peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
12 maja 2014

DWA KILOMETRY MIĘDZY MORZEM A TATRAMI

Projektowanie polskiej architektury w czasach ograniczeń i niskich normatywów było rękawicą rzuconą Oskarowi Hansenowi i jego żonie Zofii. Podjęli ją według kilku koncepcji Hansena.

fot. z archiwum Igora Hansena

MAGAZYN: Jak to się stało, że Oskar Hansen wybrał studiowanie architektury?

Igor Hansen: Ojciec na początku złożył papiery na wydział mechaniczny. Dopiero, gdy spotkał kolegę, Zbyszka Maleszewskiego (dziś znanego rzeźbiarza), który był na architekturze u Romualda Gutta i akurat rysował coś w parku, ojciec pomyślał, że to w sumie ciekawe. I przeniósł papiery. Nieźle rysował, na świadectwie miał same niedostateczne i tylko z rysunku bardzo dobry. Bo gołębie go interesowały, nie szkoła.

Jak rozpoczęła się architektoniczna kariera Oskara Hansena? Jakie były trudności na samym początku?

Razem z, między innymi, Leszkiem Rosińskim dostał zlecenie na zrobienie wnętrza tymczasowego ratusza, wtedy w budynku Kina Świat. Projekt był niekoniecznie polityczny. Uważali, że społeczeństwo musi być oparte na uczciwości i otwarciu, więc wnętrza miały to oddawać. Zostały narysowane dynamicznie i zinterpretowane plastycznie, żeby ukazać siły działające na konstrukcję budynku. Sigalinowi, który był wówczas pierwszym architektem Warszawy, bardzo to nie przypadło do gustu, pytał: „A gdzie kolumny?”. Uznano ich za wywrotowców. Zrobili im Sąd pod Blachą, jak to ojciec nazywał, z udziałem całej czołówki architektonicznej. Ostatecznie obronił go Szymon Syrkus, co pozwoliło im zachować prawa do uprawiania zawodu. Ojciec aż do 1956 roku się schował. Schronił go Jerzy Sołtan, który zaprosił ojca do pracowni w ASP. Wtedy malował, rzeźbił i robił pawilony zagraniczne.

Jakie to były pawilony?

Polsce zależało na wyglądaniu na nowoczesną za granicą. O ile w kraju panował silny socrealizm, to na zewnątrz miał on wyglądać zupełnie inaczej. Ojciec robił dużo pawilonów z Sołtanem – w Izmirze, Sao Paulo, Sztokholmie. Tam mieli wolność twórczą i stamtąd pochodzą jego najbardziej znane pawilony.

Wystawa w Sao Paulo miała miejsce w parku, w którym jest ciężka betonowa struktura zaprojektowana przez Niemeyera. Pawilon celowo został zrobiony w kontraście i fruwał. Były to płótna trzymane w kilku miejsach na linach stalowych, więc jak wiatr wiał, to ten pawilon oddychał. Był trochę jak żywe zwierzę. Kiedy robili próbę działania tego pawilonu w Warszawie, to minister oglądający tę strukturę przeraził się, wsiadł w samochód i uciekł. Pawilony w Izmirze były podobne. One nie są biało-czarne, jak wskazują zdjęcia, ale takie, jak flaga polska – biało-czerwone. Choć lepiej by wyglądały zgodnie z wersją biało-czarną.

Oskar Hansen był bardziej związany z ASP niż z Wydziałem Architektury. Dlaczego?

Architektura nie była dla niego terenem przyjaznym. Nie z jego punktu widzenia, ale z punktu widzenia Wydziału Architektury. Nikt go nigdy nie prosił, żeby tam wykładał. Ojciec był zawsze persona non grata na Wydziale Architektury.

Z jakiego powodu?

Powiem troszkę inaczej. Kiedy ojciec został zamknięty w Drewnicy, powiedziałem mu, że zrobił to chyba po to, żeby podnieść wartość swojej twórczości. Bo to taki trochę zwariowany artysta, ucho sobie odetnie… A on mówi mi, że może coś w tym jest.DWA KILOMETRY MIĘDZY MORZEM A TATRAMI

Oskar Hansen miał wiele propozcji pracy na Zachodzie, mimo to zdecydował się pozostać w Polsce. Czy to dlatego, że tylko w takim ustroju jego projekty mogły zostać zrealizowane?

