film
MAGAZYN KULTURALNY
29 listopada 2014

KINO MARGINESU

Rzymski Festiwal Filmowy bardziej niż świętem kina jest komercyjnym skutkiem pochopnie podjętej dziewięć lat temu decyzji. To przyczynek do refleksji na włoską kinematografią.

Wielkie piękno, reż. Paolo Sorrentino - kadr z filmu

Nie jest jasny cel istnienia rzymskiego wydarzenia. Brak myśli przewodniej spajającej choćby w najmniejszym stopniu projekcje, intrygująco żenujący poziom dopuszczonych do pokazu filmów, a także chaos organizacyjny prowadzą do wniosku, że festiwal służy raczej do zbijania rynkowego sukcesu niż troski o kulturę, jakby wskazywały patetyczne wytyczne spisane przy tworzeniu wydarzenia. Rzymskie wydania włoskich dzienników z melancholią pisały o powolnym upadku narodowej kultury, sugerując konieczność wprowadzenia zmian w przyszłych edycjach. W tym roku także i termin włoskiego wydarzenia zbiegał się z końcem Festiwalu Filmowego w Londynie i z początkiem Festiwalu w Tokio. Również po raz dziewiąty nie jest jasna relacja między Biennale Filmowym w Wenecji a Festival Internazionele del Film di Roma – przy tak nieokreślonym stosunku nagrody ze stolicy pełnią rolę pocieszenia dla mniej zdolnych czy ambitnych twórców.

Jedną z poważniejszych wad festiwalu jest lokalność, czyli pokazy filmów głównie włoskich, koncentrujących się na problemach zbyt osadzonych w kontekście danego miejsca, żeby mogły zainteresować widza-cudzoziemca. Warto przypomnieć, że festiwal miał być w założeniu międzynarodowy, co jest sporym nadużyciem słowa albo szelmowskim puszczeniem oka przez organizatora do widzów. Zdecydowana większość spotkań była prowadzona w języku włoskim bez tłumaczenia, a prasa obecna na festiwalu, poza rzymskimi wydaniami dzienników, to włoscy bloggerzy i dziennikarze skromnych portali internetowych. Najpewniej jednak zniesienie kolizji z pozostałymi dwoma festiwalami nie przyniosłoby znaczącego wzrostu zainteresowania zagranicznej prasy rzymskim tematem, jeśli nadal będą prezentowane tu filmy już po premierze w Toronto czy Cannes. To filmy włoskie mają tu swoje premiery, a gwiazdy narodowego kina (i telewizji) mają swoje udeptanie czerwonego dywanu.

Festiwal obfitował w komedie. Nic dziwnego zresztą, bo włoska komedia ma swoją długą, docenianą na świecie tradycję – dość wspomnieć takich reżyserów, jak Mario Monicelli czy Pietro Germi. Problem jednak w tym, że żarty obecnych filmów czają się na widza i obezwładniają ciężką dosłownością, przez stereotypowe perypetie prowadząc do szczęśliwego zakończenia (tak jak to było w otwierającym festiwal filmie Soap Opera czy innym Buoni a nulla). Dokumenty opowiadały historie znane już z innych okoliczności, tyle że osadzone we włoskim kontekście. Jeśli kino dokumentalne wydobywa z rzeczywistości tylko zabawne postaci i wydarzenia, to jest nieszczere, a przy tym kojące widza – z perspektywy włoskich problemów z ogromnym bezrobociem młodych czy strajkami generalnymi z milionem uczestników optymizm przemawiający z filmów to optymizm głupka lub ignoranta. Jednym z filmów mających ukoić nerwy nowego mieszczanina był dokument o bezdomnych z Roma Termini, nachalnie moralizujący i zachęcający do „dawania moniaków”, z pogodnym zakończeniem i odmianą losu nieangażującą żadnej zewnętrznej osoby. Dokument o brytyjskim zespole Spandau Ballet (Soul Boys of the Western World w reżyserii George'a Henckena) zawiesił się między chęcią rozbawienia widza przez opowiadane grupowe anegdoty a nabożnym traktowaniem przez muzyków swojego pracowniczego pochodzenia i podkreślaniem go przez reżysera. Ostatecznie zarysował się dość groteskowy obraz chłopaków, którzy butnie nadają swojemu występowi przed młodymi fankami podobną wartość społeczną, co robotniczym strajkom po reformach Thatcher.

Pojawiły się również filmy niezrozumiałe, po których odbywały się przeintelektualizowane dyskusje z udziałem kilku najwytrwalszych osób z publiczności. Ich cechą była chęć dotarcia do głębokich prawd małą ilością słów, z charakterystycznie prostymi pytaniami, na które bohater nie był w stanie odpowiedzieć i milczał razem z wyczekującym widzem. Obecne były także amerykańskie superprodukcje, głośno oklaskiwane i sprawiające ogromny zawód – Trash Stephena Daldry'ego i Time out of Mind Orena Movermana to filmy niezmieniających się bohaterów. Sensacyjna historia o udanej rewolucji w brazylijskich fawelach i opowieść o nowojorskim bezdomnym (gra go sam Richard Gere), który ostatecznie po filmowych dłużyznach dom znajduje, zaliczają się do filmów irytująco obecnych w świadomości tylko podczas oglądania.KINO MARGINESU

Ciekawymi momentami festiwalu były popremierowo wyświetlane filmy Still Alice Richarda Glatzera oraz A Girl Walks Home Alone at Night Any Lily Amirpour. Pierwszy z nich w delikatny sposób opowiada o kobiecie poddającej się Alzheimerowi, za wszelką cenę starającą się przy tym zachować elementy stanowiące dla niej normalność – przede wszystkim pracę. Drugi z filmów to irański pastisz horroru, w którym to wreszcie kobieta w zmodyfikowanej burce jest dla mężczyzn śmiertelnym zagrożeniem – atakuje ich jak wampir.

Przy wszystkich złych słowach, jakie zostały powiedziane, jest też tu szczera nadzieja, że wraz z przyszłoroczną, dziesiątą edycją Festiwalu „los się musi odmienić”, a dystans między kinem promowanym na wydarzeniu a rzeczywistością w jakimś stopniu zostanie zasypany. Szkoda też, że diagnoza Paolo Sorrentino wystawiona w Wielkim pięknie rzymskiemu światu klasy wyższej tyczy się także kina włoskiego – służy tylko pustej rozrywce w przyjemnej oprawie. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także