literatura
MAGAZYN KULTURALNY
30 września 2014

Tłumacz też autor

Z Justyną Czechowską, tłumaczką z języka szwedzkiego i norweskiego, a także założycielką Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, rozmawiamy o sztuce przekładu.

Justyna Czechowska, - fot. Marta Fedorova

MAGAZYN: Dobrze jest być tłumaczem w Polsce?

Justyna Czechowska: To jest bardzo złożone pytanie. Co to znaczy dobrze? Tłumacz to zawód wciąż niedoceniony, źle płatny, bardzo trudny, wymagający, niezauważany, i tak dalej. Z tego punktu widzenia być nim jest niedobrze, ale jest to tak bardzo wciągające, pasjonujące, fantastyczne, spełniające marzenia zajęcie, że zawsze i wszędzie jest dobrze.

W porównaniu Polski ze Szwecją lub Danią, jak rysuje się sytuacja tłumacza?

Wcześniej pewnie powiedziałabym, że na przykład w Szwecji jest zdecydowanie lepiej, w Danii, Niemczech, Francji zresztą również, ale myślę sobie, że od paru lat sporo rzeczy w Polsce się zmienia. Porównanie i dyskwalifikowanie sytuacji tłumacza polskiego nie jest już takie proste i oczywiste. To dlatego, że w krajach zachodnich tłumacze mają wyższe stawki, ustanowione przez prawo, a każdy tłumacz należący do związku tłumaczy w danym kraju może na podstawie swojego członkostwa i umowy między wydawcami a tłumaczami domagać się swoich praw, na przykład minimalnej stawki. Ta umowa dotyczy też innych rzeczy, na przykład zamieszczania nazwiska tłumacza na stronie tytułowej, czasami nawet na okładce. W Polsce jeszcze nie ma porozumienia między wydawcą a tłumaczem. Ale dużo rzeczy się zmienia, chociażby to, że dosyć hucznie od kilku lat świętuje się Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Coraz więcej festiwali literackich zauważa tłumaczy, co nie zawsze dzieje się na świecie. W Szwecji owszem, ale na przykład we Francji, Belgii słyszałam, że obchody Międzynarodowego Dnia Tłumacza wcale nie są standardem. Poza tym w Polsce coraz więcej nagród zauważa istotę przekładu. Są one przyznawane również autorom z zagranicy i za każdym razem podkreślają rolę tłumacza, chociażby taka nagroda jak Europejski Poeta Wolności czy Angelus, czy nagroda imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Nie zawsze dzieje się tak na świecie, na przykład w sąsiednich Niemczech.

Jesteś też założycielką Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Jakie są cele tego stowarzyszenia i czemu tłumacze powinni się stowarzyszać? Jakie są już efekty działania tej grupy?

Stowarzyszenie działa aktywnie właściwie może od trzech, czterech lat, wcześniej istniały inne stowarzyszenia. Warto wspomnieć o tym, że istniała sekcja przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich zajmująca się przekładami literackimi oraz sekcja literacka w Stowarzyszeniu Tłumaczy Polskich, ale z jakiegoś powodu przez wiele, wiele lat one były dosyć mało aktywne. W związku z tym pojawiła się w środowisku młodszych tłumaczy, między 30 a 40 rokiem życia, potrzeba działania i potrzeba zmiany. Ponieważ stwierdziliśmy, że najprościej będzie założyć własne stowarzyszenie, dla którego napiszemy własny statut, i które będzie zrzeszało tłumaczy tylko i wyłącznie literackich, to ułatwi to nam działanie – będzie dużo prościej zdobywać pieniądze z zewnątrz na różne działania, uzgadniać to z naszymi zaprzyjaźnionymi jednostkami, takimi jak instytucje kultury, wydawcy czy festiwale. Najważniejszym celem było - i jest nadal - promowanie zawodu tłumacza i przekładu w ogóle, a także działanie na rzecz zauważania naszej ukrytej działalności. To jest upominanie, szczególnie dużych mediów, takich jak „Gazeta Wyborcza” czy innych tygodników, dzienników, miesięczników, oraz portali internetowych piszących o książkach, o uzupełnienie często brakującego tam nazwiska tłumacza. Czy to w krótkich notkach na temat książki, w których zazwyczaj jest podane, kto to napisał, jaki jest tytuł, kto wydał i w jakim roku, i brakuje na przykład nazwiska tłumacza. Zdarza się nawet, i to wcale nie tak bardzo rzadko, że publikuje się cały fragment tekstu, nie podpisując nazwiskiem tłumacza.

