peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
17 marca 2015

Moda jako kapitał kulturowy

Do księgarń trafiła książka Aleksandry Boćkowskiej „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL.” Przy okazji chcieliśmy się dowiedzieć, co dziennikarka myśli o sytuacji mody w III RP.

W czasach PRL-u nie dość, że nie było Zary i H&M'u, to właściwie nie było też niczego innego. Samodzielne posługiwanie się maszyną do szycia to hobby, które jeszcze nie tak dawno było koniecznością. A narzekanie, że w żadnej z dostępnych w jednym z kilku centrów handlowych w naszym mieście sieciówek nie ma dokładnie tego modelu dżinsów, który sobie wymarzyliśmy, to prawdziwy luksus. 

To tak tylko gwoli przypomnienia.

Na szczęści ci, którzy chcieli dobrze wyglądać, mieli zawsze swoje sposoby. W PRL-u też. A może: zwłaszcza. Bo kiedy władza próbuje kontrolować każdy element życia, wyrażenie się strojem może być potrzebne dla utrzymania zdrowej psychiki. Dziennikarka Aleksandra Boćkowska, sekretarz redakcji kwartalnika „Viva! Moda”, napisała o tym książkę. To nie są moje wielbłądy opowiada o ludziach, którzy próbowali radzić sobie z wszelkiego rodzaju modowymi brakami Polski Ludowej. Poznajemy projektantów, szwaczki, redaktorów, grafików, fotografów, ale też instytucje systemowe, które wiecznie utrudniały im pracę. Przez pryzmat rynku mody obserwujemy świetnie namalowany obraz epoki. Bo jak ze wszystkim innym w PRL-u: założenie czegoś en vogue pozwalało przez chwilę poczuć się, jakby dookoła wcale nie było nienormalnie.

MAGAZYN: Czy Pani zdaniem Polacy traktują modę poważnie?

Aleksandra Boćkowska: Nie, nie traktujemy mody poważnie, a już na pewno nie jako gałąź kultury. Moda niedoceniana jest nawet jako dziedzina gospodarki. To jest zresztą interesująca różnica w podejściu do mody, czy też ubierania się między współczesnością a PRL-em. Teraz z jednej strony jest wielki szał na modę – profesjonalizują się projektanci, powstają setki blogów, w galeriach handlowych są tłumy, ale w masowym przekazie sprowadza się modę do stylizacji gwiazd. Poważni ludzie mają ją jednak za fanaberię.

Z pani książki wynika, że w PRL było inaczej.

W PRL, przynajmniej na początku, moda służyła podtrzymaniu kapitału kulturowego – ludziom zależało, by przechować coś z przedwojennych tradycji. Tym kierowała się Jadwiga Grabowska, pierwsza dyrektor artystyczna Mody Polskiej, kiedy tuż po wojnie założyła butik Feniks. Z czasem to się zmieniło, ale moda pozostawała bardzo ważna. Bo pozwalała wyróżnić się z tłumu, a zarazem przystać do jakiejś towarzyskiej grupy. Dawała poczucie bycia bliżej Zachodu, co wówczas było szalenie istotne. Moda ważna była też dla państwa, zakłady odzieżowe były potężną gałęzią przemysłu. Tyle, że nie nadążały za trendami. Nie mogły, bo centralne planowanie nie pozwalało na szybkie reagowanie na modę. A też dyrektorom i ministerialnym urzędnikom nie bardzo w smak było produkowanie rzeczy kojarzonych z Zachodem. Być w trendach mogła właściwie tylko Moda Polska. Jej istnienie zresztą też mówi coś o tym, że państwo traktowało modę poważnie. Bo potrzebowało instytucji, która pokaże za granicą, że tutaj jest niby wszystko w porządku. Słowem – choć teraz wszyscy wyglądamy lepiej i modniej, to wtedy traktowano modę poważniej.

