peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
05 maja 2015

Zostaję w Łodzi

Około 16:00 w piątkowe popołudnie na stacji paliw przy Rondzie Solidarności w Łodzi zaczynają pojawiać się ludzie. Nie znają się nawzajem, to nie jest zebranie entuzjastów czy oburzonych, chociaż wszyscy są tu z jednego powodu – jadą do Warszawy.

fot. Monika Dembińska

Kobieta w marynarce, z łańcuszkiem na kostce i młody chłopak ze zbyt dużym plecakiem. No i ja. Omijam wzrokiem resztę czekających, szukając srebrnej Skody Fabii. Przepraszam za spóźnienie albo czekam z tobołami na krawężniku, zaglądając przez ogromne okna centrum zabaw/przechowalni dla dzieci mieszczącej się na parterze nowego biurowca. Przy drzwiach ustawia się mała kolejka rodziców, którzy już o 16:07 są gotowi odebrać swoje pociechy. Kolejne dwie godziny spędzą w samochodzie, gdzie dziecko będzie spało, a rodzic - zazdrościł mu i dostawał szału od „pozytywnych wibracji” płynących z radia Chilli Zet.

Kiedy wreszcie nadjeżdża samochód, spośród oczekujących na stacji wyłaniają się moi towarzysze podróży. Wsiadamy. Zaczyna się „blabla”, które czasem jest największym atutem wspólnych podróży, a innym razem ceną za szybszy i tańszy dojazd do Warszawy. Tym razem rozmowa z trudem startuje i głównie składa się z ciszy wypełnionej wysiłkiem wymyślania nowych pytań. Mijamy protestujących seniorów stojących na poboczu zakorkowanej jednopasmówki. Ubrani w fluorescencyjne kubraczki niosą ponure banery z napisami „STRYKOWSKA DROGĄ ŚMIERCI”. Ich widok nie wywołuje na nas większego wrażenia. Mężczyzna w sweterku przy kierowcy komentuje, że chciałby mieć tyle wolnego czasu na emeryturze. Póki co nikt z siedzących w samochodzie nie narzeka na nadmiar wolnego czasu.

Kurtuazyjna wymiana zdań zaczyna się i kończy długo przed wjazdem na autostradę. Prędzej czy później nadchodzi kolej na mnie, a jako że nie wymyśliłam jeszcze kłamstwa, które uratowałoby mnie przed pytaniami na które (może niesłusznie) nie chce mi się odpowiadać, przyznaję: no bo ja jestem z Warszawy, ale mieszkam w Łodzi. Dalej bywa różnie. Śmiech, cisza, zdumienie. Więcej pytań. Ale dlaczego? Po co? Dlaczego odrzucasz wszystkie możliwości, które daje ci „miasto predyspozycji”? Następna przeprowadzka do Bedonia? Kolejna odpowiedź, zdawkowa, kończąca temat, okazuje się katapultą w stronę kolejnych pytań. To co, kiedy panią zobaczymy na ekranie? - a po moim sprostowaniu -  M jak Miłość będziesz pisać? Nie muszę już się przejmować pytaniami – chłopak z plecakiem ożywia się słysząc nazwę szkoły na eF. W podstawówce statystowałem w reklamach. Zawsze chciałem zdawać na filmówkę. Ale poszedłem na geodezję.

Umościłam się już na puszystym czerwonym siedzonku komunikacji miejskiej, kiedy dochodzi do mnie fakt, że zupełnie ominęła mnie wiadomość, że ktoś (Rosjanie? Chuligani? Hipsterzy? Cykliści?) podpalił jeden ze stołecznych mostów. I że ten most będzie długo nieprzejezdny. Oto powód mojej niewiedzy: od dwóch tygodni, kiedy przekroczyłam limit transferu kilobajtów w telefonie, nie byłam na facebooku. Postanawiam po raz setny kupować chociaż raz w tygodniu ogólnopolski dziennik. Na szczęście spalony most nie stoi na mojej drodze i już niedługo siedzę nad potwornie drogim piwem, bombardowana kolejnymi pytaniami. Kiedy wracasz? Co ty tam w ogóle robisz? Łodzi powinni odebrać prawa miejskie. Śmiech. Na szczęście nikt nie wspomniał o dzieciach w beczkach i pavulonie (bo jak wiadomo Łódź jest jedynym miastem w Polsce, gdzie ludzie się mordują. Nie wspominając o kradzieżach).  Ktoś cytuje przewracającego się na schodach dworca Łódź Kaliska Cezarego Pazurę. Wszyscy w tym miejscu mają na siebie pomysł, słyszę, seks w wielkim mieście albo tanie przeloty na Erasmusa. Pobyt „zagranico” nobilituje. Nie to, co wyjazd do Łodzi. Fajnie, że się dostałaś na tę filmówkę, ale co dalej? Gdzieś błyska myśl, żeby się tłumaczyć, zaprezentować się w markowej bluzie z logo PLAN NA SIEBIE pachnącej jeszcze sklepem. Zamiast tego wyciągam dłoń z telefonem, żeby uwiecznić tę chwilę w rozdzielczości słabszej, niż zrobiłaby to piątka. Zaczyna się więc zupełnie nowa dyskusja o wyższości aparatu piątki nad aparatem czwórki po bracie.

