muzyka
MAGAZYN KULTURALNY
16 kwietnia 2015

To Pimp A Butterfly

Czy przypominacie sobie, kiedy zdarzyła się sytuacja, w której nowe wydawnictwo muzyczne całkowicie rozłożyło słuchaczy na łopatki? Wiadomo, że te starsze, okryte sławą albumy bardzo łatwo nazwać genialnymi, ale czy z taką samą łatwością potrafimy wskazać fantastyczny album z ostatnich 2-3 lat?

Kendrick Lamar, To Pimp a Butterfly, Top Dawg Entertainment w kooperacji z Aftermath Entertainment (2015)

No właśnie. Każdy z nas tęskni za tym, aby któraś z premier zwaliła nas z nóg. Nowej płyty Kendricka wielu fanów i miłośników wyczekiwało z dużym zainteresowaniem, ale wydaje się, że bez ogromnych nadziei. Jego ostatni album (Good Kid, M.A.A.D. City) uznany został za bardzo udany, ale to jeszcze nie było to „coś”. Tymczasem, z tygodniowym wyprzedzeniem, na portalach streamingowych pojawił się jego następca. Po pierwszym odsłuchu album może wydawać się w porządku. Po kolejnych razach może bardziej wciągać w świat przedstawiony przez Lamara. Po dogłębnym przeanalizowaniu tekstów utworów, po uważnym wsłuchaniu się w muzykę i uchwyceniu zamysłu twórców możemy przyznać, że lepszej płyty w tym roku nie będzie. Ba! Może nawet przez dłuższy okres czasu. Panie i panowie, przedstawiamy To Pimp A Butterfly.

Koncept albumu opiera się na wierszu czytanym przez Kendricka pomiędzy utworami. Raper opowiada w nim swoją historię, której bieg rozpoczyna się po ogólnoświatowym sukcesie, jaki odniosła jego pierwsza płyta. Lamar odczuwa zgrzyt pomiędzy tym, czego doświadczał, dorastając w Compoton, a tym, co otacza go teraz. Nie może poradzić sobie z ciężarem sławy i wszechobecnymi próbami wykorzystania go tylko i wyłącznie dla potrzeb rynku. Frustrują go utrata więzi z bliskimi i brak zrozumienia ze strony tych, którzy pozostali w jego rodzinnym mieście. Czuje się winny pozostawienia tam swoich przyjaciół, podczas gdy on celebruje swój sukces i spełnia swoje marzenia. 

To wszystko osiąga punkt kulminacyjny w utworze „u”. Widzimy w nim całkowicie załamanego K-Dota, który kwestionuje swoje umiejętności, to co zrobił dla czarnej społeczności, swoją wartość i wyrzuca sobie wszystkie błędy, które popełnił. W pewnym momencie utworu myśli nawet o samobójstwie. Postanawia jednak podjąć próbę walki z samym sobą, otaczającym go złem i wyruszyć w podróż w poszukiwaniu źródła jego wątpliwości i niedoli. Tak dociera do „domu”, który może być interpretowany na wiele sposobów. Niektórzy uważają to za powrót do Compton, inni zaś za podróż do Afryki, którą Kendrick odbył rok temu, lub po prostu odnalezienie wartości, z którymi opuszczał „rodzinne gniazdo”. To oczywiście nie wyleczyło go całkowicie z targających nim obiekcji. Mimo to próbuje przekazać Afroamerykanom to, czego sam nauczył się podczas tej podróży. Przywołując takie postacie jak Mandela czy 2Pac (z którym pod koniec płyty przeprowadza poruszającą rozmowę), mówi im o miłości do samego siebie, do innych, o tym, że rasa i kolor skóry nie jest najważniejszym czynnikiem ludzkiej społeczności. Zachęca do szacunku mimo wszelkich barier oraz próby przebicia się przez otaczający nas kokon presji, miejsca pochodzenia czy też niewiary we własne możliwości i przeobrażenia się w tytułowego motyla. O tymże zabiegu narracyjnym albumu jako całości warto jest wspomnieć. Wyjmowanie poszczególnych tracków z kontekstu może przynieść zarówno zamysłowi Lamara, jak i słuchaczowi wielką szkodę.

