sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
25 grudnia 2014

Cisnąć, ale z przyjemnością

Z Janem Bajtlikiem, wielokrotnie nagradzanym na międzynarodowych konkursach plakacistą, autorem ilustracji i książek dla dzieci, absolwentem grafiki na warszawskiej ASP, rozmawiamy o sile plakatu, największych wyzwaniach, pracy z dziećmi, ostatnich projektach i współpracy z „tą wielką Ameryką”… I nie tylko.

Jan Bajtlik, źródłó archiwum autora

MAGAZYN KULTURALNY: Jutro kończysz 25 lat. Jak to możliwe, że tak młoda osoba ma już tak duży dorobek?

JAN BAJTLIK: Bez przesady, bez przesady… Myślę, że wielu ludzi zaczyna dziś wszystko dość wcześnie. Mamy dostęp do ogromnej ilości informacji, do internetu, i możemy zacząć to wcześnie wykorzystywać. W moim przypadku było podobnie, zacząłem robić pierwsze zlecenia graficzne już na początku studiów. Studia na Wydziale Grafiki to między innymi nauka o formach wydawniczych - nie wystarczało mi to tylko w obrębie studiów. Podczas przygotowywania publikacji są różne problemy i zdobywając wiedzę w praktyce zawodowej, możemy się tego jeszcze lepiej nauczyć. Na początku wiąże się to oczywiście z ogromną liczbą błędów, nie tylko technicznych, ale również tych najważniejszych, jak np: „rozmawiania z klientem” czy planowania etapów projektu etc. Uczymy się też na błędach, jak argumentować racje własnego projektu, jak się nie “wkopać w ciemno”, jak podpisywać umowy, jak negocjować. Może to, że zajmowałem się tym od początku, skutkuje ilością prac, o których mówisz, ale jeśli by wybrać te naprawdę znaczące, to chyba nie ma ich wcale tak wiele. A ogólnie jest sporo, bo cały czas siedzę i coś robię.

To, że zacząłeś dość wcześnie, na pewno miało wpływ. Ale może liczba konkursów w jakich brałeś udział – a było ich wiele – również odegrała tu jakąś rolę?

Tak, konkursy trochę pomagają. Konkretnie jeden konkurs w Polsce pomógł mi najbardziej – AMS. AMS jest potentatem informacji outdoorowej w tym kraju, należy do Agory i dzięki temu informacja o twojej pracy trafia momentalnie w wiele źródeł, kanałów. Podczas, gdy na przykład konkursy międzynarodowe, które są bardziej środowiskowe, nie mają tego rezonansu w Polsce, a jedynie w networku ludzi zaangażowanych w temat.

AMS zresztą ma wiele nośników w mieście, mam wrażenie, że gdzie nie spojrzymy, tam wisi.

I taka jest rola AMS-u. Ten konkurs jest skierowany przede wszystkim do młodych ludzi, studentów, profesjonalni graficy raczej nie biorą w nim udziału. Ale tak naprawdę nie tylko to się liczy. Jak działa się dużo i zaczyna od projektów niszowych, które trafiają do mniejszej liczby ludzi, to z czasem jest szansa, że ktoś to gdzieś zauważy, doceni. Rezonują również te najstarsze rzeczy, o których kiedyś myślałeś „kurczę, po co ja to robiłem”. Z drugiej strony, nie chodzi o to, żeby tylko produkować… Teraz chcę skupić się na projektach długofalowych, bardziej rozbudowanych, z których wynika coś więcej niż te „jednostkowe” projekty, jak np. projekt okładki, pojedynczej ilustracji czy plakatu.

Na stronie Galerii Plakatu AMS przeczytałam takie zdanie „Reklama zewnętrzna pełni rodzaj elementarza w estetycznej edukacji Polaków”. Na pewno znajdzie się wielu ludzi obytych ze sztuką, którzy docenią dobry plakat w przestrzeni publicznej. Ale czy sądzisz, że plakat jest w stanie wpłynąć jakoś także na „przeciętnego Kowalskiego”?

