teatr
MAGAZYN KULTURALNY
20 lutego 2015

Sąd nad artystami

"Wycinka" Krystiana Lupy to sąd nad artystami. Arbitrem jest główny bohater, powieściowy narrator – Thomas Bernhard. Ale drugim arbitrem wydaje się też sam reżyser spektaklu.

fot. T. Wiech

Mówiąc mniej metaforycznie: to przedstawienie o „wybitnie” artystycznej kolacji. O owym wybitnie artystycznym charakterze spotkania świadczy dobór gości zaproszonych przez Auersbergów: impresjonista Albert Rehmden (Adam Szeremeta), dwóch walczących o uznanie pisarzy James i Joyce (Michał Opaliński i Adam Szczyszczaj), dwie już uznane austriackie pisarki Jeannie Billroth (Ewa Skibińska) i Anna Schreker (Bożena Baranowska). Inna austriacka pisarka – Elfride, niestety nie mogła przyjść, za co przepraszała gospodynię telefonicznie. Jest także dawny przyjaciel rodziny, ale od dawna już niewidziany w tym salonie - Thomas Bernhardt (Piotr Skiba). Pojawić się ma jeszcze aktor Teatru Narodowego (Jan Frycz), ale, jak pojawiającym się gościom powtarza Pani Auersberger (Halina Rasiakówna), „niestety spóźni się, niestety bardziej niż sądziła”. W salonie jest ktoś jeszcze, ktoś, kto nie pasuje do modelu artystycznej kolacji – nie wiedzieć po co zaproszony John – partner Joany, której pogrzeb odbył się tego samego dnia.

Joanę (Marta Zięba) mamy szansę poznać już w momencie, kiedy publiczność dopiero zajmuje miejsca na widowni. Na ekranie umieszczonym nad sceną wyświetlany jest film – wywiad z młodą aktorką. Materiał nie dostarcza nam konkretnych informacji, ale wyłania się z niego obraz kobiety skromnej, pogodnej i otwartej (tę cechę uważa za najważniejszą w zawodzie aktora). W trakcie spektaklu kobieta pojawi się jeszcze kilka razy w wizualizacjach wspomnień Bernharda. Joana jest idealistką, wierzy w siłę teatru (na czymkolwiek ta siła miałby polegać). Stąd też bierze się jej naiwność, egzaltacja i (jednak) pretensjonalność, ale jej szczerość i oddanie sztuce czynią z niej czynią z niej najbardziej pozytywną w spektaklu postać, niemal figurę „prawdziwej” artystki – zwłaszcza w zestawieniu z zakłamanym i nihilistycznym światkiem artystycznym reprezentowanym przez artystów w salonie Auersbergerów.

James i Joyce – dwóch młodych, zapewne zdolnych i zapewne awangardowych literatów. Zapewne, bo o ich twórczości nic nie wiemy. Siedzą w kącie salonu, wyglądają na zdystansowanych wobec innych gości, spoglądają na nich z ironicznym uśmiechem, może nawet z lekką wyższością. Nie biorą udziału w otwartej dyskusji, a jedynie wymieniają ukradkowe uśmiechy i wyśmiewają się od czasu do czasu. Dzięki projekcji video podglądamy ich spotkania w łazience, gdzie skrywają się przed resztą gości. Okazuje się, że ich zblazowanie, poczucie wyższości i świadomość ogromu talentu to tylko postawa budowana wobec tych, którzy mogą już pochwalić się dorobkiem artystycznym. Pod tymi pozorami kryją się kompleksy, strach przed odrzuceniem, konformizm.

