peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
23 lipca 2014

Planowanie wiedzy

Działania ruchów miejskich oraz analizowanie architektury jako aktora społecznego zostanie poddane systematycznej akademickiej analizie. W Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW została uruchomiona ścieżka podążająca za ruchami. MAGAZYN rozmawiał z jej twórcami.

MAGAZYN: Skąd czerpali państwo inspirację do stworzenia ścieżki socjourbanistycznej? Skąd wziął się na nią pomysł?

Barbara Lewenstein: Pomysł wziął się przede wszystkim z bólu związanego z obserwowaniem tego, co dzieje się obecnie w mieście. Z tego, że np. Warszawa rozwija się bez żadnej wizji, jest chaotycznie zabudowywana.  Bez troski   o mieszkańców.  Rozwija się pod dyktandto deweloperów – następuje dogęszczanie, wyburzanie budynków, z którymi mieszkańcy związani są emocjonalnie. Socjourabnistyka rodzi się z bólu, że już nie ma urbanistyki. Miasto wrze, jest mnóstwo ruchów społecznych, które chcą sprawić, by przestrzeń była bardziej przyjazna i funkcjonalna dla mieszkańców. Jako socjolog powiedziałabym, że mamy do czynienia z procesem „uwłaszczania” przestrzeni publicznej przez mieszkańców. Trzeba im w tym pomóc. Chcemy, by mieszkańcy lepiej rozumieli  procesy zachodzące w mieście, a także odnaleźć szerszą perspektywę niż tylko partykularny interes związany z tu i teraz. Jak to napisał na Facebooku Paweł, chcemy, aby dzięki nam miasta były lepsze.

Czyli pierwszy człon nazwy specjalizacji związany z socjologią ma też wskazywać na brak dotychczasowej wrażliwości społecznej w myśleniu o mieście i w tym, jak się je wymyśla i projektuje?

Magdalena Łukasiuk: Ja bym może dodała jeszcze to, że smakowanie miasta, analizowanie go, to ruch oddolny. Jest bardzo duży społeczny ferment związany z miejskością w ogóle. W Polsce przejawia się to zainteresowaniem architekturą modernizmu, też powojenną. Chcemy zrozumieć to, co się dzieje w kontekście zabudowy, zieleni miejskiej i  dlaczego zarządza nimi tylko magistrat. Interesuje nas, co sprawia, że ludzie interesują się miastem, jak to się przejawia i jak ma się to do szerszych przemian współczesnego świata.

Skąd wzięła się moda na miejskość, zainteresowanie architekturą? Czy pomysł na ścieżkę wynika także z konstatacji, że jest pewna moda, ale nie ma zrozumienia?

Paweł Możdżyński: Wydaje mi się, że tu są dwie sprawy. Z jednej strony istnieje wspomniany ból. Właściwie powszechnie mówi się o klęsce projektu wielkich nowoczesnych grodzonych osiedli. Teraz już możemy stwierdzić, że wiara w niewidzialną rękę rynku spowodowała klęskę na Wilnanowie. I deweloperzy, i władze miejskie niczego się dotąd nie nauczyli.

Narasta potrzeba zmiany, zarządzania przestrzenią i swoisty pęd do bycia razem. Widać chęć bycia razem, spotykania się z innymi w grupach, społecznościach w dobrze zaprojektowanej przestrzeni – na ulicach, na placach, w parkach. Stąd wynika zaintersowanie architekturą, zwłaszcza – modernistyczną, ale także i nurtami późniejszymi, które cechowały się daleko posuniętą „dialogicznością”, przyjaznością, dopasowaniem do realnych potrzeb mieszkańców. Jest jeszcze jedna kwestia – architektura u nas przez bardzo wiele lat była uznawana za coś funkcjonalnego. Tymczasem ma ona wymiar głęboko znaczeniowy, za każdym obiektem architektonicznym stoją pewne znaczenia, które z kolei budzą określonego rodzaju przeżycia. Każdy z nas wręcz cieleśnie odczuwa architekturę.