Projektowanie graficzne w ogóle, nie tylko to outdoorowe, ale tak samo wszystkie rodzaje publikacji – od książek, gazet, po aplikacje na telefonie – to wszystko ma trochę wspólnego z architekturą. Jeśli jest estetyczne, dobrze zaprojektowane, dobrze funkcjonujące, to może wpłynąć na człowieka i jakość jego życia. Nie oznacza to jednak, że ma zbawić świat. Tak samo z projektowaniem graficznym. To jest pewien towar “luksusowy”, jak np. perfumy. Dodatek do naszego życia, które może być przyjemniejsze, bardziej uporządkowane, wpływać na nasz nastrój, wrażliwość. Coś co nas rozśmieszy, zadziwi, zmusi do refleksji. Mamy droższe i tańsze flakoniki, i tym samym możemy mieć droższy lub tańszy projekt, często lepszy lub gorszy. Z drugiej strony przeciętny odbiorca, czyli ktoś, kto na co dzień nie interesuje się tematem, mimo wszystko, nawet podświadomie, zauważy różnice – powie „o, tu milej” „o, dlaczego tu tak biało, chłodno, ja nie lubię jak jest tak pusto”. Myślę, że podstawą jest komunikowanie z myślą o każdym odbiorcy. Zarówno jeśli chodzi o funkcjonalizm, jak i estetyzm. Oczywiście bywają też określone grupy odbiorców, np. gdy wydawca chce wydać książkę dla określonej grupy czytelników itp. Ale generalnie wyznaję zasadę, że projektowanie powinno być przystępne dla każdego odbiorcy. Jak projektujesz plakat w Polsce i chcesz użyć gry słów po angielsku, to nie zawsze zdaje to egzamin, ponieważ niektórzy ludzie mogą tego nie zrozumieć. Gdy projektujesz książkę dla dzieci, projektujesz ją też dla dorosłych.Cisnąć, ale z przyjemnością

Ale czy plakat może zmienić bezpośrednio ludzi, zmotywować, żeby przestali palić czy sprzątali psie kupy? Nie sądzę. Większość moich plakatów ma charakter społeczny, traktuję to jako udział w dyskusji, komunikat, zwracanie uwagi na problem.

Ustaliliśmy, że plakaty w przestrzeni publicznej mają pewną moc. A jak jest z plakatami w przestrzeni internetu?

Plakat nie ma już tej formy i rangi, jaką miał przez wiele lat, zwłaszcza w Polsce. Zmienił swoje znaczenie i rolę. Informacje rozchodzą się innymi kanałami, przede wszystkim internetem. Ale z drugiej strony zauważmy, że Warszawa jest miastem niesamowicie oplakatowanym billboardami, budynki są opakowane reklamami wielkoformatowymi, a budy bazarowe, latarnie uliczne obklejone innymi informacjami. O dziwo tutaj - w Polsce - okazują się one niezbędną częścią systemu rynkowego, mimo że te same reklamy wyskakują nam na całą stronę w Internecie. Czyli wciąż jednak przykłada się wagę do tej formy drukowanej, której jest absurdalny nadmiar, często graniczący z niefunkcjonalnością. Myślę, że na zachodzie, gdzie odchodzi się od billboardów, od napieprzania w przestrzeni literami sprzedającymi nam cokolwiek, plakat wszedł w bardziej reprezentatywną formę. Wisi na ulicy w szklanej ramie, informuje o jakimś wydarzeniu kulturalnym lub jest komercyjną reklamą. Trudno jednoznacznie powiedzieć, na ile miałby tworzyć konkurencję dla internetu, albo internet dla niego, ale i tak pierwsze skrzypce gra forma online.

W 2013 roku zrobiłeś dyplom na warszawskim ASP. Część redakcji działu Sztuka głowi się w tym roku nad swoimi pracami dyplomowymi – nie jest to łatwa sprawa. Skąd u Ciebie pomysł na „bądź człowiekiem, czytaj”? Pojawił się w ostatniej chwili, czy może temat czytelnictwa jest Ci bliski i siedział w Twojej głowie już jakiś czas?

Chciałem się delektować pracą dyplomową: zrobić temat o mojej (drugiej po pracy) pasji, czyli wspinaniu, alpinizmie. Kombinowałem na wszystkie możliwe sposoby – od gier planszowych, przez tablice informacyjne w Tatrach, wszystko… I nic nie było akceptowane. Jednocześnie miała być to praca, która ma walor artystyczny i jest zaangażowana społecznie. Naturalnie, jak odpuściłem sobie temat wspinania, pomyślałem o czytelnictwie, jako że jego poziom jest w Polsce zbyt niski. Nie chodziło mi jedynie o plakaty, one były bardziej dodatkiem. Zająłem się różnymi aspektami promocji czytelnictwa. Czyli edukacja najmłodszych, praca u podstaw, zachęcanie do nauki czytania – tworzenie książki aktywnościowej, z którą dzieci bawią się literami, uczą się czytać, mogą brać udział w warsztatach. Sygnalizowanie, że trzeba działać na wiele sposobów, na różnych polach, i że związane są z tym przeróżne problemy – i problem pedagogiki, i nauki od podstaw, to, jak postrzegają czytelnictwo dzieci i dorośli. Finalnie powstała książka  aktywnościowa „Typogryzmol” o typografii dla dzieci w wieku 4-7 lat wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry oraz plakaty. Przeprowadziłem też bardzo dużo warsztatów typograficznych dla dzieci i ich pedagogów oraz rodziców.