Czy w Polsce jest miejsce na debatę o tłumaczeniach? Czy to się wchłania, czy to bardziej rozmowa dla akademików?Tłumacz też autor

Zauważam, że od kilku lat taka przestrzeń się tworzy. Taką przestrzenią był cykl spotkań, które organizowaliśmy właściwie jeszcze przed powstaniem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, w ENICu, to znaczy w Europejskim Stowarzyszeniu Narodowych Instytutów Kultury. Cykl spotkań nazywał się „Przeczytane w tłumaczeniu”, a tłumacz był na piedestale. Młody tłumacz czytał fragment wybranej i przetłumaczonej przez siebie prozy. Nagle okazało się, że takie czytania cieszą się bardzo dużą popularnością - mieliśmy niezwykle dużą publiczność. Poza tym, jak wspomniałam, w przestrzeniach różnych festiwali tworzą się fora. Często tłumacze biorą udział w dyskusjach, są wywoływani na scenę przy okazji chociażby Kapuścińskiego, bo dostają nominację. Międzynarodowy Festiwal Opowiadania we Wrocławiu, a od tego roku także Festiwal Conrada, robi specjalne forum i cykl spotkań z tłumaczami. Największym forum, o którym warto wspomnieć, i które powstało rok temu w Gdańsku, to Festiwal Odnalezione w Tłumaczeniu, którego partnerem od samego początku jest Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury. Festiwal trwa trzy dni, chociaż działania przed festiwalem trwają już kilka miesięcy wcześniej, i który zauważa przede wszystkim tłumacza. Autor jest już wtedy na drugim miejscu. Zapraszamy również autorów i wydawców i inne osoby związane z książkami, chociażby dziennikarzy czy recenzentów. Przez ostatnie lata takich forów zrobiło się więcej. Fakt, że tłumacze literatury zabierają głos w najróżniejszych debatach związanych z literaturą, jest bardzo ważny, bo nie od zawsze byli promowani. Wybitne nazwiska tłumaczy mają swoje stałe rubryki w różnych mediach, chociażby Małgorzata Łukasiewicz czy Magdalena Heydel, która zawsze pisze o przekładach w „Tygodniku Powszechnym”. Oczywiście też cała „Literatura na Świecie”, tylko ona jest dosyć małym medium.

Bardzo hermetycznym, które też trafia do wybranej grupy ludzi.

Tak, tam dzieje się dyskusja w gronie akademików czy właśnie wybitnych tłumaczy, która również jest bardzo potrzebna. Ale jeżeli chodzi o szersze grono odbiorców, to myślę, że to jest to, które tworzyło się przez te kilka lat. Bardzo optymistycznie podchodzę do różnych naszych i innych działań na rzecz promocji zawodu tłumacza, samego przekładu literackiego. Moim zdaniem najważniejszą częścią obchodów Międzynarodowego Dnia Tłumacza są organizowane od kilku lat lekcje, które odbywają się głównie w warszawskich, ale również w innych liceach. To są lekcje, które organizuje STL, ale które prowadzą wybitni tłumacze z różnych języków na język polski, w tym roku również jeden tłumacz z polskiego na hiszpański. Tłumacze mają pogadankę, mini-wykład oraz warsztat dla licealistów. To przede wszystkim po to, żeby uświadomić, jak ważny jest przekład, jak może być trudny i ciekawy. Nawet nie po to, żeby zachęcić tych młodych ludzi do uprawiania tego zawodu. Być może jedna osoba spośród 60 się tym zainteresuje. Jedna z nieobowiązkowych, ale wprawdzie lektur w liceum, „Jądro ciemności”, ma cztery polskie tłumaczenia. Podejrzewam, że większość nauczycieli języka polskiego, zlecając jego lekturę, nie rekomenduje konkretnego przekładu.

