sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
25 maja 2015

Niech sczezną mężczyźni

O co chodzi z tym strasznym genderem, który przyszedł z zachodu, żeby zdemoralizować polską młodzież? Krakowski MOCAK postanowił na to pytanie odpowiedzieć. Prawie jednoznacznie.

Po historii, sporcie, ekonomii i zbrodni przyszedł czas na gender. W Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Krakowie podziwiać można już piątą z serii wystaw, które pokazać mają, jak artyści widzą i interpretują ważne dla naszej cywilizacji zagadnienia. Temat płci kulturowej zyskał w ostatnich latach wielką popularność w Polsce, głównie ze względu na liczne kontrowersje wiążące się w zdecydowanej większości przypadków z niezrozumieniem tego terminu przez niektóre środowiska. Może więc warto zacząć od wyjaśnienia: płeć kulturowa to zbiór cech i zachowań powiązanych z postrzeganiem kobiecości/męskości przez społeczeństwo, w odróżnieniu od płci biologicznej, czyli zbioru cech czysto fizjologicznych. Kłócić by się można, gdzie przebiega granica, to znaczy – które cechy charakterystyczne dla danej płci wynikają z natury, a które z kultury. Skoro jednak brak w tym temacie jednoznacznych odpowiedzi, artyści z chęcią się temu zagadnieniu przyglądają, bawią się z nim, eksperymentują.

Wita nas od razu wielka na całą ścianę (i szalenie fotogeniczna) praca Jadwigi Sawickiej pt. Chciała, mogła. Składa się z nachodzących na siebie plakatów, na których powtarzają się po prostu czasowniki „chciała” i „mogła” oraz ich zaprzeczenia: „nie chciała” i „nie mogła”. Świetna dzięki minimalistycznej, ale jednocześnie przyciągającej wzrok formie praca Sawickiej zwraca uwagę na to, że „chcieć” i „móc” nie zawsze było dla kobiet tym samym. Jednocześnie wchodzimy od razu w sferę języka, rzecz głęboką i dla wielu ludzi nieoczywistą. Anna Wierzbicka, słynna profesor(-ka?) językoznawstwa uważa, że kultura i język są ze sobą ściśle powiązane, ale żeby odkryć, jak wiele schematów myślowych bezwiednie dziedziczymy od społeczeństwa, trzeba dopiero poznać inne schematy. To zagadnienie bada film Małgorzaty Markiewicz pt. Patchworkowe rodziny. Pokazane na nim są dziecięce rączki, jak prezentują lalki odpowiadające kolejnym członkom rodziny, a zza kadru dobiega nas głos, mówiący np. „Tata, chłopak taty, pies, ja”. Poza tradycyjnymi kategoriami pojawia się tutaj bogactwo zupełnie nowych, a dzieci nie mają problemu, żeby te „nowoczesne” relacje nazywać. Za nazywaniem zaś idzie, wydawać by się mogło, akceptacja.

Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dzieła, które bawią się z atrybutami płci. Np. fotografie Bartka Jarmolińskiego, choćby Confessions after hours, które zwracają uwagę, że o ile kobieta w męskim stroju nie wzbudza już od dawna żadnych emocji, o tyle mężczyzna w makijażu lub szpilkach jest zawsze przebrany, skazany na śmieszność, przyciąga (najczęściej zdegustowane) spojrzenia. Daniel Rumiancew konfrontuje męskość i kobiecość w pracy Autoerotique, na którą składają się dwa puszczane równolegle filmy: w pierwszym jest on w pełni ubraną kobietą, która robi striptiz, a w drugim – nagim mężczyzną, który się ubiera. Przy okazji wykonuje paralelne ruchy. W tej samej sali pojawia się też seria fotografii pt. Pięć aktów. Przedstawiają one nagich mężczyzn, którzy przyjmują pozy charakterystyczne dla aktów kobiecych. Chociaż się starają, to jednak widać, że nie potrafią podejść do pozowania bez dystansu, na poważnie, jest w ich postawie coś z ironii. A jednak przywykliśmy do widywania w identycznych kontekstach półnagich modelek. Zobaczyć też można bardzo znaną fotografię Adama Rzepeckiego, Projekt pomnika Ojca Polaka, która przedstawia mężczyznę usiłującego karmić piersią. Jest to dosyć zabawne, ale jednocześnie rodzi mnóstwo pytań o rolę obojga rodziców w wychowywaniu dziecka. Poza tym, czyż nie wolno ojcu marzyć o tej szczególnej więzi z dzieckiem, która dana jest matce?

