peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
12 lipca 2014

TO BYŁ PO PROSTU DOWCIP

Poważne projekty były zbyt poważne, artystyczne dowcipy obrastały w legendy i nieskończone interpretacje. O dokonaniach Oskara Hansena w dziedzinie, którą można określić „mniej niż architektura”.

MAGAZYN: Jak wyglądała praca Oskara Hansena na Akademii Sztuk Pięknych?

Igor Hansen: Ojciec był jedynym bezpartyjnym profesorem. Zrezygnował z Akademii Sztuk Pięknych, bo storpedowano jego ideę reorganizacji sposobu nauczania. Prowadził Pracownię Brył i Płaszczyzn. Uważał, że dzielenie na taką czy inną dziedzinę sztuki jest błędem, bo trzeba uczyć ludzi odbioru plastycznego. Twierdził również, że należy oddzielić warsztatowość od odbioru. Miał propozycję, żeby tak zreorganizować studia, że student sam sobie wybiera profesora. Uważał, że to powinien być guru studenta, miał mu pomagać, a jak się rady nie podobały, to uczeń mógł wybrać drugiego. Na marginesie, była tam pewna pani profesor od ceramiki, której kryterium był też wzrost studenta, żeby do pieca potrafił wejść. Chciał z tego profesorów rozliczać, co oczywiście to się spotkało z olbrzymim oporem.

Akademia wtedy dostała nowy budynek, w którym kiedyś było chyba kino Powiśle. Tam żaden profesor nie chciał się przenieść z Krakowskiego Przedmieścia. Ojciec też niby się opierał, a marzył, żeby nikt inny nie chciał. I w ostatnim momencie powiedział: „No to ja się tam przeniosę”. To wszystko się działo, zanim powstał tunel Wisłostrady. Wówczas powstała też idea, żeby Akademia przeszła na wybrzeże nad Wisłę. No i po roku kazali mu wrócić. Powiedzieli, że ma za dużo wolności. Dostał prikaz, że ma wracać na Krakowskie. Był bardzo nieszczęśliwy. Wtedy też zaczęła się cała awantura z przekształcaniem Akademii, bo najpierw sam chciał ją przenieść, nie pytając nikogo o zdanie. Chciał zrobić otwartą Akademię.

Które to był lata?

Siedemdziesiąte. Chyba, do końca nie pamiętam - musiałbym znaleźć na taśmie, bo ojciec nagrywał te spotkania. Potem mu kazali przestać.

Jaki był jako dydaktyk na uczelni? I jaki jako ojciec?

Wkurzający, na pewno. To przez dogmatyzowanie wolności. Po prostu uważał, że tego abecadła wolności trzeba ludzi nauczyć.

A w domu nie wiem, jaki był. Rzadko go widziałem. A na poważnie, to w domu zawsze coś się działo. Musiałem biegać na Pole Mokotowskie i zbierać chwasty, które by dobrze udawały drzewka w makietach.

Teraz funkcjonuje takie pojęcie jak Akademia Otwarta, która działa co prawda w ramach wydziału, a nie na całej uczelni, ale opiera się na wspomnianej idei.

Jest taki artykuł Markiewicza w „Polityce”, nazywa się „Hansenów wyścig z czasem”, który mówi, że nam się zdarzało być troszkę za wcześnie z niektórymi rzeczami. 

 Tak jak to było z projektem rozbudowy Zachęty, który był młodszy od Centrum Pompidou o 13 lat.

Niektóre rzeczy były nie na czasie. Namawiałem panią Joannę Mytkowską: dlaczego nie zrobicie ekspozycji sztuki, której już nie można więcej zobaczyć? Bo jeżeli to jest Muzeum Sztuki Nowoczesnej, to też i metody ekspozycji powinny być nowoczesne. Bardzo dużo dzieł, działań plastycznych, polega na jednorazowości - klasycznym przykładem jest Christo zawijający Reichstag, przegradzający Grand Canion lub stawiający tysiące parasolek na kalifornijskiej plaży. Albo coś jest wysadzane w powietrze - wiadomo, tylko raz można to zobaczyć. Dlaczego nie zrobić trójstronnej sali projekcyjnej, takiej jak wirtualna rzeczywistość, w której mogę przeżyć tę sztukę jeszcze raz, mogę ją odtworzyć? Na przykład dzieci mogłyby przearanżować proponowaną rozbudowaną część Zachęty, by zorganizować wirtualną wystawę swoich szkolnych prac.