Co powiesz o czytelniku, który zna nazwisko tłumacza?

Myślę, że to ktoś bardzo zaangażowany. To jest raczej ktoś, kto w ogóle zawodowo zajmuje się książkami i literaturą.

Mówimy o pewnych prawach, które tłumacz posiada, ale czy ma on również jakieś obowiązki względem literatury, którą tłumaczy? Czy istnieje tu pewna misja promocji polskiej literatury za granicą?

Mówimy tu o dwóch różnych polach. Jednym jest oczywiście fakt, że tłumacz z obcego języka na język polski wykonuje pracę promocji tamtej przestrzeni literackiej i tamtej kultury, tamtego społeczeństwa - wszystkiego tego, co wchodzi w książkę. Czy to będzie historia, czy obecny stan społeczny, czy język, który się oczywiście bardzo zmienia, który trzeba przełożyć na język polski, który również bardzo się zmienia. Ja widziałabym swój obowiązek wobec kultury i literatury szwedzkiej. Obowiązek wobec polskiego czytelnika i polskiej literatury rysuje się w fakcie, że także przełożona przeze mnie książka staje się częścią polskiej literatury. Moim obowiązkiem jest zrobić to najdokładniej, najwierniej, najładniej, żeby niczego nie zniszczyć zarówno w samej książce, jak i nie zniszczyć nic w obszarze polskiego języka i polskiej literatury. Poza tym moim obowiązkiem jest również oddać czytelnikowi dobrej jakości produkt. Myślę, że obowiązków tłumacz ma bardzo dużo, a to czy, ma promować polską literaturę za granicą, to jest przede wszystkim zadanie, które wykonuje Instytut Książki promujący literaturę polską, a także nasi koledzy - tłumacze polskiej literatury na inne języki. Ale ponieważ wielu moich kolegów tłumaczących na język polski to są ludzie, którzy często odwiedzają te kraje, przebywają w tych obszarach, siłą rzeczy promują również polską literaturę i kulturę.

Jak to jest z wyborem książki, którą się tłumaczy?

Są dwie drogi dojścia do tego, że się tłumaczy książkę. Można zapałać wielką miłością do książki i szukać dla niej wydawcy w Polsce. Wtedy absolutnie nie trzeba znać ani autora, ani wydawcy, tylko po prostu kocha się literaturę. Potem oczywiście tłumacz bardzo często znajduje się w roli pośrednika i ambasadora, jeżeli znajdzie wydawcę, to on często prosi o pośrednictwo w kontakcie z wydawnictwem za granicą. Tak było w przypadku książki, która ma się ukazać jesienią w moim przekładzie. Zwróciłam się do szwedzkiego wydawcy z prośbą o udostępnienie praw autorskich, a ponieważ jest to mała rzecz, dosyć poetycka, która nie będzie wielkim sukcesem komercyjnym i nie zarobi na siebie, to udało nam się te prawa autorskie zdobyć za darmo. Zazwyczaj to się odbywa tak, że polski wydawca musi kupić licencję do książki za granicą. Wtedy to dzieje się już poza samym tłumaczem. W przypadku książki o Grecie Garbo było tak, że Wydawnictwo Marginesy wykupiło licencję i zleciło mi tłumaczenie tej książki.

Jakie pułapki najczęściej czyhają na tłumacza przy przekładzie? Jakie są najbardziej zwodnicze miejsca?

Tłumacz to jest przede wszystkim najdokładniejszy czytelnik dzieła, często zdarza się że tłumacz czyta dużo bardziej dokładnie niż autor. Akurat mi się to nie zdarzyło, ale wielu moim kolegom zdarzyło się poprawiać autora z błędów chociażby merytorycznych.