Niestety tego typu dzieła to jednak mniejszość. Na wystawie spodziewać się można dużej ilości sztuki stricte feministycznej. Fotografie z serii Niech sczezną mężczyźni (Łódź Kaliska) przedstawiają świat bez mężczyzn, w którym kobiety mają być całkowicie wolne, a wolność ta ukazana jest w taki sposób, że wykonują one ciężkie, fizyczne prace nago. Na ile nieobecność „płci brzydkiej” spowodowałaby, że kobietom byłoby nagle wygodnie biegać z biustem na wierzchu, pozostawiam do indywidualnej oceny czytelników (czy raczej czytelniczek). Zdecydowanie największe tłumy podczas wernisażu przyciągnął film Katarzyny Kozyry pt. Cheerleaderka. Akcja odbywa się w męskiej szatni, sportowcy prawdopodobnie szykują się do meczu. Artystka wciela się w uroczą, skąpo ubraną cheerleaderkę, ale nabuzowani testosteronem mężczyźni w ogóle nie zwracają uwagi na jej taniec. Następnie pojawia się w przebraniu dojrzałej kobiety o sporych gabarytach – tym razem udało jej się wzbudzić respekt. Entuzjazm wśród zawodników pojawił się jednak dopiero wtedy, kiedy Kozyra zmieniła się w mężczyznę. Chociaż artystce chodziło zapewne o pokazanie, jak na jej kolejne wcielenia reaguje patriarchalne społeczeństwo, najciekawszy wydaje się w tym filmie wizerunek mężczyzn. Są pokazani jako nieokiełznane zwierzęta, kierujące się prostymi instynktami plemiennymi. Pojawia się też dokumentacja Proszonej kolacji Judy Chicago. Ważne kobiety, które znamy z książek od historii, zostały zaproszone do stołu, a dla każdej z nich artystka przygotowała specjalne nakrycie, nawiązujące do epoki, w której żyła i dziedziny życia, którą się zajmowała. Na talerzach znajdują się reprezentacje wagin.Niech sczezną mężczyźni

W tym miejscu należałoby zarzucić kuratorkom, że podeszły do tematu z jednej, określonej perspektywy, która ani przez chwilę nie zaskakuje. Może dla kogoś, kto nie odwiedza galerii ze sztuką współczesną, niektóre z tych dzieł mogłyby być odkrywcze (lub chociaż szokujące), ale takie osoby raczej do Mocaku nagle nie zajrzą. Mamy więc całe mnóstwo sztuki feministycznej, traktującej jako rzecz oczywistą, że kobiety na całym świecie są wciąż uciskane przez patriarchat, że wojna płci się nie kończy, że mężczyźni zawsze i pod każdym względem mają lepiej. Dodatkowo słynne już dzięki prześmiewczemu fanpage'owi na facebooku podpisy sugerują zazwyczaj bardzo jednostronne interpretacje, dlatego lepiej unikać ich czytania, jeśli ktoś chciałby móc zastanowić się nad treścią dzieła sztuki, a nie tylko przyjąć do wiadomości prawdę objawioną na jego temat, jak to się robi podczas przygotowań do matury. Nie wspominając o tym, że niektóre z tych interpretacji są szalenie naciągane.

Czy nie byłoby dobrze, gdyby tak kontrowersyjny w Polsce temat został przedstawiony w sposób ciekawy, złożony, skłaniający do refleksji? Oczywiście jest to zarzut wyłącznie do kuratorek, bo ocenianie samych dzieł sztuki jest w kontekście takiej zbiorowej wystawy pozbawione sensu. Na pewno to, co jednych zaniepokoi, innym wyda się normalne, a to, na co niektórzy przytakną z entuzjazmem, w pozostałych wzbudzi oburzenie. Niestety dobór dzieł zdaje się niemalże „propagandowy” (nie wspominając o tych nieszczęsnych podpisach) - chodzi o to, że nie tworzy pola do dyskursu. A można było wykorzystać tę okazję, żeby zaprosić do dialogu, żeby skonfrontować nurt esencjalistyczny z konstruktywizmem, żeby pokazać gender z perspektywy różnych kultur i różnych epok. Żeby bawić i uczyć. Może to trochę zbyt idealistyczne, może nie należy tak wiele oczekiwać, trudno jednak opuścić wystawę bez pewnego rodzaju niedosytu, mimo że dopiero co ujrzało się świetne prace Libery czy Dwurnika. 

Gender w sztuce

15.5–27.9.2015 

Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK

Kuratorzy: Delfina Jałowik, Monika Kozioł, Maria Anna Potocka 

Koordynator: Agnieszka Sachar

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także