Czy liczy pan na odtworzenie pewnych projektów Oskara Hansena?TO BYŁ PO PROSTU DOWCIP

Moją cichą nadzieją jest fizyczne odtworzenie pomnika oświęcimskego. Natomiast w symulacji Muzem można by było się po nim przejść, zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Jeżeli ta droga ma długość około kilometra, to niech podróż wzdłuż niej trwa trzydzieści lat. Oznacza to, że jeśli jestem w jednej trzeciej, to mogę się rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak to będzie wyglądało za dziesięć lat. Ale tak rzeczywiście - obejrzeć się, przejść trochę dalej. Tego nikt nie zrobi, chyba że w komputerowej symulacji. Nowoczesne narzędzia właśnie po to są. Pokazuje się, jak ogródek klienta będzie wyglądał za dwadzieścia lat, więc można pokazać, jak pomnik będzie wyglądał za trzydzieści lat. Chodziło mi o możliwość interaktywnej nawigacji. Można tu pokazać czasoprzestrzenność pomnika. Cała jego idea była taka, że to nie był jeden pomnik zbiorowości, a bardzo dużo pomniczków indywidualności. Tam nie ma niczego centralnego. To miejsce olbrzymiej ilości indywidualnych żali. 

Film „Korczak” nie kończy się dosłownością tego, że pisarz ginie z dziećmi. W filmie pociąg jadący do obozu staje, drzwi się otwierają, dzieci wybiegają na piękne słoneczne pole. Ten pomnik miał trochę taki być. Nie wracało się nim, tylko na końcu wychodziło się na otwarte pole. Życie nadal trwa, droga jest pewnego rodzaju petryfikacją tej przeszłości, ale cała reszta zarasta, bo życie też zmienia rzeczy, życie nadal musi trwać.

Jaka była historia związana z ogłoszonym konkursem na pomnik oświęcimski?

Projekt ojca wygrał jednogłośnie, natomiast ostatecznie kazali mu go zrobić go z Pietrem Cascellą i z włoskim zespołem, pójść na kompromis. Seweryna Szmaglewska i Tadeusz Hołuj byli głównymi oponentami, to oni przesądzili o niewybraniu do realizacji tego pomnika. Ojciec z zespołem pojechali do Rzymu na rozmowy. Cascella prezentując kompromisowy projekt mówi mu, że jest dobry, bo miniaturki wagoników będzie można sprzedawać jako pamiątki. Ojciec tego samego dnia spakował się i wrócił do Warszawy.

Bardzo charakterystycznie powiedziała Szmaglewska, że być może ten pomnik ma sens wtedy, gdy umrą wszyscy więźniowie, którzy przebywali w tym obozie. Teraz tak jest. Obecnie jest też rewizja tego pomnika, który marnieje. Myślałem, że on może być zbudowany według projektu ojca. Myślałem, że symulacja mogłaby temu pomóc. To mój cichy plan, oczywiście on nie jest realny.

Dlaczego myśli pan, że jest to nierealne?

To jest za duża decyzja. Oświęcim zrobił się zbyt wycieczkowy – wycieczki idą główną bramą, która miała być zespawana, bo nikt nigdy więcej nie powinien nią przechodzić. Ludzie, którzy nią przeszli, przeszli tylko w jedną stronę. Miejsce się potwornie skomercjalizowało. Filip Springer tę część akurat bardzo dobrze opisał - wchodzi się tam w tłumie dzieci, nikogo to nie interesuje. Wtedy było za wcześnie, a teraz jest za późno i nigdy nie był na to czas. Ale może?

Jako autor warszawskich osiedli, co Oskar Hansen myślał o Osiedlu za Żelazną Bramą, gdy zaczęło się ono budować? Czy nigdy nie wypowiadał się o nim negatywnie?

Nigdy się na ten temat nie wypowiadał. Moja córka kiedyś powiedziała znajomemu Anglikowi, że Osiedle za Żelazną Bramą jest zaporą przeciwko tsunami. Facet przez chwilę uwierzył w zaporę przeciwko bałtyckiemu tsunami.

Natomiast ojciec miał swoje zdanie na temat Pałacu Kultury. 

Chciał zaprojektować tę wieżę, zgadza się?

Nie chciał zaprojektować. Właśnie to są te klasyczne nieporozumienia. Ojciec z Joanną Mytkowską rozmawiali w galerii Foksal o jakiejś wystawie. Mytkowska powiedziała mu, że ma dwa tygodnie luzu i że w tym czasie można by coś zrobić i może ojciec by coś zaproponował. Ojciec stwierdził, że stamtąd Pałac Kultury dobrze widać i zaproponował zrobienie „takiego Hryniewieckiego”.