Gdybym musiał odpowiedzieć jednym słowem, to powiedziałbym, że tak, ale jest to wielowątkowe. Cała polska sztuka awangardowa powstawała w najgorszych czasach. Tego rodzaju twórczość była swoistym upustem politycznym. Kiedyś tu przyjechał Fangor, który swego czasu działał w Stanach. Siedzieli na kupie drewna i w pewnym momenecie mówi do ojca, że właściwie to on miał więcej wolności. Fangor musiał ciągle myśleć, czy sprzeda obrazy. Ojciec nie – płaciło mu państwo i robił dokładnie to, co chciał. Wolności politycznej tutaj nie było, ale jeśli w Stanach polityką się nikt nie zajmował, to po co Fangorowi była wolność? W pewnym sensie ojciec miał na końcu trochę racji. Na Zachodzie nie dałby rady, był zbyt ortodoksyjny i by się za bardzo kłócił z ludźmi. Jak powiedziałem Flipowi Springerowi, robiłby tam gorsze rzeczy z lepszych materiałów.

Trzeba też powiedzieć, że rodzice cały czas wierzyli w słuszność i sprawiedliwość ówczesnego systemu społecznego i uważali, że trzeba mu w pewien sposób pomóc, nie będąc przy tym krwiopijcą tego systemu. Należenie do partii było dla nich takim krwiopijczym nastawieniem. Ojciec wrócił, bo uważał, że tu jest po prostu więcej możliwości. Na Zachodzie raczej nie było urbanistyki, robi się rzeczy pod klienta, są indywidualne realizacje.

Ale na przykład w Szwajcarii duże obszary są obejmowane planami urbanistycznymi.

Ale jeżeli ktoś chciał wybudować, mówiąc żartem, osiedle od morza do Tatr, to raczej by tego nie zrobił w Szwajcarii. Ojciec miał poważne zlecenia z tym związane. Tego w żadnym kraju by nikt mu nie sfinansował. Nawet analizy urbanistycznej.

Czy Linearny System Ciągły traktował jako coś możliwego do zrealizowania?

Nie. Zawsze jest tak, że trzeba pokazać coś na horyzoncie, żeby wiedzieć, w jakim kierunku iść. On musiał pokazać to, co w oddali, żeby przejść pierwsze pięć kilometrów. To było studium, które miało pokazać inne podejścia. Mogły tam nawet stać indywidualne domki. Ojciec chciał pokazać, że przy ciągłości infrastruktury mamy kolosalne zyski komunikacyjne i inny dostęp do natury. Kabaty w pewnym sensie są Linearnym Systemem Ciągłym. To cała sypialnia wzdłuż metra. Sam Budzyński przyznaje, że to w pewnym sensie realizacja LSC, tyle że niezaplanowana z góry.

Budzyński się nie sprzeczał z tą koncepcją?

Nie, raczej z jej doktrynizacją. Ojciec był trochę apodyktyczny, ale uważał, że to jest konieczne. Nikt nie będzie z nim szedł w pierwszym szeregu. Żeby ktoś mógł iść dwa szeregi dalej, to ten pierwszy musi się przebijać i wyglądać na idiotę. Stąd te określenia jak „Don Kichot Formy Otwartej” – on uważał, że ktoś pierwszy musi łeb nadstawić, bo inaczej nic z tego nie będzie. Tak samo z tym hasłem budowy od morza do Tatr - nigdy nie uważał, że to jest realne. Uważał, że jak tak powie, to może się uda postawić 2 kilometry.

Czy Linearny System Ciągły i Forma Otwarta to etapy zamknięte, czy pomimo zmiany warunków, w których te koncepcje się tworzyły, okaże się, że za sto lub dwieście lat będą one wciąż aktualne?

To byłoby zbyt apodyktyczne. Myślę, że należy dać niektórym ludziom wybór. Pewną elastyczność należy zawsze zachować. Populacja u nas maleje, a cała idea LSC miała być rozwiązaniem problemu wzrostu gęstości zaludnienia. Za to inne ważne dla ojca argumenty, takie jak ekologia czy zakorkowane ulice lub nawet wrażliwość na ataki terrorystyczne, się nie zmieniły.

Szwajcarscy architekci mówią, że nie narzucają, jak mieszkańcy powinni sobie rozwiązać plan mieszkania, bo nigdy nie spotkali się z tym, że mieszkają zgodnie z tym, co sobie zaplanowali. To ciekawe dlatego, że takie propozycje zostały wysunięte dużo wcześniej u nas - przez Oskara Hansena.

