sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
01 maja 2015

W SZTUCE TRZEBA DYKTATORA

„Dzisiaj jest demokracja, która jest znakomita pod pewnymi względami, ale do robienia konkretnych rzeczy jest bardzo niewydolna.” Rozmawiamy z Wojciechem Fangorem!

Spectra Art Space MASTERS: Wojciech Fangor przy pracy, luty - kwiecień 2015; fot. Bogdan Sarwiński

MAGAZYN: Jak robić rzeczy przez cały czas? Skąd bierze Pan siłę, żeby robić rzeczy nawet teraz?

Wojciech Fangor: Nie mam pojęcia. Nic takiego nie robię, żeby swoją siłę wzmacniać, poza tym, że dosyć dużo leżę. Teraz kręgosłup mi wysiadł – mogę chodzić, ale zgięty wpół. To się stało, gdy pakowałem się, żeby przyjechać do Polski. Zdjąłem ze ściany ciężki obraz i dysk mi wyleciał w kręgosłupie. Od tego czasu jest coraz gorzej. Chirurdzy powiedzieli, że niby można by operować, ale nie ma żadnej gwarancji, że ze stołu wstanę. Mówili: „jak pana to nie boli, to nie ma co robić”. A mnie nie boli. Tylko po prostu nie mam kręgosłupa. Tak jakby on nie był sztywny, tylko z gumy.

Gdy patrzy Pan na prace, które są wystawione tu, w tej sali, to ma Pan do nich inny stosunek niż kiedyś?

Wszystkie swoje pracę lubię. Są to jakieś moje sprawy. Do niektórych mam podejście jeszcze bardzo aktualne, bo są one bliskie moim obecnym zainteresowaniom, a do niektórych mam bardziej historyczne podejście. Ale wszystkie są bardzo osobiste. Ja je wszystkie znam. Natomiast gdy patrzę na swoje fotografie sprzed czterdziestu lat czy sprzed sześćdziesięciu lat, to myślę: „kto to jest? Do mnie niepodobny. To zupełnie kto inny”. Z obrazami tak nie jest.

Ma Pan swoje ulubione dzieło?

Nie, niespecjalnie. Niektóre uważam za ważne. Te z rozproszonymi kolorami uważam za ważne, bo one otworzyły sztukę na iluzję przestrzeni, która się nie rozwija w głąb obrazu, tylko na zewnątrz. One mają, oprócz takich czy innych estetycznych wartości, wartość rozwoju historii sztuki. Historycy sztuki, którzy już się do tego przyzwyczaili, nauczyli, cenią to dzisiaj bardzo wysoko i za nimi poszli kolekcjonerzy itp. Ale dla mnie to wszystkie okresy – ten tzw. międzytwarzowy i telewizyjny, i nawet wczesne moje okresy, takie jak 1948 rok – uważam za bardzo ważne dla mnie, dla mojego rozwoju. Może nie mają takiej wagi dla rozwoju historii sztuki jako całości, ale dla mnie osobiście mają duże znaczenie.

Jaki miał Pan stosunek do porównań Pana twórczości z działalnością Marka Rothko?

Gdy pierwszy raz zobaczyłem Marka Rothko, to było w Stanach Zjednoczonych w 1962 roku, to mnie raz zdziwiło, że ktoś podobnie sprawy porusza. Z jednej strony byłem zadowolony, że to jest coś aktualnego nie tylko dla mnie, lecz także dla innych ludzi, a z drugiej strony byłem trochę zawiedziony, że nie ja jeden jedyny na świecie. Takie ambiwalentne uczucia. Ale ja go cenię, uważam, że to był bardzo dobry malarz, miał wielkie wyczucie koloru. Miał inne założenie – był jeszcze bardziej powiązany z obrazem jako powierzchnią, malował bardzo często na niezagruntowanym płótnie, żeby było widać to płótno, żeby widać było powierzchnię. Moje obrazy z tego okresu staram się zrobić tak, żeby nie było wiadomo, na czym to jest zrobione. Żeby było w powietrzu.

Czy liczyło się dla Pana zdanie krytyków sztuki?W SZTUCE TRZEBA DYKTATORA

Miałem właściwie największy kontakt z krytykami sztuki polskiej przed wyjazdem. Wtedy to był okres komuny, wszyscy ludzie z tej dziedziny sztuki wizualnej bardzo byli ze sobą związani. Nie było ich zbyt wielu. To na ogół miało przyjacielskie powiązania. Później, po wyjeździe, to właściwie z krytykami bardzo rzadko miałem do czynienia, trochę z dyrektorami muzeów, bo niektórzy historycy sztuki, którzy mieli muzea i prowadzili takie placówki w Niemczech, w Paryżu czy w Londynie, znajdowali w katalogach rzeczy, które ich zaczynały interesować i szukali kontaktów. Przyjeżdżali nieraz z Niemiec, jakiś dyrektor przyjeżdżał do Paryża, żeby mnie spotkać. Wiedziałem, że to jest nie tyle mnie potrzebne, ile im.

Chciałam się spytać o współpracę Pana przy okazji realizacji drugiej linii metra. Kiedyś realizował Pan na przykład Warszawiankę z Oskarem Hansenem, Jerzym Sołtanem, Stanisławem Zamecznikiem. Jaka jest różnica między współpracą z artystami kiedyś a teraz?

Duża różnica. Dworzec Śródmieście był moją pierwszą pracą związaną z transportem. Dworzec Śródmieście był projektowany w zakładach Doświadczalnych Akademii Warszawskiej Jerzego Sołtana, który stworzył tę placówkę i który zaopatrzył ją w odpowiednich architektów i artystów i ta współpraca oparta była na koleżeństwie. Jeżeli dochodziło do realizacji, to była dobra współpraca z tymi instytucjami, które się decydowały – Warszawianka to sportowy obiekt, ja teraz mówię o Dworcu Śródmieście, który był później. Ministerstwo Kolei, wysocy urzędnicy związani z kolejnictwem nie tylko czuwali nad tym, by Dworzec Śródmieście był funkcjonalny, lecz także mieli duże zaufanie do artystów. Wtedy. Dzisiaj to jest trochę inaczej. W tamtych czasach, gdy była jakaś akcja, którą trzeba było zrobić, czy wystawa, czy udział w jakichś targach międzynarodowych, to zawsze był mianowany na ten  okres dyktator. Dyktator urzędniczy, który był mianowany przez rząd itd. I tak samo dyktator od strony artystycznej. Wtedy to funkcjonowało. Ktoś podejmował decyzje. Dzisiaj jest demokracja, która jest znakomita pod pewnymi względami, ale do robienia konkretnych rzeczy jest bardzo niewydolna. Za dużo ludzi ma wtedy coś do gadania, ktoś powie: „a może nie, a może inaczej, a może nie tak, a może nie ten, a może kto inny”. Jak się chce coś dobrze zrealizować w pewnym terminie, trzeba zrobić wybór i trzeba mieć władzę dyktatorską.

WOJCIECH FANGOR | Spectra Art Space MASTERS

1 maja 2015 – 26 lipca 2015

wystawa czynna w każdą sobotę i niedzielę w godz. 11:00 – 18:00

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także