muzyka
MAGAZYN KULTURALNY
26 marca 2015

Dear Keaton

Keaton Henson to postać nieszablonowa. Jest młodym wokalistą, kompozytorem i grafikiem. W ciągu ostatnich czterech lat wydał dwie świetnie przyjęte płyty w indie folkowym klimacie oraz instrumentalne dzieło inspirowane twórcami nurtu minimalizmu.

Keaton Henson, fot. Sophie Harris-Taylor

Narysował również powieść graficzną, a galeria Pertwee Anderson&Gold w Londynie zorganizowała wystawę prac jego autorstwa. Choć na piosenki artysty składają się głównie teksty o miłości i gra na gitarze, nie są to kolejne radiowe gnioty. Henson, z pewnością znany miłośnikom delikatnej i melancholijnej muzyki, może zostać przeoczony przez słuchaczy o innych preferencjach. Aby się tak nie stało i jego wrażliwość mogła zarazić także pozostałych, przybliżę Wam jego twórczość.

Keaton Henson urodził się w Londynie, w 1988 roku. W szkolnych latach był introwertycznym, nieśmiałym chłopcem. W okresie dojrzewania odkrył w sobie talent plastyczny, dzięki któremu mógł wyrażać swoją nietuzinkową emocjonalność. Wtedy to postanowił związać swoją przyszłość ze sztuką, szczególnie z grafiką. Ze względu na stany lękowe, które miewał, nigdy nie brał pod uwagę kariery muzycznej. Wszystko uległo zmianie, gdy jako osiemnastolatek przeżył zawód miłosny. Co prawda przez ten kryzys stał się jeszcze bardziej nieufny i zdystansowany, ale pozwolił mu on na odkrycie w sobie poetyckiego potencjału. Pierwsze teksty piosenek pisał „do szuflady”. Po namowach przyjaciela postanowił je nagrać i zamieścić w internecie. Twórczość Brytyjczyka spotkała się z bardzo dobrym odbiorem, a jego popularność powoli rosła. Efektem coraz większego zainteresowania jego osobą była decyzja o wydaniu debiutanckiego krążka w niezależnej wytwórni Motive Sound Recordings. I tak w 2010 roku pojawiła się płyta Dear…

Dear...

Wielka Brytania usłyszała o tym albumie za sprawą nie byle kogo, bo dzięki Zane'owi Lowe'owi. Dziennikarz odtworzył singiel You don’t know, how lucky you are na BBC Radio 1 i powiedział: „Ten kawałek jest jednym z najbardziej wyjątkowych utworów, które udało mi się usłyszeć od bardzo dawna”. Utwór rozpoczyna się uderzeniami w pojedyncze struny gitary, a następnie przechodzi w leniwą melodię, która przewija się przez cały czas jego trwania. Po chwili Keaton zaczyna śpiewać. Charakteryzuje go wysoki, łamiący się, miejscami jakby niepewny głos. Wyjątkowy sposób, w jaki wykonuje swoje piosenki, w połączeniu z osobistym tekstem kierowanym do ukochanej sprawia, że artysta niesamowicie skraca dystans. Słuchacz ma wrażenie, że Henson śpiewa tylko i wyłącznie dla niego. W warstwie muzycznej nie usłyszymy dużej ilości instrumentów, czy też rozwiniętych aranżacji. Przeważa bardzo klimatyczne i melancholijne brzmienie gitary. Pozostałe piosenki przypominają klimatem tę pierwszą, ale odbiorca nie odnosi wrażenia, że zapętlił jeden utwór. W niektórych momentach Keaton wzbogacił aranż o bardziej folk-rockowe riffy, delikatną perkusję lub smyczki.

Jego teksty stoją z dala od grafomaństwa i pustego patosu. Nie ma w nich zawiłych metafor czy porównań. Dominują proste rymy. Właśnie dlatego ich treść trafia prosto do serca i pozwala łatwo się z nią identyfikować. Album przeprowadza nas przez melancholijny zapis bardzo subiektywnego i intymnego spojrzenia artysty. Płytę zamyka Party Song, która wcale nie jest taka party, jak można by się było tego spodziewać. Po przesłuchaniu całości nie sposób do niej nie wrócić. Keaton jest tym typem artysty, który mimo swojej skromności i prostoty przyciąga całą uwagę. Z drugiej strony subtelność jego nagrań sprawdzi się jako tło dla codziennych obowiązków. W ten sposób można go słuchać nie tylko podczas wylewania łez w poduszkę. Ktoś w komentarzu na YouTube napisał kiedyś, że jeśli tylko by mógł, przytuliłby Hensona za to, co zrobił. Mam tak samo.Dear Keaton

Po wydaniu Dear… zagrał kilka niewielkich koncertów. Ze względu na swoją fobię - lęk przed publicznością - gra ich jak najmniej, a jeśli już zdarza mu się występować, robi to w małych salkach (muzeach lub kościołach). Wydał też powieść graficzną Gloaming i epkę The Lucky. W międzyczasie odbyła się wystawa jego prac pod tytułem Hithermost w galerii Pertwee Anderson & Gold w Londynie.