Były też osiedla studenckie robione chyba z Jeaneretem. To nie jest taka nowa idea.

Kiedy zaczęły rodzić się koncepcje Formy Otwartej?

Forma Otwarta to trochę przypadek. Sama nazwa jest stara. Bardzo dużo osób o tym wcześniej mówiło, za to ojciec chciał to skonkretyzować i spopularyzować. Trudno mówić tu o wymyślaniu. To, że inni tak uważali, to tym lepiej, a on postanowił zrobić z tego doktrynę, wyraźnie zdefiniowany cel. 

Na początku działał intuicyjnie, a potem próbował to nazwać. Zawsze tak jest. Istnieje kilka powiązanych z tym haseł. Jedno to „tło zdarzeń”, które uważam za bardzo zgrabny termin. Architektura to najbardziej odpowiedzialna forma rzeźby, bo od niej nie można uciec. Najmniej zauważalną rzeczą są pomniki, ignorujemy je, większą wagę przywiązujemy do budynków. Natomiast od architektury nie możemy się odwrócić, bo przecież wciąż nas otacza, i tu też może występować jakaś kontrola trójwymiarowej przestrzeni. Żeby ludzi nie zniewalać tą rzeźbą, to powinna być tworzona tak, żeby użytkownicy mieli na nią wpływ, mogli ją dostosować. Forma Otwarta o tym właśnie mówi - przestrzeń powinna stwarzać warunki, żebyśmy my, jej użytkownicy, mogli ją kształtować, żebyśmy byli na niej widzialni, odbieralni, żebyśmy byli najważniejszymi aktorami. Oczywiście ta cała idea wolności wyboru mieszkańca nigdy nie jest do końca realna...

Czyli Forma Otwarta była w pewnym sensie powiązana z demokratycznym patrzeniem na strukturę.

Można tak powiedzieć. Jest taka szkoła, Bergen School of Architecture, która promuje koncepcję Formy Otwartej. Tam zadają sobie pytania: jak można dogmatyzować, ucząc Formy Otwartej? Tu jest pewna sprzeczność. Jakieś wskazówki zawsze powinny istnieć, ale gdzie się kończy wolność, a zaczyna się dogmat? Trzeba bardzo ostrożnie kroczyć między filozofią jako taką a jej nauczaniem.

W wielu wypowiedziach krytyki sztuki i architektury ta sprzeczność jest bardzo podkreślana jako fascynujący element - z jednej strony to narzucanie i ograniczanie, a z drugiej - dawanie wolnego pola.

To jest wolność na siłę, więc czy to jest wolność? Myślę, że tej sprzeczności nie da się uniknąć. Z architektonicznymi projektami były różne próby, nie wszystkie udane. W przypadku Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej po raz pierwszy zaprojektowano osiedle, którego ściany nośne były wzdłuż budynku. Punktem wyjścia jest korytarz i platforma, na której można mieć dowolnie ukształtowane mieszkanie. Jeszcze na początku i balkony były przewieszalne, później niestety zostały przyspawane.

Historia pewnego mieszkańca Osiedla Słowackiego bardzo dobrze oddaje interferencję z Formą Otwartą. Miał nieduże mieszkanie, wprowadził się tam z żoną, potem mieli troje dzieci. W międzyczasie sąsiad sprzedał mieszkanie, to wybili ścianę, bo nie była konstrukcyjna i mieszkanie im ogromnie urosło. Potem dzieci wyszły z domu, a on się rozwiódł z żoną. Więc na nowo postawili ścianę, tylko trochę inaczej, i z powrotem mają własne mieszkania. Autentycznie skorzystali z wolności wyboru. W innym mieszkaniu nie mieliby takiej wolności.

Z jakimi ograniczeniami spotkali się Zofia i Oskar Hansenowie przy projektowaniu Osiedla Słowackiego i Przyczółka Grochowskiego?

Spółdzielnia od Słowackiego wcześniej wybudowała Osiedle Mickiewicza. Kiedy przyjechał tam minister budownictwa, powiedział, że to burżujskie osiedle z burżujskim luksusem. Po postawieniu tego osiedla zaniżono normatywy budowlane w Polsce - wysokość mieszkań, metraże. Rodzice byli zmuszeni w trakcie budowy Słowackiego przemyśleć na nowo całą koncepcję. Projekt był właściwie zamknięty, a tu normatywy poleciały w dół.