Jesteś autorem książek i ilustracji dla najmłodszych, prowadzisz też wiele warsztatów dla dzieci w najróżniejszym wieku. Masz z nimi dużo styczności. Co jest największym wyzwaniem w pracy z dziećmi?

Największym wyzwaniem jest to, żeby je zainteresować, znaleźć wspólny język. Dzieci koncentrują się zupełnie inaczej niż dorośli, to co im oferujesz nie może ich nudzić, muszą „mieć fun”, być zaciekawione. Dzieci należy traktować serio, poważnie i ambitnie. One po prostu niekiedy mniej wiedzą lub umieją niż dorośli. A jednocześnie wszystko działa jak mechanizm: ty trochę sterujesz rodzajem materiałów, jaki im oferujesz, tym co mówisz, jak ich naprowadzasz, a wszystko skutkuje tym, że dzieci się bawią, uczą, są zaciekawione, dla nich to jest coś nowego. Druga ważna rzecz to to, co dzieci mówią. Ich wyobraźnia jest zaskakująca i nie ma granic. Niby wszyscy wiemy, że jest zaskakująca, ale jak się czasem coś usłyszy…

Właśnie, z dziećmi często wiążą się zabawne lub zastanawiające anegdoty. Czy jakaś Ci przychodzi do głowy?

Miałem niedawno taką sytuację: robiliśmy książkę w godzinę, była to zabawa z formą książki. Dla dzieci okazało się wyzwaniem, że trzeba zapełnić pewną liczbę stron w danej kolejności etc. Podejrzewam, że gdybym położył im te rozkładówki jedną obok drugiej, byłoby inaczej. I one od razu szukały techniki, jak to wszystko pogodzić: czas, technikę i pomysł. Jeden chłopak rysował bardzo prosto, lapidarnie i oszczędnie – i, co za tym idzie, szybko. Kojarzyło mi się to trochę z rysunkami Tomaszewskiego. Chłopiec skończył pracę jako pierwszy, zgłosił się, na co mu odpowiedziałem „świetnie, zaskakujące, że tak szybko!”. On na to „no tak, bo trzeba rysować tak, jakby się nie chciało rysować, tak byle jak – to się najlepiej sprzedaje”. Z drugiej strony, sam już nie wiem, na ile to jest nieświadomie powiedziane, a na ile on coś wyczuł, zauważył. A poza tym zacząłem się bać, żeby tym dzieciom się nic nie stało. Czasem jak wymachują tymi nożyczkami…

Konkursy, wystawy, warsztaty z dziećmi w różnych miastach. Wygląda na to, że jesteś bardzo zapracowany. Masz jakąś odskocznię od pracy?

No sen! …a tak naprawdę wspinanie jest odskocznią, drugim kierunkiem, który niestety często trudno jest pogodzić z światem graficznym. Wspinanie wymaga dużo czasu i systematyczności, a u mnie to musi jakoś iść w parze z pracą zawodową, która jest jednak chyba na pierwszym miejscu. Wspinanie jest świetnym oderwaniem od wszystkiego, ładowaniem energii, nauką i rozwojem.

Dużo też podróżujesz. Ostatnio byłeś w Turcji, na warsztatach w Stambule. Na czym one polegały?

