sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
30 maja 2014

ZOFIA RYDET – PORTRET LUDZKIEJ RODZINY

Wyobraźcie sobie starszą, zgarbioną Panią, która wędruje po wsiach z aparatem. Nie podejrzewalibyście jej o posiadanie ponad 14 tysięcy negatywów z dokładną dokumentacją okolicznych chat, rodzin, bibelotów.

Zofia Rydet, z cyklu Zapis socjologiczny, Chochołów, 1978-1990, ©Fundacja im.Zofii Rydet

A jednak, Zofia Rydet w wieku 68 lat zaczęła realizować swoje „dzieło życia” – „Zapis socjologiczny”. Na ten rozległy portret ludzkiej rodziny w domostwach złożyło się również kilka mniejszych zestawów fotografii („Mit fotografii”, „Obecność”, „Kobiety na progach”, „Zawody”). Cykl kontynuowany był przez artystkę aż do lat 90.

Chodząc całe dnie po wsiach i miastach, wchodząc do domów i spotykając się z tak różnymi ludźmi, zapominałam, że mam ciężki aparat, że boli mnie kręgosłup i ciężko mi chodzić tak cały dzień. Te spotkania z ludźmi, wciąż nowe i tak bardzo ciekawe dodawały siły. Przy tym uczyły mnie nowej filozofii, nowego wartościowania, stosunku do najbardziej istotnych spraw życia i śmierci.

(K. Łyczywek, „Rozmowy o fotografii 1970–1990”)

Zofia Rydet była fotograficznym samoukiem. W 1954 roku została członkinią Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego, w ramach którego utrzymywała kontakty z takimi artystami jak Jerzy Lewczyński czy Zdzisław Beksiński. Od 1961 roku należała do Związku Polskich Artystów Fotografików. W latach 70. wykładała fotografię na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej.

Wspomnę krótko o jej początkowej twórczości. W 1961 roku, w Galerii „Krzywe Koło” w Warszawie ukazał się jej cykl „Mały człowiek”, poświęcony dzieciom i ich trudnemu życiu w powojennej rzeczywistości. Artystce przez całe życie towarzyszył uraz związany z wojną. Straciłam masę osób w sposób tragiczny. Wobec tego cokolwiek robię, robię pod tym kątem. To jest wciąż moja walka ze śmiercią. Problem starości i samotności wyraźnie widoczny jest w cyklu „Czas przemijania”. W 1979 roku ukazał się album „Świat uczuć i wyobraźni” z komentarzem Urszuli Czartoryskiej. Ten cykl fotomontaży mówi o człowieku zagrożonym już od chwili narodzin, o jego obsesjach, o jego uczuciach, osamotnieniu, pragnieniach, o lęku, przed którym ratuje go tylko miłość, o tragedii przemijania, o strachu przed zagładą i zniszczeniem. Później, kolejno, realizowała cykle: „Przemiany”, „Świat uczuć i wyobraźni”, „Nieskończoność dalekich dróg”, „Złe dni” i „Epitafium”. W roku 1978 przyszedł czas na wspomniany przeze mnie wcześniej „Zapis socjologiczny” – i to na nim, w związku z  tematem miesiąca – folklor – pragnę się skupić.

Zapis socjologiczny realizowany był w województwach suwalskim, lubelskim, kieleckim, rzeszowskim, na terenach Śląska, Spisza, Orawy, Podhala, w Chochołowie, Krakowie, Gliwicach, a także w Douchy we Francji oraz w Nowym Jorku. Artystka poruszała się pieszo, zazwyczaj sama bądź w towarzystwie ukochanej wnuczki, której próbowała przekazać swoje podejście do świata i pewną wrażliwość. W jaki sposób udało się jej wejść do takiej ilości chat i sfotografować tylu ludzi?

Mam stałą swoją manierę wchodzenia do domów. Polega ona na tym, że najpierw pukam. Wydaje mi się to bardzo ważne, bo to jakbym pytała się o zezwolenie. W tym momencie, kiedy wchodzę, pierwsze co robię, to podaję rękę. To jest też bardzo ważny moment. Ten człowiek, jak mu podam rękę, wie, że jestem jego przyjacielem. Potem od razu patrzę na wnętrze i widzę coś, co mnie w jakiś sposób emocjonuje. To może być kompletny kicz, ale od razu mówię: „o, jakie ładne”. I dalej: „zaraz tu pani zrobię zdjęcie”. Na co ona: „ale nie, nie, bo ja jestem nieubrana”. Ja szybko odpowiadam: „nie szkodzi!”. Zagaduję ją, mówię jakie piękne ma coś na ścianie, pytam skąd to ma, czy sama zrobiła.  A ona nawet n i e  w i e  k i e d y, bez butów, nieubrana, siada do zdjęcia.