Czy jako socjologowie mogliby państwo dodać, co się składa na ten problem, jakie są konsekwencje takiego postępowania?Planowanie wiedzy

BL: Wydaje mi się, że istnieje potrzeba wspólnego przebywania w przestrzeni publicznej. W okresie realnego socjalizmu właściwie nikt nie chciał przebywać w przestrzeni publicznej. Nie tylko dlatego, że była ona nieprzyjazna, ale po prostu nie była nasza. W tej chwili to się zmienia – ludzie chcą praktykować jakąś formę wspólnotowości. Problem polega na tym, że przestrzeń publiczna się do tego nie nadaje. Nie ma za dużo dobrych miejsc, w których można spędzić razem czas, kafejek, restauracji, choć powoli, z różnym rytmem w różnych miastach, tworzą się, odpowiadając na społeczne zapotrzebowanie. Miejsca te konkurują w przetargach miejskich z bankami i  aptekami, których jest coraz więcej.  Ze zwiększonym zainteresowaniem tworzeniem przyjaznej miejskiej przestrzenią związany jest jednak pewien  problem – mieszkańcy w bardzo różny sposób definiują przyjazną przestrzeń. Jeden z modułów w ramach socjourbanistyki: partycypacyjne projektowanie przestrzeni miejskiej poświęcony jest uczeniu mieszkańców dogadywania się co do kształtu tej przestrzeni. O tym się stosunkowo mało mówi, bo główny nacisk jest położony na konflikt między mieszkańcami a władzą, a tymczasem równie ważny jest proces dochodzenia do konsensusu między użytkownikami przestrzeni.

PM: Nie było fajnych miejsc publicznych, ale z drugiej strony były pełne podwórka. Teraz przestrzeń pomiędzy blokami jest wygrodzona. Miasto się zaludnia i budzą się ruchy miejskie. Część z nas, pracowników naszego Instytutu tworzących specjalizację, uczestniczy praktycznie w kreowaniu nowych jakości w mieście.

BL: Niektórzy z nas stają nawet na czele takich ruchów. Doktor Maria Środoń jest animatorką ruchu ”Ochocian”, watchdogowej organizacji kontrolującej  władzę samorządową w sprawach związanych z  zagospodarowaniem przestrzeni.

PM: Część naszych zajęć, które zaprojektowaliśmy będzie się odbywać w przestrzeni miasta albo w różnych instytucjach.

Na ile próba wyposażenia studentów w akademickie narzędzia rozwiązywania sporów i tworzenia ruchu miejskiego jest odwróceniem dotychczasowego kierunku? Zwykle było tak, że to uniwersytet badał ruchy miejskie, które już są.

BL: Uniwersytet też się zmienia. Pojawiają się nurty socjologii publicznej Burrawoya, które wyraźnie akceptują zaangażowanie akademików w życie społeczne. Początkiem tego była socjologia Alaina Touraine'a, kiedy badał ruch „Solidarność” i był twórcą metody zwanej w socjologii jako „interwencja socjologiczna”. Burrawoy poszedł dalej – Touraine uważał, że rolą socjologów i całego procesu interwencji jest doprowadzenie aktora społecznego do pewnej samorefleksji, natomiast Burrawoy już mówił, że my możemy zmieniać rzeczywistość. To jest ta perspektywa, której się tutaj trzymamy.

Odwołam się do sumienia polskich socjologów. Czy fakt, że dopiero teraz powstaje taka specjalizacja, wynika też ze zreflektowania się, że w niewystarczający sposób socjologowie angażowali się w kwestie związane z architekturą i ubranistyką? Czy pomysł na specjalizację czerpie też inspiracje z instytutów lub uniwersytetów zachodnich?

MŁ: Zakładanie ścieżki nie jest jedyną formą wyrazu w działaniach społecznych. Myślę, że socjologowie w Polsce już od dawna interesują się tym, co się dzieje w miastach i próbują to współtworzyć. Zainteresowanie tym wynika z ważnych przedefiniowań w samej socjologii. Badamy architekturę nie tylko jako dekorację, w której żyjemy, ale również jako aktora społecznego, który współkonstytuuje rzeczywistość. Ważne są także zmiany cywilizacyjne – wzrost popularności tzw. trzecich miejsc i popularyzacja stylu życia klasy kreatywnej.

PM: Nastąpiły nowe procesy społeczne, których wcześniej nie było, chociażby osławiona gentryfikacja. Czegoś takiego w społeczeństwie polskim po ‘89 roku, w pierwszych latach transformacji, nie widzieliśmy. Większość nie zwracała na te procesy uwagi. Było to bardzo zamaskowane, a teraz wszyscy odczuwają tego skutki, widoczne w problemach związanych z wyrzucaniem ludzi na bruk i z ruchami, które próbują temu zapobiec. Następuje także próba świadomego podejścia do architektury. Stąd wynika moda na modernizm, bo proponował on szerszą wizję architektury, czego w architekturze lat 90 (architekturze deweloperskiej) w ogóle nie ma. Deweloper liczy kasę i kompletnie nie ma żadnej wizji. Uczymy się tego, jakie są potrzeby ludzkie, jak się zmieniają. Chcemy chodzić do klubokawiarni, wspólnie robić pikniki. Interesuje nas też walka pomiędzy młodzieżą a starszymi ludźmi o ciszę nocną.

