peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
01 marca 2015

Wielkie Gacie

Architektura niejedno ma imię. Niektóre jej imiona są oficjalne, inne wynikają z funkcji, a jeszcze inne ze sposobu, w jaki postrzegają ją ludzie. Wszystkie mają swoje uzasadnienie. Ale zawsze chodzi o jedno: rozpoznawalność.

Wielkie Gacie źródło: Wikipedia

Całkiem niedawno, bo w październiku zeszłego roku, świat obiegła wieść o tym, że Xi Jinping, przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej, powiedział stanowcze "nie" dziwacznej architekturze. Problem może wydawać się rozdmuchany, ale w Chinach rzeczywiście jest  w czym wybierać. Zacząć warto od najbardziej znanego chińskiego przykładu współczesnego budownictwa, czyli siedziby Centralnej Telewizji Chińskiej, „Wielkich gaci”, jak pieszczotliwie nazywają go mieszkańcy Pekinu. Do listy budynków, o których myślał Xi Jinping, można na pewno dodać chociażby „Pączek z dziurką” w Kantonie, czerwony czajnik w Wuxi, który może się obracać wokół własnej osi oraz drugi czerwony czajnik, tym razem w Kuejczou i tym razem zwyczajnie największy.  

Tym, co wzbudza największe kontrowersja w opinii chińskich władz, nie jest funkcjonalność (albo wręcz jej brak) nowoczesnych budynków. W końcu wiele jest przykładów nowatorskich rozwiązań, które nie działają, co drastycznie wpływa na funkcjonowanie na przykład instytucji, która w danym miejscu się znajduje. Mam tu na myśli przypadek francuskiej Biblioteki Narodowej, gdzie przeszklone wieże zupełnie nie sprawdziły się w swojej pierwotnej, magazynowej funkcji. Powód był niezwykle prozaiczny – wnętrza nagrzewały się tak, że było to niebezpieczne dla zgromadzonych w nich dzieł. Zostawmy jednak funkcje. Co było problemem dla Xi Jinpinga? Wygląd. To wygląd i kształt, które mogą budzić wiele skojarzeń skłonił przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej do tak radykalnej wypowiedzi.

Lecz nie tylko politycy nie pozostają obojętni wobec kształtów architektury. Inną, równie silną (jeśli nie silniejszą) grupą, która patrzy na budynki i je komentuje, są mieszkańcy. Najczęściej nie mają tak dużej mocy sprawczej jak ci pierwsi, ale i tak mają swoje sposoby na to, jak sobie z tym radzić. Dzięki mediom takim jak Internet bardzo łatwo jest zebrać kilka osób, które (w zależności od usposobienia) będą albo zwyczajnie komentować, szydzić jeśli uznają, że mają z czego, albo wręcz będą protestować przeciwko temu, co się w danym miejscu ma znaleźć. Jednym z najbardziej znanych światowych forów internetowych jest Skyscrapercity.com, podzielone na szereg podgrup krajowych, w ramach których komentowane są planowane, budowane i wykończone budynki czy układy urbanistyczne. To właśnie w takich grupach jak użytkownicy Skyscrapercity.com koncentrują się ci, którym przestrzeń miejska nie jest obojętna, a przy okazji chcą na ten temat podyskutować z innymi.

Istnieje jeszcze trzecia grupa, od której w zasadzie wszystko się zaczyna: ci, od których kształt danego budynku zależy najbardziej. Z jednej strony będą to architekci i wykonawcy, z drugiej zaś deweloperzy i inwestorzy. Jedni zatrudniają, więc wymagają, drudzy są odpowiedzialni za wykonanie. Kto ma większy wpływ na ostateczny kształt inwestycji? Nie ma jednej poprawnej odpowiedzi na to pytanie. Wszystko zależy od tego, jak dogadają się strony. Ale nawet jeśli między inwestorem a architektem panuje wielka zgoda i wzajemne zaufanie, rezultat wcale nie musi cieszyć mieszkańców. 

Wróćmy na chwilę do Chin. W Pekinie, w Centralnej Dzielnicy Biznesowej w 2012 roku oddano do użytku budynek, w którym znajduje się siedziba Centralnej Telewizji Chińskiej. Budowa rozpoczęła się w 2004 roku. Architektami byli Holendrzy, Rem Koolhaas i Ole Scheeren z OMA, rotterdamskiej pracowni architektonicznej. Jeszcze przed ukończeniem zaczęły się pojawiać głosy, jakoby budynek łudząco przypominał parę ogromnych spodni. Z czasem konstrukcja ta dostała przydomek „Wielkie gacie”, który ostatecznie stał się na arenie międzynarodowej bardziej rozpoznawalną nazwą niż oficjalna. I choć brzmi to jak kpina, to jednak nie może być to jedyne uczucie, jakie jest żywione względem tego budynku, jeśli w innej części Chin powstała już jego kopia.Wielkie Gacie

Po szybkim przejrzeniu Internetu w poszukiwaniu alternatywnego nazewnictwa struktur powstających w miastach świata okazuje się, że w kwestii tej prym widzie Londyn. Znajduje się tam zarówno „Korniszon” (The Gherkin) jak i „Puszka szynki konserwowej” (Can of ham). Obok stoją już konstrukcje ochrzczone jako „Żyletka” (The Razor) czy „Walkie-talkie”. Ten ostatni ma jeszcze jedną właściwość. Z powodu swojego zakrzywionego kształtu w słoneczne dni odbija światło tak, że nie tylko oślepia przechodniów, ale również potrafi stopić plastikowe elementy samochodów zaparkowanych w najbliższej okolicy. To nie są wszystkie londyńskie konstrukcje, które zyskały swoje przydomki, niekiedy nawet jeszcze zanim zostały wybudowane. 