Mniej więcej w jednej czwartej drogi dosiada się do mnie pijany facet, który skutecznie zagradza mi drogę do wyjścia. Kątem oka widzę, że się gapi, zakładam więc słuchawki wyładowanego odtwarzacza. Przy skręcie facet przechyla się w moją stronę. Już nie mam dokąd uciec. Wyciąga w moją stronę rękę, która przed chwilą ocierała ciężkie od pomady włosy. - Piotrek. Uśmiecham się sztywno, drugą ręką dyskretnie szukając w torbie broni. Ołówek. Szczoteczka. Cholera.  - Co nie odpowiadasz? Taka jesteś królowa śniegu? Piotrek się śmieje. Wymyślam imię na poczekaniu, ale jakoś z ust wychodzi mi własne. Piotrek, mimo promili, wyczuwa jakąś niezręczność, ale nie do końca potrafi ją określić. Próbuje więc po raz kolejny.  - Ulica Batuty. Czy wiem gdzie jest. Doskonale wiem, gdzie jest, ale chcąc zrobić mu na złość mówię tylko: nie jestem stąd. Pudło. - Nie chce ci się ze mną gadać? To mi powiedz w twarz. Nic nie mówię, odwracam wzrok i udaję, że pogłaśniam muzykę. Ale żadnej muzyki nie ma. Piotrek czuje, że przegiął. Chce się znowu zaprzyjaźnić. - No to skąd jesteś? - Z Łodzi – mamroczę. Dopiero teraz orientuję się, że wsiadał na przystanku Łazienkowska. Wyprzedzam w głowie kolejne jego zdanie – Widzew, Widzew, łódzki Widzew, ja tej... Ale Piotrek zaczyna się śmiać. - Kłamiesz – mówi po prostu – w życiu bloku nie widziałaś. Im bardziej bronię swojego kłamstwa, tym bardziej Piotrek się śmieje. Dobra, dobra, jasne – mówi ironicznie, zerkając na kolorowy plecak i białe słuchawki. Zdemaskował mnie. Przywalam w przycisk otwierający drzwi. Przepycham się między kolanami Piotrka a szybką z pleksi i wysiadam na przystanku, na którym on powinien wysiąść. Siadam na przystanku i czekam dwadzieścia minut na pierwszy dzienny, życząc Piotrkowi pobudki na dworcu PKP Piaseczno.Zostaję w Łodzi

Dwa dni później, z pełnym brzuchem i torbą pełną słoików (a jak!) udaję się na umówioną stację paliw, żeby pojechać z powrotem do Łodzi. Nigdy nie lubiłam autostrad. Może dlatego, że nie jestem kierowcą. Zawsze mi się wydawało, że jest nudno. Nie ma na co patrzeć, przydrożny folklor został pożarty przez beton, rozciągający się od Puławskiej aż po Portugalię. Ale dzisiaj ten widok nadawałby się na propagandową przedwyborczą pocztówkę. Pomarańczowe słońce odbija się od gładkiego asfaltu, nad którym nisko przelatuje lądujący samolot. Rozmowa jest luźna, niezobowiązująca. Nic nie musimy wyjaśniać. Osuwam się wygodnie w głąb tapicerki. Jakie plany na wieczór? Dziewczyna za kierownicą poprawia zgrabny kucyk – jutro od rana próby spektaklu. Zgodnym chórem narzekamy na przecinające Łódź remontowe wąwozy. Sznur czerwonych światełek zjeżdża z autostrady.  Facet w przyciemnianych, superszybkich okularach odzywa się dopiero, wysiadając. Zaprasza nas na koncert otwierający starą latarnię na Bałutach. Obiecujemy obecność, w duchu wiedząc, że dzisiaj pochłoną nas powrotowe rytuały.

Wchodząc na Piotrkowską czuję, że jest jeszcze nagrzana dzisiejszym słońcem. Zlizuję jak sos z talerza końcówkę ciepłego, leniwego łódzkiego popołudnia, które mnie ominęło. Odbieram klucze do mieszkania od dziewczyny, która wydaje się zbyt lotna, by pracować w sklepie monopolowym. Na klatce czuję już, że ktoś ulżył tu swojej potrzebie. Przeskakuję przez kałużę i dalej do góry co dwa stopnie. Plecak nie ciąży mi, a unosi. Mijam zapach zasmażanej kapusty, petów, spalonych garnków, stęchlizny. Wsuwam klucz do zamka, wchodzę do domu.

***

Podziękowania dla Maurycego Chełmińskiego

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także