Jeśli chodzi o inspiracje teoretyczne z innych uniwersytetów, to mamy duży szacunek do socjologii miasta, ale ja nie identyfikuję się z jej klasyczną wersją, a bardziej z interdyscyplinarnymi studiami miejskimi.

BL: Konstruując program ścieżki, nie kierowaliśmy się żadnymi uniwersytetami. Był to bardziej pomysł form the bottom up, wyprowadzaliśmy z rzeczywistości miasta te problemy, o których wiedzieliśmy, że są ważne i z jakiegoś powodu wymagają namysłu. Przykładem niech będzie przedmiot „zieleń w mieście”, który nawet nie wiem, czy jest na uniwersytetach zachodnich, ale został stworzony z wiedzą, że stanowi to duży problem u nas .

Czy uważają państwo, że zainteresowanie miastem i architekturą wynika z podążania ludzi za fajnymi rzeczami, czy raczej z rozbudzenienia potrzeby solidarności klasy, która się tym zajmuje? Bo umówmy się, że tymi ruchami zajmują się ludzie, którzy pochodzą raczej z klasy średniej.

BL: Solidarność rozumiana w jaki sposób? Towarzyskość?

Nie, solidarnosć jako poczucie wspólnego celu. W rozpisce mają państwo zajęcia z komunitaryzmu. To nurt, który stara się stworzyć w członkach wspólnoty poczucie solidarności z innymi. Na ile starają się to państwo tutaj wypracować? Czy będą się państwo zajmować raczej tą fajnością zieleni, piknikowania?

BL: Fajnością się oczywiście zajmujemy, ale tak naprawdę bardzo ważne jest, żeby wizja miasta doprowadzała do tej solidarności, o jakiej pani mówi – do poczucia wspólnoty, nie była przedmiotem konfliktu, jak jest w tej chwili. Chcemy pokazać, że być może jest możliwość „dorozumienia się”. To wymaga określonych zabiegów, postawy, zrozumienia, narzędzi komunikacyjnych, które z pewnością na tej ścieżce się znajdą.

PM: Myślę, że rzeczywiście w Warszawie często ruchy miejskie są związane z pewnym wysokim statusem społecznym i kapitałem kulturowym, ale w Poznaniu, z tego co wiem, ruchy sąsiedzkie są ważniejsze niż klubokawiarnie. Ruchy sąsiedzkie niekoniecznie są związane z wysokim statusem społecznym. Ludzie po prostu jednoczą się i protestują przeciwko kolejnemu centrum handlowemu przed oknem. W Warszawie też są protesty mieszkańców związane z codziennymi sprawami, które są dla mieszkańców dokuczliwe – brak drogi, budowa kolejnego apartamentowca zamiast skweru.

MŁ: Badałam środowiska działaczy i aktywistów, którzy zajmują się miejskością i są zainteresowani architekturą oraz urbanistyką. To pytanie odnosi się najbardziej do przewartościowań estetycznych, które dokonują się w tych środowiskach. Określają one, jaki jest gust pospolity i niewyrobiony, definiując swój w kontrze do niego.

Chodzi o pewien kapitał kulturowy, który pozwala rozmiłować się w Dworcu Centralnym.

MŁ: Tak. Nie każdy potrafi wykrzesać w sobie zamiłowanie do architektury, powiedzmy późnego modernizmu z lat 60-tych czy zwłaszcza 70-tych. Z pewnością trzeba dysponować pewną konfiguracją kapitału kulturowego, żeby właśnie w tym się rozsmakować.

Albo kapitał kulturowy, albo wynika to z sentymentu związanego z czasem, w którym budynek stawiano, ale to już inna postawa.

PM: My lubimy pewien rodzaj architektury ze względu na pewne nawyki, przekonania, sentymenty, resentymenty. Wizja architektury zawsze jest związana z pewnego rodzaju przeżyciami, emocjami, a także z wiedzą na temat systemów. Części społeczeństwa polskiego powyżej 40 lat nie podoba się architektura lat 60 czy 70, że względu na to, że kojarzy się to z opresywnym systemem. Młoda część społeczeństwa kompletnie inaczej patrzy na tę architekturę. Nie widzi w tym pomyśle opresywności systemu totalitarnego, autorytarnego. Często idą po prostu za modą do klubokawiarni, a tam widzą, że jest fajna wystawa w MSN o modernizmie polskim. Więc to fajnie w klubokawiarni porozmawiać, jaki ten modernizm polski był wspaniały.