Tak było z „50 twarzami Greya”, w którym polska tłumaczka musiała poprawiać oczywiste błędy językowe.

Mojej koleżance, która tłumaczyła jedną z części „Millenium” Stiega Larssona, zdarzyło się, że musiała poprawiać błędy faktyczne, na przykład pomyłki w godzinach czy odległościach między miastami. To świadczy o tym, że tłumacz jest rzeczywiście bardzo dokładnym czytelnikiem, dlatego że czyta, a potem jeszcze raz to przepisuje, tylko że w innym języku. Jakie jeszcze pułapki czekają? Najróżniejsze, w zależności od tego, z jakiego języka się tłumaczy. Wielu tłumaczy, szczególnie tych początkujących, nie czyta na głos swojego tekstu, tłumaczy 1:1. W moim przypadku tłumaczenie z języka germańskiego wymaga jednak wielu ingerencji w tekst, na przykład w dialog. To samo jest w przypadku języka angielskiego. Didaskalia często brzmią po prostu: 'he said, she said', i to może powtarzać się w nieskończoność, ponieważ czasownik 'said' jest nieakcentowany i bardzo krótki, jednosylabowy, składa się z czterech liter i jest mało zauważalny. Można go nawet pominąć w czytaniu na głos. Tymczasem polskie słowo „powiedział” albo „powiedziała” jest bardzo długie, wielosylabowe, i jeszcze dodatkowo akcentowane. Ono siłą rzeczy nie może się powtarzać cały czas, musi być urozmaicone albo częściowo pominięte, w zależności od tego, jak szybko i między iloma bohaterami odbywa się ten dialog. Didaskalia muszą być urozmaicone. Od czasu do czasu musi ktoś westchnąć, musi po prostu odpowiedzieć, albo wykrzyknąć, zapytać, a nie może tylko cały czas mówić. To rzecz, której ja się musiałam bardzo szybko nauczyć. Trzeba uważać z przymiotnikami, ponieważ język polski jest bardzo bogaty i często można wynajdować najróżniejsze synonimy do przymiotników. Czasami się okazuje, że niektóre przymiotniki nic nie znaczą i warto jest pominąć jeden przymiotnik w ciągu pięciu różnych przymiotników.

Wchodzi tu też kwestia ozdobności stylu tłumacza. Ostatnio pojawiła się w „Literaturze na Świecie” zjadliwa krytyka, oskarżająca Jacka Dehnela o ozłacanie przekładu „Wielkiego Gatsby'ego”. Tutaj trzeba też uważać na to, żeby styl własny tłumacza nie rzutował na przekład. Czy ozdobniki to też duży problem?

Tak, to jest duża pułapka. W odwrotną stronę uważam, że jest to dosyć zabawne, kiedy właśnie autor, taki jak Jacek Dehnel, robi odwrotnie, to znaczy tłumaczy autora zagranicznego i przenosi jego głos, ton, rytm na swoje własne pisanie. Czasami można odkryć, jeżeli ktoś jest bardzo wczytany w daną literaturę, że poeta, pisząc określony tom poetycki, musiał być świeżo po tłumaczeniu odpowiedniego poety. Uważam, że jest to bardzo wzbogacające, jeżeli chodzi o polską literaturę. Ale pułapka jest w odwrotną stronę -  autor zabarwia przekład swoim własnym stylem. To jest bardzo niebezpieczne, szczególnie dlatego, że nie oddaje de facto atmosfery i istoty języka danego autora. A to przecież olbrzymia część literatury. Bogusława Sochańska, wybitna tłumaczka z języka duńskiego, tłumaczka między innymi „Baśni” Andersena, przełożyła je na nowo. Jako pierwsza zrobiła to bezpośrednio z języka duńskiego, wcześniej były one tłumaczone via niemiecki. Zarzuca się, że jej tłumaczenia są momentami suche, bez przymiotników i ozdobników, które są przecież naturalne w języku polskim, a zwłaszcza w Andersenie. Tymczasem okazuje się, że nie, że poprzedni tłumacze właśnie ubarwiali, dodawali wszystkie ornamenty. Gdy przekładamy literaturę z obcych języków, przekładamy również istotę języka i musimy pozwolić naszemu językowi zmieniać się pod wpływem tłumaczenia. Uważam, że to jest fantastyczne w całym pomyśle na przekładanie literatury. Mam podobny problem, przekładając współczesną szwedzką poezję, która bardzo często jest prosta, pozbawiona przymiotników, pełna mięsa, ale surowego mięsa. Pamiętam, że pracując już wiele lat temu nad tymi przekładami, polski redaktor często zarzucał mi, że coś nie brzmi po polsku. Ja się upierałam przy moich wyborach i okazywało się, że owszem, brzmi.