Być może zastanawiacie się, na ile to uczciwe. Czy Rydet okłamywała ludzi, wykorzystywała ich naiwność do zrealizowania obranego przez siebie celu? Jak mogła mówić, że pstrokata figurka stojąca na zdezelowanym telewizorze jest piękna? Rzecz w tym, że jest – na swój sposób. Nawet największy kicz może stać się czymś pięknym, lub chociaż ważnym, jeśli mówi nam wiele o spotkanym człowieku. Każdy element w sfotografowanych chatach zawiera w sobie jakąś cząstkę historii. Oczywiście, mało kto z nas powiesiłby sobie portret papieża obok jelenia na rykowisku. Jednak gdy jesteśmy w danej chwili czyimiś gośćmi, czy to Podhale, czy Pomorze, rozglądamy się po wnętrzu i widzimy, że wszystkie elementy z pokoju składają się na obraz tej osoby. Dla nas, „miastowych”, jest to kicz – dla tej osoby coś, co świadczy albo o jej statusie majątkowym, albo o poszanowaniu tradycji. Zofia Rydet więc, prawiąc komplementy ludziom, których odwiedzała, nie wykorzystywała ich. Sama wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że chwilowe odrzucenie standardowego poczucia estetyki i próba spojrzenia na świat oczyma swoich „modeli” profituje w udanych zdjęciach i dobrym kontakcie z fotografowanym. Nie jest to chyba więc nic złego?ZOFIA RYDET – PORTRET LUDZKIEJ RODZINY

Wspomniałam o „obranym przez Zofię Rydet celu”. Jaki on był? Dlaczego poświęciła wiele dni, miesięcy, lat na taką fotografię? W przytaczanym już przeze mnie wcześniej filmie „Nieskończoność dalekich dróg” w reżyserii A. Różyckiego artystka próbuje odpowiedzieć na to pytanie.

Czemu zaczęłam to robić? Bo tak sobie pomyślałam, że tylko ja jedna im [fotografowanym] przedłużam życie. Ich już połowy nie ma. Jak chodziłam ostatnio po Śląsku, to na piętnaście domów, które przeszłam, w zaledwie pięciu ludzie jeszcze żyli. A oni, pokazani u mnie na fotografii i w Paryżu, i w Nowym Jorku, Kioto i Polsce, są w jakiś sposób jeszcze żywi. Mam poczucie wielkiego zadowolenia, że ja przedłużam im życie. (…) Widzę, że to, co zrobiłam, ma bardzo dużą wartość. Bo to wszystko ginie, już nie ma tych chatek. Trudno będzie to sobie wyobrazić niektórym za kilka lat, to będzie taka Polska Jagiellonów, dawna Polska, bo wszystko gna strasznym, zawrotnym tempem.

To prawda – większość ludzi, których oglądamy na zdjęciach Rydet, już odeszła. Niektóre chaty stały się bardziej nowoczesne, inne pozostały wierne tradycji. O tym, jak zmieniły się te miejsca wiemy dzięki Fundacji, która w miarę możliwości wraca do miejscowości, w których Zofia Rydet fotografowała. Próbuje odszukać osoby, które pomagają w ustaleniu tożsamości ludzi ze zdjęć. Zdarzyło się nawet, że jedna z pań rozpoznała na zdjęciu samą siebie. Ułatwiają im to notatki pozostawione przez autorkę. Można w nich znaleźć informacje na temat województwa, wsi oraz nazwiska fotografowanych osób. Fundacja rzetelnie zajmuje się weryfikacją tych informacji, a następnie uzupełnia wszystkie opisy fotografii na podstawie dokumentów. Postępy są systematycznie publikowane na stronie internetowej. Fundacja Zofii Rydet, prócz wspomnianej działalności, ma kolosalny wpływ na samo zachowanie dziedzictwa fotografki.

Zrobiłam tysiące zdjęć. Przecież mam tyle tych filmów! Inni będą je oglądać i myśleć: „co ta idiotka tu porobiła, po co ona zrobiła to czy tamto, stare buty wyrzucone albo koszulę wiszącą?”. A ja to mam do swoich różnych cykli. (…) Cały szereg osób uważa, że fotografia nie jest ważna. Wobec tego jak umiera ktoś z fotografików, to się wszystko wyrzuca. Zatrzymuje się 45 najładniejszych zdjęć na wystawę, a wszystko inne idzie na śmietnik. Ja jestem bardzo przewrażliwiona, chciałabym kogoś uczulić. Pamiętajcie, że jak ja umrę, to to będzie miało wartość, nie wyrzucajcie tego wszystkiego! – nie wyrzucili, a wręcz przeciwnie. Od 2011 roku Fundacja zajęła się archiwizacją i digitalizacją prac artystki. W grudniu 2013 roku zakończył się pierwszy etap prac nad cyklem „Zapis Socjologiczny”, czego efekt oglądać możemy na portalu zofiarydet.com.

Oczywiście, można zastanawiać się nad walorami artystycznymi tych fotografii. Wielu z Was, oglądając je, pewnie pomyślało: „też bym potrafił/potrafiła takie zrobić”. Fotografie wykonano w końcu prostą techniką, przy użyciu lampy błyskowej, z zachowaniem jak największej głębi ostrości. Oczywiście, że tak – większość z nas zrobiłoby zdjęcie rodziny we wnętrzu chaty. Ale już niewielu narzuciłoby sobie takie tempo pracy przez wiele lat i trzymało się wciąż rygoru kompozycyjnego. Nie widzę też na mieście wielu staruszek z aparatem, z anielską cierpliwością uwieczniających zanikające domy. A szkoda – myślę, że za kilkadziesiąt lat ich wysiłki mogłyby zostać docenione.

Zachęcamy do odwiedzenia strony internetowej Fundacji im. Zofii Rydet: http://fundacjarydet.pl/
następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także