teatr
MAGAZYN KULTURALNY
18 września 2014

Stan nieważkości

Ziemia z perspektywy sondy Voyager opuszczającej Układ Słoneczny wygląda jak gorący piksel. W tym małym punkcie mieści się siedem miliardów ludzi z całym ich dobytkiem. Pewną część z nich stanowią humaniści (podobno ginący gatunek), którym taki widok wprost nie mieści się w głowie.

fot. P. Wilewski

Niebotyczne osiągnięcia naukowe wciąż kierują wzrok w niebo, a sny o potędze, towarzyszące ludzkości już od Adama i Ewy, przybierają na sile wraz z każdym pierwszym krokiem człowieka na każdym kolejnym księżycu. Mamy więc z tego powodu wojny zimne i gorące. Tymczasem nawet w niedalekim kosmosie trwa cisza, a każda wojna staje się ledwie ziemskim szeptem.

W drodze na spektakl Studium Teatralnego „Szepty ziemi”, przy Dworcu Wschodnim zobaczyłem mural Loesje: „Z punktu widzenia Drogi Mlecznej wszyscy jesteśmy ze wsi”. Przez półtorej godziny przedstawienia można było poczuć się przyziemnie wobec tej immanencji czy też peryferyjności. Myślę, że nawet bardziej niż gdyby tak po prostu oglądać gwiazdy gdzieś za miastem.

Cóż, Wszechświat ma prawie 14 miliardów lat, a każdy człowiek żyje na tej główce szpilki tylko chwilę. Ten krótki czas oraz równie mała w tej skali powierzchnia zapewniają skoncentrowaną dawkę bezradności. Widzowie także mogli jej doświadczyć m.in. dzięki projekcjom dającym pewne wyobrażenie tych rozmiarów. Szczerze mówiąc, czasem czułem się jak uczestnik wycieczki z przewodnikiem po planetarium. Niestety nie mogłem polecieć w kosmos, gdyż cyklicznie wyłączający się rzutnik sprowadzał mnie na ziemię.

Udało się to dopiero w drugiej części spektaklu, gdy na scenę wjechał misterny wehikuł i gdy doszło już do spotkania obecnych w spektaklu dwóch – wydawałoby się – równoległych narracji. Pierwszą były rozważania i rozmowy humanisty (Waldemar Chachólski) z naukowcem-cyborgiem (Danny Kearns) o kosmosie. Drugą narrację stanowiły symboliczne sceny z udziałem kobiety (Magdalena Czarny) i mężczyzny (Michał Lorent), będące próbą określenia kim jest człowiek, jakie są jego potrzeby i zachowania. Najpierw są niejako wygnani z raju, szukający schronienia i pożywienia, później używają dobrodziejstw cywilizacji, sprawiając wrażenie biwakujących turystów.

Sondy wysłane w kosmos są jak butelki z listami wrzuconymi w morze. Pioneer 10 i 11 na swoim pokładzie mają zamontowaną płytkę z wizerunkiem mężczyzny i kobiety oraz zakodowanymi informacjami o Układzie Słonecznym jako przekaz dla innych cywilizacji. Voyager 1 i 2 wyposażone są w pozłacane dyski, zawierające odgłosy natury, muzykę pochodzącą z różnych okresów i kultur, fotografie i diagramy naukowe, pozdrowienia w pięćdziesięciu sześciu językach, wiadomości od prezydenta USA Jimmy’ego Cartera i sekretarza generalnego ONZ Kurta Waldheima. Scenariusz Marcina Cecko oraz multimedialna oprawa spektaklu, tj. projekcje i muzyka, inspirowane są zawartością tych płyt.

Spektakl „Szepty Ziemi” trafnie porusza różne niepokoje człowieka. Nie jest przecież pewne, czy te informacje gdziekolwiek dotrą i czy ktokolwiek podejmie próbę ich odkodowania. Być może zdezaktualizują się. Wciąż przecież wymierają kolejne gatunki zwierząt, postępuje globalizacja. Każdy rok przynosi nowe techniczne rozwiązania, a my nie możemy już za nimi nadążyć. Niewykluczone, iż niedługo nie odczytamy siebie samych, nie będziemy mogli się zdefiniować, określić tak, by zrozumiało nas choćby kolejne pokolenie, choćby ktoś obok. Możemy się stać dla siebie obcy nawet tu na Ziemi, a przecież każdy z nas chce zostawić po sobie choćby prymitywne malowidło, które wyprowadzi nas ze stanu nieważkości.

następna
strona
poprzednia
strona
Pietraszewski Pietraszewski
Redaktor działu "Teatr"

Zobacz także