film
MAGAZYN KULTURALNY
16 września 2014

BEKA Z HOUELLEBECQA

Houellebecq gra Houellebecqa grającego Houellebecqa. „Porwanie” byłoby trochę jak stand-up, gdyby nie to, że przez większość filmu pisarz siedzi na tapczanie.

„Porwanie Michela Houellebecqa" (2014) reż. Guillaume Nicloux - kadr z filmu

W udzielonym kilka miesięcy temu wywiadzie dla magazynu „Książki” Zadie Smith opowiadała o tym, że w Ameryce pisarze cieszą się estymą i popularnością przez sam fakt bycia pisarzami. Może nie zawsze idą za tym kilkusettysięczne nakłady albo wnikliwa lektura, ale jak już zrobią sobie to spotkanie autorskie, to ludzie z pewnością przybędą tłumnie w celu obcowania z artystą. We Francji rzecz ma się podobnie. Pisarz to jest ktoś. Ktoś na tyle rozpoznawalny, że można zrobić o nim film i zakładać, że będzie on zrozumiały dla szerszej publiczności. Dlaczego śmieszą nas zdjęcia Kim Dzong Una, który patrzy na rzeczy? Dlatego, że to Kim Dzong Un. Dlaczego śmieszy nas „Porwanie Michela Houellebecqa”? Dlatego, że to film z samym Michelem Houellebecqiem w roli głównej.

We wrześniu 2011, akurat w czasie, gdy miał aktywnie promować swoją najnowszą książkę, Houellebecq niespodziewanie zaginął. Świat się przejął, internet się przejął. Pojawiły się cyfrowe grupy poszukiwawcze dostarczające pomocnych informacji w rodzaju: „Sprawdzone: nie ma go w sklepie nocnym na Puławskiej przy Statoilu”. Rzecz była rzeczywiście dość ekscytująca, ponieważ w „Mapie i terytorium” przedstawiony w niej sam Houellebecq zostaje porwany i zabity. Przypadek? Prowokacja? I tak: po trzech miesiącach pisarz się odnalazł, jak gdyby nigdy nic, niczym przed laty Agatha Christie. Ale bez zgonu się nie obyło. Okazało się, że przyczyną absencji była śmierć jego najlepszego przyjaciela, pieska Clement, którego to pochował na cmentarzu dla zwierząt w podparyskim Asnières (zainteresowanych tym niezwykle osobliwym miejscem zapraszam tu: C'est pas mal d'être un animal).

Guillame Nicloux postanowił wykorzystać fakt słynnego zaginięcia i przedstawić swoją wersję tamtych tajemniczych wydarzeń. Scenariusz „Porwania” jedynie w sposób szczątkowy zarysowywał fabułę, pozostawiając aktorom pole do improwizacji, co wraz z obsadzeniem w roli głównej samego Houellebecqa nadało filmowi kształt mockumentu. Przez pierwsze minuty kamera śledzi pisarza snującego się po mieście w swojej znoszonej parce, ze zmierzwionymi włosami i z papierosem zatkniętym między starczo wydęte wargi. Twarz Michela Houellebecqa jest wybitnie niepociągająca (nie to co twarz Szczepana Twardocha), a jednak mamy ochotę oglądać dalej. Bo jest śmiesznie. Wielki artysta pocieszny w swojej codziennej nieporadności, bezcelowości robienia zakupów, pogaduszek przy lampce wina i palenia z osowiałą miną. I to jest ten enfant terrible francuskiej literatury!

Dochodzi do porwania. Zbójcami są: kulturysta Maxime (grany przez prawdziwego kulturystę Maxime'a Lefrancois), zawodnik MMA – Mathieu (grany przez prawdziwego zawodnika MMA Mathieu Nicourta) oraz były ochroniarz Karla Lagerfelda – Luc (tutaj już nie wiadomo, czy rzeczywiście jest byłym ochroniarzem). Mężczyźni wywożą pisarza na głęboką, ale w gruncie rzeczy dość sielską prowincję, gdzie zabunkrowują się w domku, który należy do mieszkających w nim rodziców jednego z porywaczy. Przymusowa kohabitacja okazuje się nie mieć w sobie zbyt wiele złowrogiego napięcia z gangsterskich filmów, choć sytuacja od początku jest co najmniej dziwna. Czemu kidnaperzy nie noszą masek? Czy to nie jest zły omen w takich wypadkach? Kto jest tajemniczym zleceniodawcą? A przede wszystkim: komu w ogóle chciałoby się zapłacić okup za takiego wyrzutka i mizantropa?

Dni we wspólnym mieszkaniu płyną, rodzinne życie toczy się dalej. Houellebecq pije wino, czyta książki, pali papierosa za papierosem i choć robi to wszystko w kajdankach, to czy nie jest trochę tak, że to uprowadzenie przypomina jego codzienność? Otoczony dyletantami, którzy chcą koniecznie porozmawiać z nim o literaturze, ponieważ jest znanym pisarzem. Wygłaszający denne sądy o jego powieściach, opowiadający o swoich, z jego punktu widzenia, zupełnie bezsensownych zainteresowaniach. W jednej z pierwszych scen filmu pewien elegancki mieszczanin prosi go o autograf, mówiąc: „Uwielbiam pańskie książki. Są takie prawdziwe. O tym, że mężczyźni cały czas chcą, żeby im obciągano… Utożsamiam się z tym”. Houellebecq z tą samą obojętną miną podpisuje mu egzemplarz książki, z jaką wysłuchuje monologu jednego z porywaczy, który to wie lepiej, co on tam właściwie napisał w tym eseju o „Warcrafcie”.BEKA Z HOUELLEBECQA

Trochę syndrom sztokholmski, trochę rutyna, a trochę zmęczenie życiem. Houellebecq przez cały film żartuje z siebie, gra swoim wizerunkiem mizantropa, alkoholika, podstarzałego erotomana. Ale czy mówienie, że „już się nażył wystarczająco” i nie obchodzi go, czy umrze, ma w sobie tyle samo żartu, co sugestie, że zajmie się na poważnie kulturystyką i sportem? „Porwanie” to farsa, przy której na sali kinowej słychać regularne erupcje śmiechu. Ale jest to też ten rodzaj „beki”, z której sączy się syrop melancholii – jak w smutnym spojrzeniu emerytowanego błazna. Bo enfants terribles też się kiedyś starzeją.

18 września zapraszamy na pokaz przedpremierowy filmu „Porwanie Michela Houellebecqa”, po którym odbędzie się debata z udziałem Agnieszki Drotkiewicz, Mariusza Szczygła oraz Krzysztofa Vargi. Dyskusję poprowadzi Dominika Sitnicka. >>> SZCZEGÓŁY

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także