Wyjechałem z Fundacją Krytyki Dizajnu. Jest to Fundacja założona przez Agatę Szydłowską i Rene Wawrzkiewicza, zajmująca się krytyką dizajnu, pisaniem na jego temat, tworzeniem wystaw, organizacją konferencji, popularyzacją. I tak we współpracy z Instytutem Adama Mickiewicza oraz grupą krytyków i kuratorów z Stambułu stworzyli przestrzeń rezydencji dla różnych osób w jednej z stambulskich galerii. Galeria „Mikser” stała się miejscem workshopu, w ramach którego przyjeżdżały osoby z różnych dziedzin związanych z typografią, pracą badawczą, projektami społecznymi, komunikacją. To był ciekawy, inspirujący wyjazd, z bardzo interesującymi uczestnikami: Arizona Studio, Marian Misiak, Miasto Dwa, Grzegorz Laszuk z Raiders of the Lost Things, Katarzyna Roj, Filip Zagórski, Robert Kwiatek, Marcin Rutkiewicz, Robert Chwałowski. Zaproponowałem zrobienie ulotek z rozmówkami polsko-tureckimi, ironicznie nazwanego „Rozmówkami polsko-tureckimi z okazji 600-lecia przyjaźni”. Chodziliśmy po mieście, obserwowaliśmy, robiliśmy dokumentacje różnych rzeczy i rozmawialiśmy z ludźmi. Okazało się, że w Turcji wiedza o kraju, jakim jest Polska, jest praktycznie zerowa. Myślę, że jakby Polaków spytać o Turcję, to są w stanie chociaż powiedzieć, że kebab czy Stambuł… A miałem wrażenie, że Turcy, zarówno studenci, ludzie wykształceni, niewykształceni, biedni, niebiedni - nie mieli za bardzo pojęcia o Polsce. Chodziło nam więc o najprostszą interakcję pomiędzy tymi dwoma grupami. Czego Turcy mogliby się dowiedzieć o Polsce oraz czego my moglibyśmy się dowiedzieć od nich? Zaczęliśmy formułować pytania. I tak oni nas pytali, czy w Polsce dużo ludzi popiera komunizm, albo co sądzimy o Adolfie Hitlerze - co nam może wydaje się śmieszne, dziwne, ale dla nich są to normalne pytania. Oni wciąż nie wiedzą, jak wygląda u nas kwestia rozliczeń z drugą wojną światową, z przeszłością przed 1989 rokiem. Z kolei my zadawaliśmy prowokujące pytania dotyczące nastrojów polityczno-społecznych np: „Czy są dziś jakieś demonstracje?”, „Czy lubisz swojego prezydenta” itp. Pytania są w trzech językach – polskim, tureckim i angielskim. Ulotki zostały wydrukowane przez Roberta Kwiatka (działacza opozycji należącego do Federacji Młodzieży Walczącej) techniką, której używał w latach 80. Autorem ilustracji na ulotce jest współpracujący z nami turecki ilustrator Mert Tugen. Forma tej ulotki, to że jest odbita w prosty sposób, na papierze słabej jakości, ma mieć estetyczny walor nawiązujący do opozycyjnych druków lat 80. Ulotki rozdawałem z Marcinem Rutkiewiczem (autorem kilku dużych albumów o polskim streetarcie) w najróżniejszych miejscach Stambułu.

Tak na ulicy?

Tak, w miejscach turystycznych, zwykłych dzielnicach mieszkaniowych, w porcie, na bazarach, przy meczetach, przed Hagia Sofią, na deptaku Istiklal i na placu Taksim. Obserwowaliśmy reakcje ludzi. Drugim projektem prowadzonym przez Miasto Dwa była dokumentacja ręcznie robionych szyldów prezentujących różne ciekawe formy liternicze. Wiele budynków mieszkalnych ma nad wejściem swoją nazwę napisaną oryginalnym liternictwem. Dokumentowaliśmy to i chcieliśmy dotrzeć do ludzi, którzy się tym zajmowali, dowiedzieć się, czy to byli wykształceni kaligrafowie i graficy, czy była to raczej praca rzemieślnicza przykazywana na zasadzie „mistrz i uczeń”. Udało nam się dotrzeć do paru osób. To zostało już zaniechane przez rozpowszechnienie się metod tańszych i bardziej przystępnych, ale opowiadano nam, że ci, którzy to kiedyś tworzyli, zawsze improwizowali. Przez to liternictwo było unikatowe.

A w najbliższym czasie planujesz jakiś wyjazd?

