literatura
MAGAZYN KULTURALNY
28 maja 2014

WSPANIAŁA NIESPRAWIEDLIWOŚĆ KULTURY

Gdyby nastąpił koniec historii według Fukuyamy, to demokratyzacji musiałby ulec i polski rynek czytelniczy. O tym, że do tego nie doszło i nie dojdzie, bez obaw opowiada Krzysztof Varga.

Krzysztof Varga fot. Marta Dylewska.

Jako że rozmawiamy 10 kwietnia, chciałam się dowiedzieć, czy według Pana można pisać o wydarzeniach sprzed czterech lat w sposób inny niż prawicowopatetyczny lub ironiczno-szyderczy.

Można, i myślę, że to się dzieje. Tylko że prawicowa publicystyka narzuciła sposób dyskursu wokół Smoleńska. Kiedy to się zdarzyło, to akurat mieszkałem na Węgrzech, więc na całe szczęście byłem od tego daleko. Ale uważam, że można pisać o tym ani nie w spiskowo-wzniosły sposób, ani wyłącznie prześmiewczo. Może pisanie w sposób normalny nie jest trudne, ale recepcja tego na pewno tak. To, co się stało, tak podzieliło kraj, że ten, kto mówi najzwyczajniej w świecie rozsądnie, nie jest słyszany. Jeżeli jest słyszany, to i tak jest nierozumiany, przez jednych jest uważany za zdrajcę i sprzedawczyka, a przez drugich za palanta. Obawiam się, że przez najbliższe dekady nie będzie można o tym mówić.

Ogółem łatwiejsze wydaje się mieszanie z błotem niż pisanie w sposób pozytywny czy chwalenie książek lub artykułów.

Ja nie mieszam z błotem.

Chciałam przejść do sprawy Kai Malanowskiej i do jej rozpaczliwego wpisu na Facebooku, do którego Pan się odniósł w swoim felietonie. Czy takie krytyczne teksty wynikają z dostosowywania się pisarza do publiczności, czy z czegoś innego?

Pani mnie usiłuje tu podejść. Ustosunkowałem się do wypowiedzi, a nie do osoby. Osoba mnie nie interesuje bez względu na to, czy to byłaby pani Kaja Malanowska, czy ktokolwiek inny. Na jej wpis zareagowali Jacek Dehnel i Jakub Żulczyk.

I Karpowicz.

Gdyby Karpowicz, Żulczyk lub Dehnel napisali to, co napisała Malanowska, tak samo bym to wyśmiał. Próbowanie wmówienia mi, że to jest personalna rozgrywka czy coś w tym stylu, mija się trochę z celem. Pani Malanowska rozpoczęła aferę ogólnopolską od emocjonalnego wpisu na Facebooku, co mnie niespecjalnie interesuje, bo nie mam nawet Facebooka. Jej wpis poznałem dopiero w felietonie, który napisała do Krytyki Politycznej, czyli świadomie powtórzyła ten tekst. Odnoszę się do tego. Jeżeli ktoś chce pisać, to musi być przygotowany na to, że będzie to czas wyrzeczeń, nie wszystko się uda, ludzie mogą nie kupić książki... Postawa roszczeniowa jest mi obca. Każdy chciałby, żeby jego książki się sprzedawały w gigantycznych nakładach, ale nie może założyć, że tak będzie. Późniejsze pretensje do całego świata o to, że za mało osób kupiło książkę, są po prostu niepoważne. Bez względu na to, czy to jest książka pani Kai Malanowskiej, Jacka Dehnela, Żulczyka, Karpowicza, czy moja.

Jak Pan ocenia sytuację młodych polskich pisarzy?

Nie można powiedzieć, że sytuacja jest zła czy wyjątkowo dobra. Problem polega na tym, że szerzej zaistnieć udaje się pewnie dziesięciu procentom.

Bez wsparcia wiodących mediów i osób w nich się znajdujących takie osoby nie będą czytane przez czytającą część publiczności.

Ale przykłady poproszę.WSPANIAŁA NIESPRAWIEDLIWOŚĆ KULTURY

No właśnie Kaja Malanowska.

Ale o niej zrobiło się strasznie głośno. W tygodniku „Wprost” widziałem tekst na ten temat, w TVP Kultura był o niej program. Być może lepiej się sprzedają jej książki. Naprawdę, nie wchodźmy w jakieś spiskowe teorie, że konieczne jest wsparcie odpowiednich instytucji czy mediów. Niestety, taka jest zasada sztuki i kultury. Dobrze wiemy, że historia literatury to historia dziesięciu procent zwycięzców i dziewięćdziesięciu procent przegranych. Są to historie ludzi, którzy zdychali z głodu, ludzi, którzy pisali książki, a jednocześnie pracowali w urzędach, biurach, bankach. Były to często straszne porażki i niesprawiedliwości, bo znanymi autorami stawali się jacyś grafomani, a ludzie uzdolnieni nie mogli się przebić albo stali się znani dopiero po śmierci. Byli oczywiście tacy, którzy mieli szczęście i byli bogaci z domu, jak Marcel Proust czy jak Gustav Flaubert, który żył z akcji pozostawionych po ojcu. Domaganie się pensji z racji bycia pisarzem jest niepoważne.