BL: Tych ruchów nie możemy traktować jako monolitów, one są bardzo różne. Są ruchy, które zmierzają do estetyzowania Warszawy, ale są też bardzo partykularne grupy, które dążą do własnych interesów, na przykład właściciele samochodów, którzy chcą, żeby przerobić wszystkie chodniki na parkingi samochodowe. Te ruchy, które dążą do lepszej estetyki Warszawy są awangardą.

To jest coś, na co można pozwolić sobie w wolnym czasie.

BL: I to jest awangarda, pewien odłam tych ruchów. Ale przez to, że ta awangarda jest bardzo głośna, to wydaje się, że to jest głos publiczny. A tymczasem to są naprawdę elity. Zwykli ludzie nie mają takiego smaku, wyrobionego gustu na przestrzeń publiczną, a przy tym są grupami milczącymi, które nie zabierają głosu w dyskusji publicznej. Często ich głosy nie są brane pod uwagę. Przypominam sobie moje doświadczenie związane z realizowaniem konsultacji społecznych wokół placu Narutowicza. Pomysł na to, żeby je przeprowadzić pojawił się w związku z wybudowaniem na placu obrzydliwego, według – jak się wówczas wydawało znacznej części mieszkańców, pubu La Szalet. Postawiono tu grzybka, w dodatku z pomarańczowym dachem. Wtedy powstał  społeczny sprzeciwu i samorząd siegnął po konsultacje.  Oprócz przeprowadzenia warsztatów, na których zgłaszali się ludzie aktywni, przeprowadziliśmy badanie ankietowe na reprezentatywnej próbie mieszkańców Ochoty i w ciągu pytań o to, co powinno się znależć na placu  zadaliśmy pytanie m.in o bar La Szalet. W większości mieszkańcy uważali, że skoro na placu nic nie ma i nic się nie dzieje, to pojawienie się takiego pubu, nawet brzydkiego, to dla nich żaden problem – można tam zjeść golonkę, wypić piwo, i to jest bardzo dobry pomysł. Tak wiec te ruchy społeczne w pewnym sensie narzucają  swoją wizję miasta, ponieważ to ludzie o większych kompetencjach i obywatelskich, i kulturowych, próbują w imieniu wszystkich forsować jakieś rozwiązania. I to jest też duże zagrożenie demokratyczne i należy o tym pamiętać, organizując procesy konsultacji społecznych przy projektowaniu przestrzeni.  .    

Być może to niezrozumienie potrzeb społecznych wynika z braku zaangażowania do projektowania budynków socjologów architektury. W Polsce jest ich garstka, na Zachodnie przy projekcie musi pracować socjolog, który rozumie, z czego ludzie korzystają i jak funkcjonują.

PM: To jest bardzo ważny problem, ale on odnosi się do samych podstaw kształcenia architekta w Polsce. Architektura w Polsce jest nauczana na politechnikach. To jest ewenementem światowym dlatego, że gdzie indziej architektura jest kojarzona bardziej ze sztuką czy właśnie z socjologią. Architektowi oczywiście są potrzebne kompetencje techniczne, ale one muszą zostać uzupełnione wiedzą o społeczeństwie. U nas w zasadzie architekt jest bardzo bliski budowlańcowi i ma pewne przygotowanie teoretyczne, ale architekci nie są uczeni socjologii.

Ale dobrym przykładem tego, jak do tej pory myślano i w jakiej sytuacji i uwarunkowaniach funkcjonowali polscy architekci jest fakt, że te wszystkie sztandarowe dzieła Gropiusa, Venturiego, Corbusiera wydaje się dopiero teraz po polsku.

PM: Wcześniej myśl architektoniczna nie była upowszechniania, nie było dostępnej teorii architektury lub było to wybiórcze. My na zajęciach będziemy czytać teksty o architekturze, wizjach jednostki i społeczeństwa, chcemy rozumieć te idee architektoniczne, które „stały za budynkami”. W koncepcjach architektonicznych są zawarte wielkie wizje i pomysły nie tylko na sam budynek, ale na całe miasto, na koncepcję człowieka, a nawet społeczeństwa. Widzimy tu wzajemy wpływ i wynikanie: z koncepcji społeczeństwa wynika budynek, z koncepcji budynku wynika społeczeństwo.