Przykłady kreatywności mieszkańców (nie tylko architektów w nadawaniu odpowiednich kształtów) można również znaleźć w wielu innych miejscach świata. W Glasgow stoi sala koncertowa, którą ochrzczono mianem „Pancernika” (Armadillow). Dom światowych kultur w Berlinie ma wyglądać jak „Ostryga w ciąży”. Budynek CBS w Nowym Jorku nazywany jest „Czarną skałą” (Black Rock) ze względu na kolor okładziny. A na warszawskim gruncie funkcjonują takie określenia jak „Gniazdo polskości” (Stadion Narodowy), „Pekin” i „Rakieta Józef S.” (PKiN, ale też dwa zupełnie niezwiązane ze sobą ani geograficznie, ani czasowo osiedla), „Toi-toi” (biurowiec Millenium Plaza) czy „Patelnia” (przy wejściach do stacji metra Centrum). Wszystkie te nazwy były odpowiedzią na zapotrzebowania mieszkańców. Może być to potrzeba uporania się z niewygodnym budynkiem, który kolorem, kształtem czy lokalizacją robi więcej szkody niż przynosi korzyści (idealnym przykładem może być tutaj Vitkac, przez niektórych zwany również „Trumną Kuryłowicza”. Ukończenie budowy tego centrum handlowego zbiegło się w czasie z wypadkiem samolotowym architekta, Stefana Kuryłowicza. Od strony Alej Jerozolimskich w kształcie i kolorze Vitkaca można dostrzec podobieństwo do luksusowej trumny), rozliczenia z niewygodną historią, której nie da rady się pozbyć, czy zwyczajna chęć zwrócenia uwagi na zabawny kształt, skojarzenie czy nieoczekiwane podobieństwo.

Nazwy nadawane przez użytkowników miasta bardzo często są mało nobilitujące dla budynków czy miejsc, które określają. Placyk przed wejściami do Metra Centrum jest jednym z najgorętszych pieszych węzłów komunikacyjnych w Warszawie. Nie trzeba czekać na godziny szczytu, żeby mieć problem z wyrwaniem się z płynącego strumienia ludzi. Dodatkowo jeszcze należy wziąć pod uwagę ukształtowanie terenu, czyli obniżenie, w którym się to wszystko znajduje i ściany, które rzeczywiście mogą przypominać ściany patelni. To jest tylko jedna strona medalu. Spożywcze nazwy londyńskich wieżowców mają raczej pokazać sympatię, z jaką wypowiadają się o nich komentatorzy. Wśród użytkowników Skyscrapercity.com panuje zgoda co do opinii na temat „Korniszona”. Patrzą oni na ten ponad dziesięcioletni budynek z sentymentem porównywalnym do tego, którym darzy się różne starożytności.

Bywają też miejsca, którym inwestor nada nazwę, która zwyczajnie nie ma szans się przyjąć. Jest za długa, zbyt skomplikowana, nielogiczna. Dla mnie takim budynkiem jest warszawski Metropolitan. Przez długie lata, próbując zidentyfikować ten budynek w rozmowie z kimś, określałam go mianem każdym innym niż Metropolitan. Za dużo -politanów. Używałam nazwiska architekta (Norman Foster), starałam się jakoś odnieść do kształtu (dla mnie jest to wysoki nocnik), ale i tak jedyną skuteczną formą porozumienia był adres. Skoro o nocnikach mowa: jest w Warszawie budynek, który wśród tych, co wiedzą, że jest w jakikolwiek sposób wyjątkowy, znany jest jako Dom pod sedesami. Chodzi tu o budynek obecnie mieszczący PKO, a znajdujący się przy ulicy Marszałkowskiej. Dom ten powstał tuż po wojnie, a przydomek dostał niewiele później. Wziął się on od charakterystycznych kształtów dekoracji zrobionych z gruzobetonu i niektórym przypominających sedes. Od kilku lat nie ma już możliwości zobaczenia owych sedesów na fasadzie, gdyż w czasie remontu gruzobetonowe konstrukcje zastąpione zostały połączeniem metalu i szkła. I prawdopodobnie przez to nie jestem w stanie ani trochę zrozumieć, jak to się stało, że ludziom przypominało to sedesy. Jednak oddziaływanie kształtu było wystarczająco duże, żeby nazwa stała się najlepiej identyfikującą dla tego budynku, nawet jeśli nie ma już uzasadnienia w zastanej rzeczywistości.

Miasto jest miejscem, w którym z łatwością zaobserwujemy proces następstwa akcji i reakcji. Jeśli inwestor wybuduje gdzieś budynek, mieszkańcy (metaforycznie) przetworzą go na własną modłę – zmieniając nazwę, tworząc miejskie legendy, czy na różne sposoby pokazując swój entuzjazm. Jeśli mieszkańcy wyraźnie bardziej korzystają z danej przestrzeni w określony sposób, inny niż zakładały to plany, może znaleźć się inwestor, który wyjdzie naprzeciw zapotrzebowaniu mieszkańców. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także