peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
20 stycznia 2015

Nieśmiały krawiec

„Mam już dość bycia młodym, znanym i bogatym. (…) Tylko nie mów nic Pierre'owi”. W wydawnictwie Bukowy Las ukazała się we wrześniu biografia Yves'a Saint Laurenta – projektanta, który ubrał kobietę w garnitur.

Okładka książki "Yves Saint Laurent", Wydawnictwo Bukowy Las

Dla Francuzów moda jest pełnoprawną gałęzią kultury. Nie dziwi więc, że odkąd Yves Saint Laurent zmarł w 2007 r., twórcy wszelkich dziedzin nieustannie powracają do zgłębiania jego biografii. A jest to biografia fascynująca, bo powiązana silnie z przemianami politycznymi, społecznymi i kulturalnymi ostatniego półwiecza, a przy tym doprawiona wątkami depresji, alkoholu, narkotyków i burzliwego homoseksualnego związku. W dodatku przewijają się przez nią tak znane nazwiska, jak choćby Andy Warhol czy Mick Jagger. W samym 2014 roku pojawiły się dwa filmy i kilka książek oraz albumów. 

Tymczasem w Polsce wydana została obszerna biografia autorstwa Laurence Benaïm. Francuska dziennikarka ukończyła pisanie w 2002 r., kiedy projektant jeszcze żył. I być może właśnie dlatego jest to dzieło bardzo... taktowne. Benaïm unika wątków rodem z „historii kamerdynerów”. Na każdy akapit dotyczący problemów osobistych Saint Laurenta przypada kilka stron o tle kulturowym, z którego wynikały kolejne kolekcje, a także – dla pasjonatów – analiza materiałów i kolorów na poszczególnych strojach. To nie znaczy, że nie zbliżymy się do poznania osobowości projektanta. Wyłania się obraz człowieka niezwykle utalentowanego (co chyba oczywiste), a przy tym wrażliwego i niepogodzonego z rzeczywistością. Poza tym też pełnego sprzeczności, bo z jednej strony, będąc wciąż na świeczniku, cierpiał, pogrążał się w sobie, zamykał się przed światem, a z drugiej – świadomie podsycał zainteresowanie mediów projektując rzeczy nowatorskie i niejednokrotnie szokujące.

Skoro już przy tym jesteśmy, to może warto wyjaśnić laikom, co właściwie zawdzięczamy Saint Laurentowi. Pierwszym przełomem była kultowa Mondrian dress – prosta sukienka w kształcie trapezu, ozdobiona nadrukiem słynnego obrazu holenderskiego malarza. To właśnie ta część garderoby zdefiniowała swobodny i dziewczęcy styl lat 60-tych. Co najważniejsze, była to miła odmiana po ciężkich i skomplikowanych ubiorach z lat 50-tych, bo oto nagle płeć żeńska mogła ubrać się w coś zwyczajnie... wygodnego. To uwielbienie, którym Saint Laurent darzył kobiety wyzwolone, przejawiło się później w kolejnej rewolucji – zaprojektował mianowicie damski garnitur. Nie odnosił się co prawda otwarcie do drugiej fali feminizmu: „Spodnie to kokieteria, dodatkowy czar, a nie znak równości czy wyzwolenia. Wolności i równości nie kupuje się wraz ze spodniami, to stan umysłu”. Dał jednak kobiecie możliwość ubrania się jak mężczyzna, jednocześnie się za mężczyznę nie przebierając. 

Kolejne kolekcje dawały jego klientkom władzę nad własnym ciałami: przezroczyste bluzki, stroje z bardzo cienkich materiałów, które nie ograniczały ruchów, a także bogactwo dodatków, dzięki czemu kilka pań w tej samej sukience wyglądać mogło zupełnie inaczej. Chodziło o uwolnienie damskich ciał od pewnego rodzaju opresji. Saint Laurent chciał, by chodziły swobodnie i z pewnością siebie. 

Oprócz tego, to u Saint Laurenta już w latach 70-tych na wybiegu pojawiła się różnorodność etniczna, której brak w branży pozostaje problemem po dziś dzień. „Uważali nas za rasistów na opak, ponieważ mieliśmy mało białych modelek” - wspominała Loulou de la Falaise, przyjaciółka i muza projektanta. Ponownie nie był to manifest polityczny, nie było w tym chęci prowokowania ani dążeń do zbawienia świata. Yves Saint Laurent wychował się w Algierii i do końca życia inspirowało go wszystko, co egzotyczne. Carska Rosja, intensywne od słońca barwy pustyni, tajemniczy Orient – byle nadać paryskiej ulicy nieco bajkowości. Nieśmiały krawiec

Z punktu widzenia rynku mody Yves Saint Laurent zapisał się w historii jako jeden z pierwszych twórców prêt-á-porter. Sieć butików Rive Gauche udostępniała klientkom produkowane masowo projekty mistrza w cenach dużo przystępniejszych niż w przypadku haute couture. Dopiero z wejściem słynnego wychowanka Diora na rynek rzeczy „gotowych do noszenia” stał się on pełnoprawną gałęzią mody. Saint Laurent nie rezygnował jednak z szycia specjalnie dla klientek; podkreślał zresztą, że do stworzenia dobrego projektu potrzebuje żywego modela, którego mógłby ujrzeć w ruchu. Dzięki temu jego dom mody pozostaje do dziś jednym z największych na świecie.

Czy więc dziedzictwo Saint Laurenta to same pozytywy? Niekoniecznie. To on wypromował niezdrowo chude modelki pozbawione takich atrybutów kobiecości, jak biust i pupa. „Wieszaki”, jak się o nich mówi pogardliwie, przed nastaniem Saint Laurenta uważane były za niekobiece i nieatrakcyjne. Dzisiaj jednak szala przechyliła się na drugą stronę, a świat mody nieustannie musi walczyć z oskarżeniami o promowanie niezdrowych kanonów piękna, które doprowadzają tysiące kobiet do anoreksji.

Laurence Benaïm opisuje Saint Laurenta jako człowieka nieśmiałego, ale charyzmatycznego; niezorganizowanego, ale stanowczego i wymagającego; homoseksualistę, który kochał kobiece ciała. Ale opisuje też przemiany społeczne drugiej połowy XX wieku w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście postać projektanta jest zawsze na pierwszym planie, nie zmienia to jednak faktu, że bez zrozumienia pewnych mechanizmów, które wpływają na kształtowanie się mody, nie sposób zrozumieć, na czym polegał jego geniusz. Choć książka „Yves Saint Laurent” może się czasem dłużyć i nie każdemu musi pasować mocno zbeletryzowany styl, to jest to kawał profesjonalnego dziennikarstwa. Prędzej znajdziemy tu cytaty z Barthes'a niż z brukowców i na każdej stronie widać, że autorka nie wzięła się za ten temat z przypadku. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się modą na nieco głębszym poziomie niż przeglądanie zdjęć szafiarek na Instagramie. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także