Niedawno ukazała się książka Z politycznym fasonem, również traktująca o modzie w PRL-u, z tym, że z perspektywy całkowicie społeczno-politycznej. Czym różni się pani podejście do tematu?Moda jako kapitał kulturowy

Anna Pelka, autorka Z politycznym fasonem i wcześniejszego Teksaslandu – nieocenionej skarbnicy wiedzy o tym, co i jak noszono w PRL - jest badaczką, ja jestem dziennikarką. Nasze książki różni narracja. Ja napisałam reporterską opowieść, przyjrzałam się modzie z różnych perspektyw, ale nie wydaje mi się, żebym pominęła w tym PRL. Zależało mi, by odbijał się on tam dość mocno. Historie łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, która zmagała się z socrealizmem, czy magazynu „Ty i Ja” mówią dużo o polityce. Opowieść o Barbarze Hoff zbita z absurdami PRL-owskiego handlu przypomina, jak trudne były to czasy.  

A skąd takie właśnie podejście?

Przystępując do pracy nad książką, założyłam, że chcę dowiedzieć się, jak to było z ubraniami od wybiegu przez fabrykę, sklep aż na ulicę - stąd taki, a nie inny podział na rozdziały. Wiedziałam, że chcę napisać bardziej o ludziach, niż o fasonach. O roli ubierania się i o roli projektowania. Charakterystyczne, że i dla twórców i dla odbiorców moda – nie zawsze, ale często – była sposobem na ucieczkę przed systemem. Dzięki temu zyskała takie postaci jak Barbara Hoff właśnie, czy Teresa Kuczyńska z „Ty i Ja”, które pewnie w innych czasach zajęłyby się czymś innym. 

Przytacza Pani słowa Barbary Hoff, że pisanie w „Przekroju” było dla niej trochę takim buntem przeciwko systemowi. Czy dzisiaj praca w magazynie modowym też może być „czymś więcej”?

W ogóle nie mieszałabym tych porządków. Przede wszystkim „Przekrój” nie był magazynem modowym, tylko tygodnikiem kulturalno-społecznym, który miał misję cywilizacyjną i znakomicie ją spełniał. Dla Barbary Hoff pisanie o modzie, a potem projektowanie było sposobem zmiękczania systemu, wywiercania w nim szczeliny – jak sama mówi. Teraz nie ma takiej potrzeby. Od kilku lat współtworzę magazyn „Viva! Moda”, którego naczelna Agnieszka Ścibior pokazuje modę jako pełnoprawną dziedzinę kultury i biznesu. Opowiadamy tam o przecięciach między sztuką, polityką, feminizmem, literaturą nawet a modą. I to jest wszystko bardzo ciekawe. Pewnie byłoby przyjemnie, gdyby było więcej magazynów, które mówią o modzie nieco poważniej niż o dobieraniu fasonów do sylwetki, ale może przyjdzie na to czas.  

Przy okazji chciałam zapytać: czy uważa Pani, że świat mody rzeczywiście może uprzedmiotawiać kobiety? Często się słyszy, że sposób przedstawiania kobiet np. w kampaniach reklamowych jest mocno seksualny, prowokacyjny. A z drugiej strony ja mam wrażenie, że moda jest jednak zdominowana przez kobiety.

Ojej, to temat nie tylko na inną rozmowę, ale nawet na inną książkę. Bo ma oczywiście mnóstwo odcieni. Ktoś powie: w sesjach mody kobiety traktowane są przedmiotowo, a modelki, szczególnie startujące w zawodzie – jak na targach niewolników. I będzie miał dużo racji. Ktoś inny przypomni, że Coco Chanel uwolniła kobiety z gorsetów, moda na mini sprzyjała wyzwoleniu seksualnemu i tak dalej. I to też jest prawda. W swojej książce opisuję historię damskich spodni, które jeszcze w latach 60. były źle widziane. Kobiety, które nosiły je jako pierwsze w Polsce, spotykały się z wrogimi reakcjami. Uogólniając, można powiedzieć, że przemysł mody niespecjalnie sprzyja kobietom w nim uczestniczącym, natomiast ma zasługi dla wyswobodzenia swoich odbiorczyń z rozmaitych krępujących ograniczeń. Ale i to można podważyć. Bo przecież jest mnóstwo niezależnych projektantek, które świetnie sobie radzą, a przy tym co to za wyswobodzenie, skoro nagle całe zastępy kobiet powinny chodzić w butach na platformach. To, co można powiedzieć na pewno, to to, że ostatnie lata pokazują, iż projektanci coraz mocniej interesują się seksualnością mężczyzn.