Do Charkowa. Razem z Syfon Studio lecimy tam na zaproszenie grupy grafików organizującej imprezę graficzną 4th Block. Jest to największa tego typu impreza na Ukrainie, a z racji, że Charków jest na wschodzie Ukrainy, to wyjazd ma też różne inne konteksty. Mimo trudnej sytuacji udało się stworzyć tegoroczną edycję i znaleźć na to jakiś drobny budżet. Jestem bardzo ciekaw tego wyjazdu, bo pierwszy raz się spotkałem z tak ogromnym zainteresowaniem, że ktoś tak bardzo chce nas usłyszeć. I być może dając trochę do zrozumienia, że postrzegają nas jako państwo zachodnie. Piszą do nas „wy tyle robicie, tyle ciekawego u was dzieje, chcemy, żebyście przyjechali i nam teraz o tym opowiedzieli”. Podczas gdy przecież u nich też są szkoły graficzne, trendy, style, konkretne środowisko, lokalny lifestyle, itd. Może przez to, że są daleko, że muszą mieć wizę do Polski? Przyznam, że trochę się tremuję tym, ale jestem bardzo ciekaw, co oni powiedzą, trochę tak, jak byłem ciekaw z tymi Turkami. I to nie tylko, co powiedzą na temat Rosji, ale tak ogólnie.

Jaką swoją pracę uważasz za swój największy sukces? A co było dla Ciebie największym wyzwaniem?

Żadnej swojej pracy nie uważam za największy sukces, ciągle mi mało i pewnie zawsze tak będzie. Wszystko jest wyzwaniem, to może banalnie brzmi, ale tak jest. Na pewno czymś, co bardzo rezonowało, jest „Weź się do kupy”,ciągle ktoś chce kupić ten plakat, ale czy to oznacza, że jest on najlepszy – nie wiem.

Na pewno pewnego rodzaju sukcesem jest to, że zacząłeś współpracować z Ameryką. Jak to się stało?

Z „tą wielką Ameryką” zacząłem współpracować w prozaiczny sposób. Art director Time’a Andree Khalmorgan była na naszym Wydziale Grafiki na workshopie. Zauważyła moje plakaty na korytarzu. Jej asystent, ilustrator, Tomek Walenta zadzwonił do mnie, że Andree chciałaby kupić je wszystkie. Przyszedłem do niej, przyniosłem prace, które rzeczywiście wszystkie kupiła. Powiedziałem, że trochę ilustrowałem też w gazetach, na co ona: „mógłbyś ilustrować dla Time’a”. I pojawiło się pierwsze zamówienie, z czasem drugie. Skontaktowała mnie z Marzeną Torzecką, polską agentką ilustratorów, od lat pracującą w Nowym Jorku. Następnie odezwał się kilka razy The New York Times… Tamten rynek wygląda tak, że są art directorzy i agenci, którzy reprezentują ilustratorów. U nas w Polsce jest to trochę bardziej chaotyczne i bezpośrednie. W Stanach za to jest ileś drzwi, które trzeba przejść i cały ten rynek działa inaczej. Oni szukają przez agentów zawsze kogoś pod dany temat.

Na koniec poprosimy o rady dla młodych grafików.

Cisnąć. Zasuwać. Na zajęciach z rysunku i malarstwa często słyszałem zdanie „ważny jest proces”. Też brzmi banalnie, ale rzeczywiście, jedno wynika z drugiego i czasami może okazać się równowartościowe. Jak się dużo pracuje, to człowiek się przyzwyczaja do długiej pracy, nawet fizycznie, że po prostu trzeba wysiedzieć ileś godzin przed komputerem. Druga rzecz to techniczne sprawy. Wszystko to nauka na błędach. Ale myślę, że najważniejsze to lubić co się robi, mieć frajdę. Mam dość personalny stosunek do pracy. Funkcjonuję w ciągłej ambiwalencji, huśtawce nastrojów, góra i dół, które są męczące, ale jednym z zadań jest je przewalczyć. Innym rodzajem i charakterem pracy jest ten reprezentujący podejście, gdzie musisz zapomnieć o sobie np: robiąc identyfikację wizualną lotniska, gdzie celem jest uniwersalny funkcjonalizm, który musi sprostać wielu regułom. Warto mieć oczy szeroko otwarte na inne opcje, szukać informacji i inspiracji z różnych źródeł. Nie tylko w katalogach typu „100 najlepszych projektów”. To może i bywa pomocne, ale ja zawsze byłem nieco poza tym. Trzeba chłonąć inspiracje zewsząd i ryzykować. I we wspinaniu, i w swoim zawodzie. Jak się nie spróbuje i się nie poniesie tych porażek… Trzeba robić swoje i cisnąć, ale z przyjemnością.

Strona: www.bajtlik.eu

Fanpage:facebook Jan Bajtlik

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123456

Zobacz także