Całej tej historii towarzyszy genialna oprawa muzyczna. Takie tuzy jak Flying Lotus, Pharrell, Terrace Martin czy Sounwave oraz mniej znani, a godni pochwały, czyli na przykład Lovedragon i Whoarei, idealnie oddają pomysł na album. Kendrick w jednym z wywiadów wspominał, że jedną z ważniejszych inspiracji muzycznych był funk z lat 70’. Posłuchajcie tylko „King Kunta” lub „These Walls”. W podkładach słyszalne są także wyraźne inspiracje typowo westcoastowym brzmieniem, w którym Kendrick się przecież wychował, a którego na poprzednim albumie było jak na lekarstwo. Często udaje wychwycić się talkbox, piszczały oraz charakterystyczne, pulsujące linie basu. Żal byłoby nie wspomnieć również o brzmieniu kojarzonym ze wschodnim wybrzeżem -produkcji Boi1da. Boombapowe, brudne bębny w połączeniu z niespokojnym, przeszywającym samplem tworzą doskonały podkład do singla „The Blacker The Berry”.To Pimp A Butterfly

Co ciekawe, na hip-hopie producenci się nie zatrzymują. Właściwie więcej jest na tym krążku numerów, które balansują między różnymi odmianami czarnej muzyki, co tylko potwierdza wspomniany na początku kierunek interpretacji albumu. Zachwycają partie jazzowe w „For Free?-Interlude”, wykręcona, minimalistyczna produkcja w „Institutionalized”, cukierkowe, funkowe brzmienie „For Sale?-Interlude”, czy wręcz radiowy sznyt w singlu „i”. Zewsząd słychać żywe instrumenty: saksofon, trąbki, gitary, a czasem nawet partie smyczków. Na płycie udziela się wiele osób, ale paradoksalnie tylko dwie z nich rapują - Rapsody i Snoop Dogg. Rapsody w numerze „Complexion”, bawiąc się grą słów, zarapowała świetną zwrotkę, która pozostaje na długo w pamięci. Snoop zarapował w luźnym, laidbackowym stylu. W swojej zwrotce mówi: „You can take your boy out the hood, but you can’t take the hood out the homie” (co parafrazując polskie przysłowie oznacza: człowiek z osiedla wyjdzie, ale osiedle z człowieka nigdy), co bardzo dobrze obrazuje znaczenie tytułu i części treści jaką niesie za sobą płyta. Potwierdza to sam Kendrick, tłumacząc nazwę albumu: "Chodzi o branie rzeczy, które ludzie nazywają złymi i przenoszenie ich ze sobą na kolejny level, czy to dookoła świata, czy na galę Grammy, czy pod Biały Dom. Nie dasz rady zmienić tego, skąd jestem i o kogo się troszczę"

Cała reszta gości to śmietanka muzycznego świata. W refrenach usłyszymy na przykład nominowanego do Grammy Bilala, George Clintona – prekursora funku i założyciela grup Parliment i Funkadelic, z których członkami trafił do Rock and Roll Hall of Fame, Ronalda Isley’a, założyciela i członka legendarnego zespołu Isley Brothers. Świetnie też spisał się Assasin, którego możemy kojarzyć z „I’m in it” Kanyego Westa. Jego refren w „The Blacker the Berry” dodaje niesamowitego klimatu i emocji.

Teksty i flow K. Dota to klasa sama w sobie. Kendrick bawi się tonem i brzmieniem swojego głosu. Pozwala mu to na wcielenie się w różne postacie, oddanie emocji i tła opowiadanych przez niego historii. Zaczynając od szalonej melorecytacji w „For Free?-Interlude”, poprzez pełne emocji „u”, groteskowy ton głosu w „Institutionalized”, kończywszy na agresywnym i pełnym emocji „The Blacker The Berry”. Teksty oscylują wokół poematu wygłaszanego stopniowo przez Kendricka. Większość z nich sięga w głąb problemów społecznych, choć nie brakuje także tych bardziej osobistych („u”, „these walls”).  Faktem jest, że niektóre z poruszanych przez Kendricka kwestii dotykających czarnoskórą społeczność mogą zostać przez nas niezrozumiane, ale część wartości, które chce przekazać odbiorcy i spraw, na które zwraca uwagę można z łatwością przenieść na polski grunt oraz odnieść do swojego własnego życia.

Kendrickowi udało się nagrać płytę do bólu czarną, sięgającą korzeni i zmuszającą do myślenia. Zamiast pójścia na łatwiznę i nagrania albumu pełnego zapychaczy bez treści i wyrazu, postawił na znacznie bardziej ambitny koncept. Zdecydował się wykorzystać swoje możliwości i autorytet, aby przekazać coś ważnego amerykańskiej społeczności, a to w przypadku mainstreamowych artystów nie zdarza się często. Tym albumem pokazał, na co tak naprawdę go stać i podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Czy na kolejnych wydawnictwach uda mu się ją przeskoczyć? Trzymam kciuki i życzę mu z całego serca, aby tak się stało.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także