Czy uważa Pani, że dzisiaj ubrania jeszcze coś manifestują? I czy można te ewentualne manifesty odczytywać w kontekście politycznym?

Ubrania zawsze coś manifestują, a przynajmniej o czymś mówią. Natomiast polityczne manifesty wydają mi się dziś dopisywaniem modzie, przynajmniej tej wybiegowej, znaczeń. Żeby daleko nie szukać – wróciła właśnie moda na lata 70. Najpierw na wybiegach, a teraz we wszystkich sieciówkach mamy ubrania niemalże skopiowane z tamtych czasów. Badacze trendów doszukują się podobieństw w nastrojach społecznych. Że wtedy społeczeństwa zachodnie z jednej strony konsumowały obyczajowe zdobycze lat 60., z drugiej otrząsały się po kryzysie naftowym z 1973 roku, a dziś znów jest mocno obecna pokryzysowa narracja, znów jest mowa o wywracaniu systemu, by zbudować nowy. Czy jednak właśnie dlatego wróciły teraz fasony sprzed 40 lat? Czy może dlatego, że w biurach prognozowania trendów wypadło na powrót akurat tego retro, a w tabelkach księgowych, że to się teraz najlepiej sprzeda? Skłaniam się jednak ku myśleniu, że trendy dziś bardziej niż z nastrojów społecznych wypływają z tabelek excela. A że podstawowa wiedza o sprzedaży mówi, że produkt opakowany w historię sprzedaje się lepiej, to dopisywanie znaczeń jest biznesowo przydatne. Z punktu widzenia manifestów ciekawsze jest to, że trendy, choć intensywnie obecne w sklepach i gazetach, nie mają już władzy nad ulicą. 

Czy dzisiejsi polscy projektanci, gdyby czerpali z projektów np. Mody Polskiej czy Hofflandu, byliby w stanie stworzyć coś zupełnie unikalnego? Coś, o czym powiedzielibyśmy, że jest np. charakterystycznie polskie? Czy też nie różniłoby się to od czerpania z zagranicznych projektów z tamtych lat?

Na pewno specyficznie polskie były kożuchy inspirowane folklorem. Projektowała je Kalina Paroll w Modzie Polskiej, dla Cepelii robiła je Grażyna Hase. Były polskim hitem eksportowym i przedmiotem marzeń Polaków, którzy przemierzali kilometry pekaesami, żeby upolować je gdzieś u górali. Jedwabie milanowskie, których wzory wymyślały projektantki Mody Polskiej i Telimeny – to też było niepowtarzalne i bardzo interesujące. Kufajki w łączkę czy tzw. koszule dziadka Barbary Hoff z powodzeniem można by reaktywować. Jednak należy pamiętać, że specyfiką PRL-owskiej mody było nie to, co robili projektanci, nawet stosunkowo najbardziej dostępna Barbara Hoff, a to, co ludzie wymyślali sami. Wszystkie te rzeczy zdobywano-kombinowane, szyte u krawców albo przerabiane na domowych maszynach do szycia. Czy to jest do powtórzenia? Tłumy – zarówno twórców, jak i klientów – na targach „hand made” wskazują, że ciągle to lubimy.  

Aleksandra Boćkowska,

To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL

Projekt okładki: Fajen chłopaki

Wydawnictwo Czarne 2015

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 1234

Zobacz także