Nie ma nic bardziej niedemokratycznego niż sztuka. Możemy się domagać sprawiedliwości w meczu piłki nożnej. Jeżeli ktoś decyduje się związać swoje życie z uprawianiem jakiejkolwiek sztuki, to musi być świadom tego, że może się kompletnie rozłożyć i po prostu ponosi ryzyko. Albo ktoś decyduje się na bycie pisarzem niedzielnym, co oznacza cały tydzień zasuwania w biurze czy gdziekolwiek indziej, i poświęcanie weekendów na pisanie, albo myśli o tym, że w pewnym momencie uda mu się wybić na niepodległość i zacznie utrzymywać się z pisania. Przez bardzo wiele lat byłem redaktorem w gazecie i siedziałem całymi dniami w redakcji. Przychodziłem zrąbany do domu i dopiero w weekend byłem w stanie coś napisać. Zajęło mi dwadzieścia lat, żeby móc sobie pozwolić na niechodzenie do biura i utrzymywanie się z pisania. Ale to nie było tak, że ktoś mi pomógł czy samo się to zrobiło. Jeżeli zajrzymy do życiorysów znanych autorów, to zobaczymy, że na przykład Gabriel Garcia Marquez czy Mario Vargas Llosa przez długi czas utrzymywali się z dziennikarstwa. Dopiero od pewnego momentu mogli sobie pozwolić na zajęcie się tylko pisaniem. Ale nie pamiętam wypowiedzi żadnego z nich, w której by któryś żądał, żeby państwo kolumbijskie albo państwo peruwiańskie pomagało mu w ścieżce kariery. Po prostu zapieprzali przez cały dzień, a po nocach skrobali swoje powieści. Na tym niestety ta zabawa polega.

Czy czytuje Pan młodych polskich pisarzy? Co pan myśli o ich tekstach?

A co pani rozumie przez młodych pisarzy?

Pokolenie lat 80. i 90., na przykład ostatnia książka Pauliny Wilk.

Nie czytałem Pauliny Wilk, na razie piszą, że okropnie wszystkich denerwuje zaimek osobowy „my”, który najbardziej rzuca się w oczy. Czytałem na przykład książkę Patrycji Pustkowiak Nocne zwierzęta, która generalnie mi się spodobała przez postać głównej bohaterki, która jest, wydaje mi się, czymś nowym w literaturze polskiej. Nie wiem, czy pani miała to w ręku.

Jeszcze nie.

To mnie zaintrygowało. Muszę powiedzieć, że kiedyś śledziłem wszystko, ale teraz nie jestem w stanie fizycznie tego robić. Dzisiaj śledzić na bieżąco literaturę, młodą, średnią, starą, malutką tak, żeby mieć pełen przekrój, może tylko zawodowy krytyk. Żyjemy w czasach ogromnej specjalizacji. Rocznie ukazuje się w Polsce ileś tysięcy nowych tytułów, polskich i zagranicznych. Nikt nie jest w stanie tego ogarnąć. To są czasy nadprodukcji kulturalnej, jest za dużo filmów, książek, płyt. Trzeba dokonywać wyborów.

Literatura polska miała swój dobry czas w połowie lat 90., kiedy mocniej na rynek weszli tacy autorzy jak Stasiuk czy Tokarczuk. Wtedy nie było takiej nadprodukcji literackiej, byli nowi autorzy, było więcej publiczności czytającej, która była zainteresowana tym, co pokazują nowi polscy pisarze. Dzisiaj mamy właściwie kakofonię. Jeżeli ukazuje się jakaś książka, to problemem jest, czy wyjdzie ona szerzej do publiczności. Mamy oczywiście takie przypadki jak nagła kariera Szczepana Twardocha, który przed Morfiną już wydał kilka książek, ale pisał bardziej historical fiction, i był gwiazdą w tej niszy. Od Morfiny mówi o nim cała Polska. Mamy jednego Twardocha, który zrobił ogromną karierę jak na polskie warunki, i mamy dziesięciu takich, których książki nie zostały przeczytane. Na tym polega wspaniała niesprawiedliwość kultury.

KRZYSZTOF VARGA O CZARDASZU Z MANGALICĄ - czytaj wywiad

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także