Czy i jaka jest różnica między tłumaczeniem literatury należącej do kultury popularnej a tłumaczeniem literatury klasycznej?

Tłumaczenie literatury popularnej jest na pewno dużo łatwiejsze, bo jest napisana prościej. To zależy też oczywiście, jaka literatura popularna, bo jest i z wyższej, i z niższej półki. Jeżeli mówimy o literaturze z niższych półek, to dosyć szybko się ją tłumaczy, nie trzeba wyszukiwać żadnych aluzji. Są tu rzeczy, które nie odnoszą się do dawniejszej literatury, do anegdot żyjących w kulturze, do których należy znaleźć odpowiednik w języku polskim, nie używając wyszukanych metafor. Oczywiście, trzeba też tu bardzo uważać, bo wydaje mi się, że to jest bardzo ważne, żeby właśnie przy tłumaczeniu literatury popularnej, która będzie bestsellerem i dotrze do wielu czytelników, nie stworzyć byle jakiego produktu, tylko używającego jak najlepszego języka polskiego.

Czyli nie stosuje się tu zasada 'Garbage In, Garbage Out'? Jeżeli tekst na początku jest grafomański, to czy przekład również ma być pełen kwiecistych zdań?

Uważam, że jeżeli coś jest grafomańskie, to w ogóle nie powinno się tego przekładać. Powinno być spalone, utopione, nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Pojawia się dylemat, czy w takim kraju jak Polska, w którym czytelnictwo jest bardzo niskie, wydawać i sprzedawać masowo złe książki. Jest wolny rynek, nie możemy zakazać wydawania pewnych książek, ale boję się, że dzieje się to ze szkodą dla języka i czytelników. Jeżeli jest tak, że miliony kobiet miały potrzebę przeczytać „50 twarzy Greya”, to widać mają potrzebę przeczytania historii, która będzie jakoś opowiadać o lepszym życiu. Ale takich historii jest mnóstwo również w dobrej literaturze. Jeżeli ja bym miała wybierać między podarowaniem komuś, kto na co dzień nie czyta, bestsellera a chociażby innego dobrze napisanego romansu, to wybrałabym ten, który jest dużo lepiej napisany. Myślę, że tłumacz ma prawo zmieniać tekst. Jesteśmy tymi, którzy współtworzą literaturę z redaktorami, wydawcami, więc spoczywa na nas odpowiedzialność.

Czyli bardziej autor niż cień autora.

Tak, jak najbardziej. Cień w ogóle jest bardzo złą metaforą. Tak samo jak złą metaforą jest szyba, której bardzo wielu moich starszych tłumaczących kolegów często używa. Uważają, że najlepiej by było, gdyby pozostała ona przezroczysta, bez skazy, bo wtedy tłumacz jest niewidoczny i oznacza to dobry przekład. Jeżeli przekład jest słaby i szyba jest nieco zabrudzona, to wtedy automatycznie już widać tłumacza, to on spartaczył. Osobiście wolę, kiedy zauważa się także krystalicznie czystą szybę.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345

Zobacz także