O ile na Słowackiego ograniczenia stanowiły może 30 procent całego projektu, to na Przyczółku było tego 80. Pierwszym istotnym ograniczeniem okazało się aktywne wówczas lotnisko na Gocławiu. Była tam ograniczona wysokość nalotów. Przez to Przyczółek ma od trzech do sześciu pięter. Ponieważ nie można było wstawiać wind, gdy budynek miał mniej niż cztery piętra, korytarze umożliwiały dojście do domu mieszkańcom bez wind po skorzystaniu z windy w wyższej części osiedla. Nasunięcie budynków wynikło z tego, że nakazano im zagęścić osiedle. Mama zawsze żałowała, że się na to zgodziła. Ale innego wyjścia nie było - budynki były gotowe, trzeba było osiedle zagęścić. Na początku dla ułatwienia na korytarzach znajdowały się też wózki, które zaraz znalazły się w jeziorku. Rodzice zakładali, że ludzie prędzej czy później staną się doskonali.

Jakie są dobre strony Przyczółka, który powstał mimo ograniczeń?

To jest chyba jedyne osiedle, które nie ma wykopków. Żeby położyć kable, nic nie trzeba kopać - pod galeriami jest półtorakilometrowy tunel instalacyjny, który idzie wzdłuż całego osiedla. W obu osiedlach ruch pieszy został ściśle oddzielony od samochodowego. Odległości między oknami naprzeciwko również są całkiem spore - w małej ilości osiedli mamy taką przestrzeń, szczególnie przy tak dużej gęstości. Oczywiście metraże są małe, ale to był taki czas – najgorszy okres polskiego budownictwa.

Jaki ma pan stosunek do kościoła na Osiedlu Słowackiego?

Jedni się oburzają, ale ja uważam, że to przejaw Formy Otwartej – ludzie widocznie chcieli, więc to mają. Wcześniej był tam też ośrodek młodzieżowy. Kiedy postawili kościół, to ksiądz zaczął się oburzać, że hałasy z domu młodzieżowego przeszkadzają we mszy. Zakazali więc temu domowi działalności. Potem ksiądz powiedział, że skoro dom młodzieżowy nie działa, to można na jego miejscu postawić plebanię.

Jak wygląda sprawa z prawami autorskimi do tego Osiedla?

Kiedyś mamie powiedzieli, że muszą zrobić coś w związku z ociepleniem i chcą, żebyśmy przekazali im w stu procentach prawa autorskie. Odpisałem, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Niech napiszą, co chcą zrobić, a my się zgodzimy. Jeśli chcą z góry prawa autorskie, to chyba z góry wiedzą, że się nie zgodzimy. Nawet wraz z Bergen Arkitektskole zaproponowaliśmy konsultacje co do polichromii. W Lublinie znajduje się studium nauczycielskie, do którego dobudowano wiatrołap. Oczywiście było to potrzebne. Natomiast przysłali mamie prośbę, żeby zgodziła się na zmiany w wiatrołapie. Ale dlaczego mamy się zgadzać na zmiany czegoś, czego i tak nie było w projekcie? Czysty brak logiki. Natomiast zgoda na przebudowę oznaczałaby, że akceptujemy fakt, że on tam jest. Powiedzieliśmy: róbcie co chcecie.

A czy w sprawie Przyczółka Grochowskiego nikt się nie zgłaszał z prawami autorskimi przed dociepleniem i malowaniem na inne kolory?

Nie. Prawa autorskie to sprawa ostatnich lat. Przedtem nikt się nimi nie przejmował i dopiero teraz pojawia się panika retro-akceptacji. Ale tam jest kilka spółdzielni, są chyba podzielone społeczności. Jak się popatrzy na sąsiednie osiedla, to Przyczółek teraz jest jak twierdza. Przykład barbarzyńskiego zagęszczania mamy na Stegnach przy Puławskiej, gdzie dobudowano półksiężycowy budynek. Stoi on 10 metrów od okien! Jest jak widokoszczelny ekran.

Dzisiaj po Przyczółku oprowadza Filip Springer, cieszy się to ogromną popularnością.

Tak? Nie wiedziałem. Może on się mnie troszkę boi.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345
To jest artykuł z serii Z SZUMINA

Zobacz także