Z kim państwo wiecie już, że nawiążecie współpracę – jeśli chodzi o urząd miasta, organizacje pozarządowe? Jaka jest  mapa instytucji kolaburujących ze specjalizacją?

BL: Mamy oczywiście plany, żeby współpracować ze studentami architektury. Ja mam osobiście bardzo dobre doświadczenia związane z taką współpracą przy wspomnianym projekcie konsultacji ochockich. Przeprowadziliśmy wtedy badania mające na celu stworzenie wizji przyszłego placu Narutowicza, a następnie te badania zaprezentowaliśmy architektom i poprosiliśmy ich, żeby zrobili nam ich wizualizację. Taki materiał przedstawiliśmy mieszkańcom. Było to fascynujące przeżycie, kiedy przekazywaliśmy im to, czego mieszkańcy chcą, a oni nam od razu mówili, jak to się przekłada na funkcjonowanie tego placu, czego mieszkańcy w ogóle nie rozumieli. Przykładowo – większość mieszkańców nie chciała pętli tramwajowej usytuowanej na środku placu, natomiast ci architekci powiedzieli, że jeśli chcemy mieć małe kawiarnie i jednocześnie chcemy, żeby te kawiarnie się utrzymały to muszą się one utrzymać z ruchu komunikacyjnego, a  jeśli nie będzie pętli, to one padną. Dyskusja, jaka się toczyła między nami, była fascynująca. Wtedy sobie pomyślałam, że nasi studenci powinni też mieć okazję do prowadzenia takich rozmów.

Co może przyzwyczajać studentów do pracy interdyscyplinarnej.

BL: Obie strony mogą wiele skorzystać. Nawiązujemy kontakty ze studenckim kołem architektury Politechniki Warszawskiej. Drugą nogą partnerską  jest  urząd miasta i Centrum Komunikacji Społecznej, które w mieście realizuje partycypację. Chcemy włączyć studentów w organizację konsultacji, mając nadzieję, że oni też wniosą świeży powiew w metody, które stosuje Centrum. Mamy projekt, żeby włączyć studentów w ewaluację konsultacji społecznych, zwłaszcza przy budżecie partycypacyjnym. Studenci studiów magisterskich, które uruchamiamy w tym roku, będą uczestniczyć w ewaluacji pierwszego etapu realizacji budżetu partycypacyjnego w Warszawie, czyli realnie będą wykonywać działania badawcze, a potem na zajęciach je analizować.

PM: Będziemy jeszcze czynić starania, by współpracować z instytucjami kultury, które są zaangażowane w kształtowanie przestrzeni miasta.

BL: Oczywiście, będziemy też chcieli współpracować z organizacjami pozarządowymi. Jesteśmy też otwarci na wszelkie sugestie studentów, jak konstruować program. Na razie budowaliśmy go bardzo partycypacyjnie, grupowo, trudno mówić o jednym autorze. Wiemy też, że studenckie koło architektów na Wydziale Politechniki postawiło sobie za cel próbę wypracowania modułu zajęć, w którym współpraca pomiędzy socjologami a architektami byłaby uzgodniona. Współpracując z nimi, będziemy próbowali również korygować merytorycznie nasz program. Tu nie tylko chodzi o to, że przyjdą na nasze zajęcia i powiedzą coś na temat kawałka przestrzeni, ale razem będziemy próbowali stworzyć coś lepszego niż w tej chwili. Na razie mamy pilotażowy program.

PM: W zasadzie wielu z nas konstruując program, konsultowało się ze studentami. Na seminarium magisterskim mam studentkę architektury. Rozmawiałem z nią i dużo się od niej nauczyłem. Kończy architekturę i bardzo chce zdobyć wiedzę z zakresu socjologii, po to przyszła do naszego instytutu na studia drugiego stopnia.

Żyjąc w takich, a nie innych realiach, gdzie wszędzie organizowane są konkursy, to może architekt, który ma tę wrażliwość społeczną, będzie miał większe szanse na stworzenie czegoś, co będzie najlepszym projektem.

PM: Poza tym ruchy miejskie będą się zmieniać i my będziemy podążać za rzeczywistością. To, co teraz interesuje ludzi, jeszcze 20 lat temu było nieinteresujące. Mody społeczne też są ważne i musimy je szanować jako socjologowie.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 1234567
Wawrzeńczyk Wawrzeńczyk
Redaktor Prowadzący, Dział Literatura

Zobacz także