To właśnie podczas tej wystawy powstał film?

Nakręcił go Artur Żmijewski. Przyszedł tam Paweł Althamer i z ojcem zrealizował ten pomysł. To, w efekcie, było ćwiczenie pierwszego roku studiów - kontrast kształtu. To było studenckie ćwiczenie, niczego nie proponował. To był po prostu dowcip.  Na wprost była gałąź, na której zrobili makietę - 4-metrowy słupek, na którym zapalały się doczepione diodki-windy. Celowo było to przesłonięte od dołu kalką kreślarską, żeby nie było widać, że jest to przymocowane do drzewa. I celowo miejsce było otwarte tylko w nocy.

Z oryginalnego przystanku tramwajowego przy rondzie ONZ można było zobaczyć bardzo charakterystyczny widok. Są tam nastawiane nowoczesne wieżowce, a wśród nich stoi Pałac Kultury. On jest za nimi, ale mimo to ich nie widać tak jak Pałac Kultury. To on jest najważniejszy. Ojciec mówił, że nie można obstawiać go prostopadłościennymi wieżowcami, bo to tak jak w szachach: król już jest, tylko ma więcej pionków dookoła. Stawiając budynki dookoła tylko podnosi się rangę Pałacu jako ich „króla”. Natomiast foksalowa wieża Hryniewieckiego to nawiązanie polemiki kontrastu kształtu, tego wąskiego u dołu i szerokiego na górze, z tym szerokim na dole a wąskim na górze.

Jakie jeszcze były nieporozumienia lub złe interpretacje związane z pomysłami lub koncepcjami Oskara Hansena?

Mogę opowiedzieć o wystawie w Domu Artysty Plastyka. Miała ona być o „tle zdarzeń”. Chodziło o białe łuki, które miały eksponować zwiedzających – widać czyjeś nogi, głowę, ktoś z kimś rozmawia, ludzie są w ruchu – to bardzo ciekawie wyglądało. Ale mówiłem ojcu, że nikt nic z tego nie zrozumie i może wypadałoby jakieś wyjaśnienie zrobić. On stwierdził, że nie, że jak nie rozumieją, to nie zasługują – w tym momencie typowy ojciec. Mówiłem mu, że może jako twórca ma rację, ma prawo pozostać niezrozumianym artystą, ale jest przecież też nauczycielem-dydaktykiem. Jako dydaktyk miał po prostu zwykły obowiązek wyjaśniać innym. No i żeśmy się pożarli. Na tym zdarzeniu kończy się książka Filipa Springera. Natomiast, według opowiadanej przeze mnie całej historii, ojciec tego samego wieczora zadzwonił do profesora hematologa, który się nim opiekował w szpitalu na Szaserów i zaprosił go na wystawę. Ten profesor spytał, czy ojciec mógłby wyjaśnić, o czym jest ta wystawa. Ojciec mu opowiedział, za co profesor bardzo dziękował, bo gdyby sam poszedł, to by nie zrozumiał. Ojciec do mnie tego samego dnia zadzwonił, przeprosił, a potem usiedliśmy wieczorem i napisaliśmy kartkę A4. Potem była ona w pudełku od butów przy wejściu na wystawę. To zupełnie inny koniec historii. Charakterologicznie i psychologicznie ma ona zupełnie inny wydźwięk. Ojciec dialog podejmował. Z trudnością, ale dawał w końcu się przekonać.

Spotkałem się z opiniami, że forma, która miała eksponować ludzi i zmieniać ich w eksponaty, była niezrozumiała. Ludzie rozumieli ją jako ładną formę, ale nie wiedzieli już dalej, co się dzieje.

Bo nie wzięli karteczki. Albo karteczki się już skończyły.

Co z tego, że ktoś przyjdzie, nie zrozumie i machnie na to ręką. Lepiej niech przeczyta, może niedokładnie, ale przynajmniej wie, o co chodziło. A jak ktoś ma ambicje próbować samemu... Można też wziąć kartkę po wyjściu, albo wziąć kartkę i jeszcze raz się przejść. Tych interpretacji, odbioru z wyjaśnieniem i bez wyjaśnienia, może być bardzo wiele. Jest wolność wyboru. 

Jeśli chodzi o wystawę w Zachęcie, to choć na niej samej nie byłem to z opisu mi wiadomo, że na końcu pojawiała się sala, w której były fotele i dwa zegary. Później Oskar Hansen wprowdził tam modyfikację, po której tykanie zegarów zostało puszczone z taśmy.

