teatr
MAGAZYN KULTURALNY
02 marca 2015

Theatrum theatrum?

Theatrum mundi. Literacki motyw stary jak świat. Każdy z nas jako aktor na scenie tego ziemskiego padołu. Scena niekończących się dramatów i nieszczęść. Co się jednak dzieje, kiedy świat przestaje być widziany jako teatr, ale odwrotnie, teatr staje się światem?

fot. M. Hueckel

A nawet staje się dla siebie całym światem. Kiedy motywem przebijającym przez kolejne spektakle wydaje się theatrum theatrum. Przedstawienie jest właśnie przedstawieniem (ewentualnie: między innymi przedstawieniem), opowieścią o sytuacji teatru we współczesnej Polsce lub po prostu o tym, jak to jest „robić teatr”, o pozycji aktora, o roli reżysera. Back stage wychodzi na scenę, a spektakl staje się dwugodzinnym behind the scenes.

Owszem, powyższe dwa akapity (w jeszcze bardziej prostackiej formie) wyrzuciłam z siebie po wyjściu ze „Szczurów” Mai Kleczewskiej. Oczywiście jeżeli miałaby być to recenzja tego spektaklu, musiałabym mu oddać sprawiedliwość, wspominając o walorze w postaci chociażby poruszenia wątku relacji polsko-ukraińskich (modyfikacja w stosunku do oryginału, w którym bohaterką służącą w niemieckim domu Gerhart Hauptmann uczynił Polkę. Warto by było wspomnieć o… No właśnie. O czym?

Może o tym, że uwspółcześnienie i niezwykle zaawansowany proces dopasowania oryginalnego dramatu do polskiego kontekstu przejawiają się również w wykorzystaniu przez Kleczewską wypowiedzi Michała Żebrowskiego i Joanny Szczepkowskiej? Śmieszne. Dosyć. W 2015 roku, w Warszawie – dosyć śmieszne. W 2025 roku… ba, w 2016 roku nie byłabym pewna, że ktoś z widowni uchwyci ten żart. A przynajmniej wolałabym, żeby monolog Żebrowskiego i list Szczepkowskiej nie stały się jakimiś nowymi manifestami, które wejdą do podręczników szkolnych jako przykłady XXI-wiecznej retoryki lub...

Może wykorzystania motywu theatrum theatrum? Niezwykle nośnego zabiegu polegającego na sprowadzeniu problematyki spektaklu do teatru samego w sobie? Ekshibicjonizmu… oj, przepraszam: autotematyzmu tego zlobbowanego przez homoseksualistów środowiska prawdziwie wrażliwych na nieszczęścia świata jednostek?

Redukcjonizm takiego sposobu interpretowania motywu theatrum mundi zasadza się na prostej konstatacji, że o ile metafora jednostek jako aktorów na scenie świata jest dosyć nośna, to próba pokazania bardziej uniwersalnych problemów na przykładzie środowiska teatralnego skazana jest moim zdaniem na porażkę. Problemy zarówno Żebrowskiego, jak i Szczepkowskiej są dosyć dalekie od problemów, które pojawiają się w głowie widza, w jego życiu codziennym. Co gorsza – problemy postawione w spektaklu Kleczewskiej, a już na pewno ich rozwiązania (o ile możemy uznać za rozwiązanie problemu posłużenie się, a, co tam, ukujmy kolejny nowy motyw, chyba już na tyle obecny w sztuce współczesnej, że należy mu się jakaś nazwa własna, motywem nagi-aktor-spaceruje-po-scenie i motywem niech-wszystko-zniknie-pod-pianą) też średnio wzruszają.

Nie zrozumiałam ironii. Nie zrozumiałam tej (mało) subtelnej gry z środowiskiem, którą uprawia reżyserka. A przecież tak naprawdę to chodziło o tę Ukrainkę, o to, że ludzie są dla siebie parszywi, że nikomu nie można ufać, że nikt nie jest niewinny, że autotematyzm i tak daleko posunięta aktualizacja dramatu jest tylko jedną z płaszczyzn, na której pokazane są te uniwersalne problemy i mechanizmy. Możliwe.

Pozostaje jednak pytanie, czy pranie brudów własnego środowiska na scenie, przy użyciu hektolitrów piany, jest niezbędnym dodatkiem do tych ważkich tematów. I czy, tak jak piana w ostatniej scenie, motyw theatrum theatrum nie zaczyna zasłaniać wszystkiego, co oprócz refleksji autotematycznej w spektaklu miało zostać powiedziane.

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także