Birthdays

Druga płyta Keatona Hensona ukazała się pod koniec lutego 2013 roku. Muzyk postanowił przełamać swój lęk i udać się aż do Kalifornii, aby ją nagrać. Swoje poprzednie albumy tworzył i nagrywał w domowym zaciszu. Tym razem zdecydował się jednak na pomoc znanego producenta muzycznego, Joe Chicarellego, który współpracował już z takimi wykonawcami, jak U2, Jason Mraz, Manchester Orchestra czy Frank Zappa. Pierwszy singiel promujący płytę nie zwiastował dużych zmian w twórczości Brytyjczyka. Mimo to Keaton zaskoczył. Na Birthdays jest więcej instrumentów, a aranże są bardziej dopracowane, rozwinięte. Oprócz tradycyjnej gitary pojawiają się instrumenty dęte, smyczki i pianino. W dwóch utworach usłyszymy zaskakująco mocne, grunge’owe łupnięcie (w Kronos spotkamy po raz pierwszy zdenerwowanego Keatona!). W warstwie lirycznej widać, że Keaton kreatywnie przeżył kryzys związany z utratą ukochanej. Artysta doświadczył zauważalnej zmiany nie tylko na poziomie muzyki i odważniejszych aranży, lecz także jako człowiek. Zdobył się na odwagę i podzielił się swoimi uczuciami – zarówno złości, jak i radości. Szczególnie godne uwagi są You ze spokojną gitarą, delikatnymi smyczkami i wzruszającym tekstem, folkowy, wesoły Beekeeper iin The Morning, z którego docierają do nas promienie słońca przenikające przez dym papierosowy o poranku.

Tym albumem muzyk ugruntował swoją pozycję na rynku i poradził sobie znakomicie z tzw. syndromem drugiej płyty. Z tego co wychodzi mu najlepiej, potrafił wyciągnąć jeszcze więcej. Swój pomysł na prostą muzykę przedstawił z większym rozmachem, nie tracąc przy tym na wyjątkowości i prawdziwości. Birthdays stały się zatem opowieścią o początku nowego” Keatona Hensona i nadziei na piękniejsze życie pełne nowych perspektyw.

Po premierze płyty, dał dwa kameralne koncerty (obydwa zostały wyprzedane „na pniu”). Później zagrał między innymi w Paryżu i Szwajcarii, ale nie było to tournée – nadal nie mógł poradzić sobie ze strachem przed dużą publicznością. 16 czerwca 2014 roku, bez wcześniejszej zapowiedzi, wydał album nagrany wraz z wiolonczelistą, Renem Fordem.

Romantic Works

Keaton po raz kolejny udowodnił, że jest artystą, który nie odcina kuponów od swojego sukcesu. Zaczął szukać innych środków ekspresji. Postanowił zrezygnować z kolejnej gitarowo-śpiewanej płyty na rzecz instrumentalnego dzieła stworzonego wraz z Renem Fordem. Album został nagrany tak, jak debiutancki Dear…, czyli w domuKeatona, co jest niewątpliwie dostrzegalne. Podobnie jak w wypadku pierwszej płyty, słuchacz czuje bliskość jego twórczości. W utworach znajdujących się na płycie możemy odnaleźć echa nurtu minimalizmu i takich kompozytorów, jak Philip Glass, Avro Part czy Henryk Górecki. Henson daje się poznać słuchaczom od innej strony, rezygnując z gitary na rzecz pianina. Delikatność i oszczędność brzmienia to kwestie, do których Brytyjczyk przyzwyczaił nas na dwóch poprzednich albumach. Nie inaczej jest na tym krążku. Zawieszone w przestrzeni, powtarzające się frazy pianina stanowią tło dla przepływających przez głowę słuchacza dźwięków wiolonczeli, tworząc wspaniałą harmonię. Cechą rozpoznawczą muzyki minimalnej jest jej medytacyjny charakter. Doskonale wyczuwa go Henson, którego kompozycje mają w sobie lekkość, nie przytłaczają odbiorcy i pozwalają mu całkowicie się w nich zanurzyć. Muzyka na tym albumie dotyka bezpośrednio naszych emocji i nie potrzebuje żadnego dodatkowego nośnika treści. Twórcy przeprowadzają nas przez pełne tęsknoty, smutku, miejscami podniosłe, radosne lub niespokojne momenty. W tle słyszymy niekiedy odgłosy rozmów, kroków odbijających się od ścian i śpiewu ptaków, co umacnia nas w przekonaniu, że mimo iż utwory te nie posiadają tekstów, Keaton pragnie podzielić się z nami pewną opowieścią.

Keaton Henson nie jest typem gwiazdora. Nie bywa na dużych festiwalach i rzadko daje koncerty. Nie nagrywa płyt w wielkich wytwórniach i na szczęście (lub niestety) nie grają go rozgłośnie radiowe. Jest w nim za to coś, co sprawiło, że momentalnie wkradł się w moje serce i duszę. Życzę wam, aby zrobił z wami to samo. No i może jeszcze tego, żeby kiedyś w końcu przyjechał do Polski. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także