 Bo nie było ich słychać.

Grzegorz Kowalski wyprowadzał w eseju różne interpretacje, w których wiązał pojawienie się głośników z życiem Oskara Hansena.

Ojciec chciał, żeby właśnie takie pytania były zadawane na końcu. To było celowe i nie miało żadnego specyficznego znaczenia. Tak jest po prostu ciekawiej. To było powiedzenie: ok, tu się skończyło, ale co dalej? Sobie siądźcie i pomyślcie. Zinterpretujcie jak chcecie.

Był też pomysł, żeby zegary nie miały wskazówek. Ale powiedziałem ojcu, że to już za duża filozofia. Myśmy się strasznie żarli na te tematy. Już nie przesadzaj, mówiłem mu. Takie tykanie bez wskazówek to za bardzo memento mori. To powinno być bardzo neutralne. I na przykład fotele były przypadkowo postawione. Ale zawsze przychodził portier i w poczuciu porządku ustawiał je na równo. 

Na zdjęciach są ustawione w szereg.

Bo to portier nie wytrzymywał, przychodził i porządkował. Celowo były ustawione w sposób nieuporządkowany, żeby można było je przestawiać, z kimś usiąść obok, pogadać. Na wystawy ludzie przychodzą i tylko rzucą okiem, a potem idą na lody. Chodziło więc o to,  żeby na końcu było trochę luzu i żeby te lody były jednak trochę psychiczne. Natomiast te równo ustawione fotele to niewola, bo nie wiadomo, czy coś będzie wyświetlane, czy można je przestawić? Obrazy były równo powieszone z premedytacją, wzdłuż czystej skośnej linii. Miała wyraźnie wskazać, że to jest granica.  Że tu się kończy, a teraz „róbta co chceta”.

Czy były jakiekolwiek wystawy samych projektów architektonicznych Oskara Hansena?

Ojciec robił sporo wystaw. Miał w tym celu wystawę objazdową. Miał chyba sześć takich harmonijek 80cmx90cm mniej więcej, połączonych płótnem. Były one o różnych tematach – architektura, zajęcia ze studentami. To było o tyle dobre, że można było to złożyć i wziąć do samolotu. Składało się i miało się trójwymiarową przestrzeń spakowaną w małą walizeczkę. W ten sposób robił wystawy w Norwegii, Szwecji, Finlandii. Można z niej robić różne struktury, budować przestrzenną wystawę z bardzo prostego narzędzia. W Zachęcie była też ta wystawa, tyle że powieszona w liniach prostych. Bardzo duża wystawa architektoniczna miała miejsce w Wenecji na Biennale. Była podobna, tyle że składała się z około pięćdziesięciu alumionowych plansz. Tu w Szuminie są jeszcze te deski, płyty pilśniowe z wystawy w DAP. Cała rzecz polega na tym, że coś się przeżywa. Nie tak jak piaskowe mandale co prawda, które usypują z piasku tybetańscy buddyści i niszczą je niemal natychmiast, gdy spada ostatnie ziarenko, jako symbol nietrwałości życia i świata.

Szumin wyłamie się z tej koncepcji.

Tak, to jest mały kontrast. Zgadzam się. Właściwie Sędziowską spotkał lepszy los – krytyk sztuki, Andrzej Osęka, który oryginalnie ją wychwalał, potem, gdy otrzymał budynek w posagu, rodziców stamtąd wyrzucił. Potemna to miejsce postawiono dośc okropną narośl. W związku z tym można ją teraz wspominać w jej czystej oryginalnej formie bez poczucia żalu. Tu w Szuminie kiedyś usłyszałem z drogi komentarz, że tu jest tyle miejsca na dole, że można wymurować jeszcze ze dwa pokoje. Pomyślałem wtedy, że cholera szkoda by było, gdyby ktoś taki miał o tym decydować. Ponieważ, jak każdy inny, mam ograniczony czas życia, to wydaje mi się że decyzja, żeby Muzeum przejęło to miejsce jako dom pracy twórczej, jest dobrą ideą.

Jak to było z gołębnikiem? Zofia Hansen o nim powiedziała, że to najlepszy przykład Formy Otwartej jej męża.

Nie jest najlepszy, mama się z ojca nabijała. Mówiła: Oskar, ty robisz różne rzeczy, ale ta ci się najbardziej udała. Ono teraz jest w fatalnym stanie, ale Muzeum chce to teraz odtworzyć. To wbrew pozorom jest bardzo ładna przestrzeń.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345
To jest artykuł z serii Z SZUMINA

Zobacz także