Najbardziej groteskowy, bo kreślony grubą kreską jest aktor Teatru Narodowego. Pojawia się dopiero w drugiej części i staje się wtedy centralną postacią. W czasie późnej kolacji („Kto widział, żeby jeść sandacza o 2 w nocy!”) zagajany przez gospodynię opowiada o trudach zawodu aktora (lepiej byłoby powiedzieć: powołania!). Jednak goście wcale nie cenią go tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Zaproszono go, bo jest o nim głośno, stał się ważną postacią dzięki swej znakomitej roli w Teatrze Narodowym. Swoją obecnością ma uświetnić kolację i nobilitować grupę, podnieść jej prestiż. Jan Frycz tworzy postać megalomana i bufona, z którego nie sposób się nie śmiać. W swojej kreacji momentami zbliża się do karykatury, ale nie popada w nią, bo obdarza swoją postać także takimi cechami jak duma czy obowiązkowość.

Za pomocą tego Aktora Teatru Narodowego Lupa zdaje się ironiczne komentować aktualne życie teatralne w Polsce. Jan Frycz rzeczywiście pracuje w Teatrze Narodowym – tym w Warszawie. Ale również narodowym jest Stary Teatr w Krakowie. Dyrekcja Jana Klaty wzbudzała i wciąż wzbudza wiele kontrowersji, a dyskusja wokół niej (w której Krystian Lupa także brał udział) wywiązała się nie tylko w lokalnej prasie czy kulturalnych magazynach. Artyści krytykują poziom spektakli, przy czym robią to w taki sposób, że publiczność nie ma wątpliwości, o które przedstawienia chodzi. Głos w debacie publicznej twórcy zabiorą też w innej scenie – poprzez monolog Piotra Skiby wygłaszany ekspresyjnie wprost do publiczności. Zarzuty dotyczą systemu zarządzania kulturą w kraju, w tym finansowania artystów i instytucji, obsadzania stanowisk dyrektorskich. Być może to echo wydarzeń wokół dyrektora wrocławskiego Teatru Polskiego Krzysztofa Mieszkowskiego – afera wybuchła na krótko przed premierą Wycinki.Sąd nad artystami

Grany przez Piotra Skibę Thomas Bernhard pozostaje najważniejszym bohaterem. Początkowo nie siedzi w salonie razem z wszystkimi gośćmi, ale oddzielony od nich przezroczystą ścianą z pleksy zajmuje miejsce z przodu sceny, blisko widowni. Stamtąd może swobodnie obserwować zebranych i obdarzać ich kąśliwymi uwagami. Chce w ten sposób zdemaskować artystów, pokazać ich zakłamanie. Jak sam powie, wszystkich ich nienawidzi, choć czuje się z nimi w jakiś sposób związany. Jego komentarze są jednak nie tyle pogardliwe, co po prostu ironiczne. Jedynie o Joanie potrafi myśleć z czułością, jakby dawne uczucie do kobiety wciąż się w nim tliło. Wydaje się, że szczerość w pełnym obłudy światku artystycznym jest wartością najbardziej cenioną przez pisarza. To cecha charakteryzująca nie tylko jego dawną kochankę. Docenia również szczerość i prostolinijność Johna, a przez chwilę imponuje mu nawet bezpośredniość aktora Teatru Narodowego.

To za sprawą postaci Frycza dochodzi do kulminacji kompromitacji grupy (choć już wcześniej Albert zwraca uwagę na śmieszność i sztuczność spotkania). Sprowokowany przez Jeannie wykrzykuje słowa oskarżenia o głupotę, ukrywania własnej małości i żałości. Jego wybuch szczerości mógłby okazać się oczyszczający. Mógłby, ale tak się nie dzieje. Jest tylko pełna napięcia cisza i konsternacja, którą próbuje rozładować ten, który ją spowodował. Jasne jest jednak, że to w niczym nie pomoże – spotkanie musi się zakończyć, towarzystwo musi się rozejść. Może przez wstyd, może przez urażoną dumę. A może wszyscy uświadomili sobie, że ta wybitnie artystyczna kolacja polega na bojaźliwym skrywaniu własnej wrażliwości, że była niczym innym, jak tylko próbą podrasowania własnego wizerunku artystowskiego, utrzymania się w wysokim poczuciu własnej wartości. A najłatwiej to robić w kółku wzajemnej adoracji.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także