tragedii we współczesnej historii Węgier. Ta martyrologia węgierska rzuca się w oczy w pierwszym lepszym miasteczku – są tam tablice pamiątkowe, pomniki, ulice męczenników. Może jest mi łatwiej, bo nie siedzę na Węgrzech cały czas. Znam Węgrów, którzy naprawdę mają serdecznie dosyć martyrologii. Gdybym mieszkał na stałe na Węgrzech i przyjeżdżał do Polski pisać książkę o Polsce, to najprawdopodobniej miałbym więcej empatii w stosunku do Polski. Ale fakt, że żyję tutaj na co dzień powoduje, że potrafię być o wiele bardziej brutalny w stosunku do Polski niż do Węgier, choć dla wielu Węgrów i tak jestem jakimś zdrajcą, który pluje na własne gniazdo.

W książce wspominał pan gdzieniegdzie o Orbanie, który wygrał ostatnie wybory na Węgrzech. Co pan myśli o ostatnich wynikach, w których tak wiele głosów otrzymał Jobbik?

Jeśli coś mnie zaskoczyło w tych wynikach, to jest właśnie skokowy wzrost popularności Jobbiku, który w stosunku do poprzednich wyborów zyskał pięć lub sześć procent – cztery lata temu mieli około piętnastu procent, a teraz prawie dwadzieścia jeden. Spotkałem się z wytłumaczeniami, że to wynika z odrzucenia przez nich hardkorowej retoryki i wycofania napakowanych kolesi i pokazania młodych i szczęśliwych. Jeśli ktoś ma trochę oleju w głowie, to wie, że to jest tylko przebieranka. Przed wyborami zakładamy inne ciuchy i pokazujemy, że jesteśmy tak naprawdę otwarci, młodzi, nowocześni, roześmiani i kolorowi. Część wyborców nabiera się na takie rzeczy. Mnie nie do końca przekonuje interpretacja, że to przez złagodzenie języka tyle zyskali. Myślę, że za Jobbikiem poszło sporo takich ludzi, którzy wcześniej głosowali na Orbana. Zdaje się, że Orban wygrywając teraz, dostał trochę procent mniej niż cztery lata temu.

To chyba jest tendencja ogólnoeuropejska, bo i na Węgrzech, i w Polsce, i we Francji, coraz więcej poparcia zaczynają otrzymywać bardziej radykalne ugrupowania.

Absolutnie, po raz pierwszy od lat Korwin-Mikke może wejść do Parlamentu. To dlatego, że pani pokolenie na niego głosuje. To jest oczywiście ogólnoeuropejski trend, natomiast na Węgrzech jest on chyba bardzo wyraźny. Jeżeli co piąty obywatel, jedna piąta wyborców popiera partię skrajnie prawicową, to jest to dzwonek alarmowy. Co prawda w węgierskiej polityce nic to nie zmieni przez najbliższe cztery lata, dlatego że Orban będzie rządził samodzielnie, ma większość konstytucyjną, nadal będzie mógł zmieniać konstytucję tyle razy, ile będzie chciał. Jeśli chodzi o węgierską politykę, to najbardziej interesuje mnie to, co będzie za cztery lata. Teraz ciekawią mnie rzeczy, które są gdzieś pod powierzchnią i nie są związane z bieżącą polityką, takie jak powrót pisma runicznego czy sentyment do azjatyckich korzeni. Na prowincji są odpowiedzi na różne pytania. Pisanie o aktualnej polityce jest dobre do gazety, ale w książce nie ma najmniejszego sensu, bo tam możemy pokazać pewne mechanizmy, które powodują, że coś się zmienia i w którą stronę idzie społeczeństwo. Dla mnie to jest ciekawsze niż opisywanie sporów politycznych. Żeby poznać fluktuacje w społeczeństwie, trzeba pojechać na prowincję, pojeździć po miasteczkach i wsiach, i tam można znaleźć jakieś ciekawe odpowiedzi.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345

Zobacz także