sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
10 kwietnia 2015

ŚWIĘTA KOBRA

„A jak uciekali (...) niósł Dziecko i najcięższy koszyk” – taki był najulubieńszy święty Andrzeja Bursy. Taką świętą była Katarzyna Kobro.

Albo jako taka święta jawi się wielu osobom. Bo miała i dziecko, i najcięższy tobół, i ucieczkę, a do tego wszystkiego jednonogą kalekę obok.

 Polacy bardzo lubią męczenników i ofiary cierpiące za miliony (w przypadku artystów to przecież bardzo ważne! To już też od dawna wiedział Andrzej, pisząc o poetach). Nad ofiarami można się pochylić, uronić drobną łezkę, westchnąć z niezapominajką nad grobem w Łodzi. Jedna z najsławniejszych rozżewniających anegdot na temat Katarzyny Kobro opowiada o tym, jak artystka spaliła swoje rzeźby, żeby ugotować na nich śniadanie dla córki. Tą wspaniałą historią zaczyna się również książka Małgorzaty Czyńskiej Kobro. Skok w przestrzeń. Proszę więc o zrozumienie, jeśli właśnie powiem, że od początku podchodziłam do niej z niechęcią. 

Bo czego dowiadujemy się o życiu bohaterki? Była drobną, piękną kobietą z dobrym gustem i zdecydowanie za dobrym sercem. Wyszła za mąż za kalekiego po wojennych wypadkach Strzemińskiego (bez lewej ręki i prawej nogi), opiekowała się nim przez większość życia, urodziła i wychowała córkę Nikę. Umarła jako jeszcze drobniejsza postać, już nie tak piękna, wymęczona nowotworem w szpitalu, a na jej pogrzeb prawie nikt nie przyszedł. Po drugiej wojnie światowej znienawidzona przez męża, wyzywana (między innymi inwektywami „Kobrą” właśnie), poniżana, bez środków do życia, została sama z córką. I o tę ostatnią postanowił wytoczyć jej proces Władysław - bezowocnie. W powszechnym obiegu funkcjonuje prawie zawsze w tandemie Strzemiński – Kobro (zapisane w nieprzypadkowej kolejności).

Kobro – nie tylko czynna artystka, ale i teoretyczka sztuki. Zawsze dbająca o wygląd, wyróżniający się nawet wówczas. W książce opisywane są jej własnoręcznie szyte awangardowe stroje, którymi wyróżniała się w tłumie. W najlepszych latach była czynna twórczo i wykładała ze Strzemińskim w szkołach artystycznych, po wojnie szybko musiała zrezygnować ze złudzeń możliwości kontynuowania zawodu artystki. Swój talent musiała przerzucić wtedy na szycie zabawek dla dzieci, dające jej lichy, ale jakikolwiek zarobek.

Niedługo nakładem wydawnictwa Czarne swoją premierę będzie miała książka Małgorzaty Czyńskiej. Kobro. Skok w przestrzeń jest nie lada wyzwaniem dla czytelnika. Autorka napisała ją bardzo nierówno - elementy opisujące życie artystki, fabularyzujące książkę (czasem trochę, wiadomo, zmyślone) przemieszane zostały z fragmentami mówionymi przez historyka sztuki. Przez ogromną ilość cytatów, będących zarówno źródłami historycznymi, jak i opiniami badaczy twórczości Kobro (co właściwie można uznać za zaletę – wyznacznik chęci skrupulatnego odwzorowania przeszłości), jest szansa zagubienia się w tym, kto, co i kiedy mówi. O ile ich obecność znajduje uzasadnienie i pasują do kontekstu, w żaden sposób nie są komentowane. W pewnych momentach miałam wrażenie, że czytam swój referat będący jedynie kompilacją dokumentów, napisany w noc przed wystąpieniem na seminarium. Dlatego też nie za bardzo wiem, jak traktować książkę Czyńskiej –  jest to dzieło z zadatkami naukowymi, ale tak luźne w niektórych momentach, że wygląda na powieść fabularną. I te momenty chyba najbardziej uderzają. Czyńska często daje autorskie komentarze do opisywanych przez siebie sytuacji, które zawsze nacechowane są emocjonalnie. Z pewnością wstawki te dynamizują cały wywód, zbliżają do czytelnika, jednak czynione niejednokrotnie mową potoczną, krótkimi wykrzyknieniami, po prostu nie pasują do całej reszty, a czasem śmieszą.

Moim największym zarzutem wobec książki o Kobro jest to, że faktycznie stosunkowo mało o samej Kobro w niej jest. Mimo że autorka rehabilituje się, posiłkując się słowami monografisty rzeźbiarki (W Polsce popularność Katarzyny Kobro bardziej opiera się na jej biografii niż rozumieniu jej sztuki), mówiąc, jak niewiele rzeczywiście zostało po artystce informacji, mam wrażenie, że przynajmniej połowa miejsca została poświęcona Strzemińskiemu, grupom  artystycznym i środowisku twórców, wokół których się obracała. Oczywiście jest to niezbędny kontekst, jednak proporcje zostały tutaj zaburzone. Najsmutniejszym wnioskiem, jaki dopadł mnie po przeczytaniu Skoku w przestrzeń, jest faktycznie wieczne przebywanie artystki w cieniu. Chociaż zdawać by się mogło, że małżeństwo Strzemińskich artystycznie działało na zasadach równości partnerskiej, Katarzyna zawsze stoi nieco z tyłu (nawet w biograficznej książce, która ma mówić o niej!).ŚWIĘTA KOBRA

Kobro, jak i bursowy święty Józef, była fachowcem (paradoksalnie w wierszu występuje z siekierą!), który potrafił poświęcić własną karierę dla dobra rodziny. To ona codziennie dbała o najprostsze sprawy Władysława, które były nie do przeskoczenia ze względu na jego kalectwo. Wreszcie to ona ocaliła większość dorobku artystycznego męża, wywożąc dzieła po kryjomu z mieszkania w Łodzi. Takim kobietom trzeba wystawiać jak największe pomniki. I - mimo wielu wad, jakie ma opisywana tu pozycja - być może dobrze, że powstała. W jakiejś części przynajmniej odda słuszny hołd rzeźbiarce, o której wiemy tak mało. Może Katarzyna Kobro to faktycznie głównie bohaterka tej dramatycznej, powielanej wciąż historii o kaszy mannie.

Małgorzata Czyńska, Kobro. Skok w przestrzeń

Wydawnictwo Czarne 2015

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także