sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
15 czerwca 2015

ŁÓDZKIE INSPIRACJE

Kolejny rok, kolejny Fotofestiwal. To już taka przyjemna tradycja - zaczynają się cieplejsze miesiące, niestety często zbiegające się z sesją na studiach, i jedziemy do Łodzi odetchnąć, poczuć przedsmak wakacji i zainspirować się.

fot. Martin Collar - materiały prasowe

A jest czym – Art Inkubator gości osiemnaście wystaw, w tym projekty finalistów Grand Prix, Discovery Show, aukcję Fotografii Kolekcjonerskiej, projekty laureatów Leica Oskar Barnack Award, a poza Centrum na Tymienieckiego możemy odwiedzić wiele wystaw towarzyszących, wziąć udział w warsztatach, spotkaniach autorskich, pokazie slajdów, przeglądzie portfolio. Obejrzałam wiele świetnych prac, ale również takie, które do mnie nie przemawiają. Myślę, że warto skupić się głównie na tych pierwszych.

Wizytę na tegorocznym Fotofestiwalu zaczęłam od pokazu zdjęć w Centrum Festiwalowym na Tymienieckiego, przygotowanego przez dyrektor programową Fotofestiwalu, Alison Nordstrom. Był to czterogodzinny blok pod tytułem „Hit The Road. Photographers Travel”. Niestety, ze względu na to, że dzień ma zaledwie te ograniczające kilkanaście godzin, udało mi się zostać tam tylko przez dwie godziny. I akurat trafiłam na świetny pokaz. Michelle Frankfurter, fotografka urodzona w Izraelu, prezentowała zdjęcia z projektu „Destino” – dokumentu o podróży przesiedleńców poprzez teren Meksyku. Rozmowę prowadził Christopher Rauschenberg. Projekt to przejmujące, czarno-białe fotografie. Niestety forma prezentacji potrafi zmęczyć – 12 minut ciągłego pokazu slajdów połączonego z muzyką sprawiło, że człowiek w takiej ilości zdjęć gubi to „ulubione ujęcie” i trudno, by jeden konkretny obraz zapadł w pamięć. Pod tym względem dokonałabym ostrzejszej selekcji, jednak to jedyna rzecz, którą mogę zarzucić. Cała reszta – genialna. Frankfurter jeździła pociągami z ludźmi żyjącymi w wiecznej tułaczce, poznawała ich codzienność, nawiązywała znajomości. Podróż z tymi ludźmi była najlepszą rzeczą z całego projektu. Były dni, gdy nic się nie działo, czekało się tylko na pociąg. Podczas tego stanu czekania poznawałam lepiej ludzi, a oni mnie, bo w takich dramatycznych sytuacjach wszyscy dość szybko się zaznajamiają i stają się sobie bliscy. Ci, którzy nie mają nic, dzielili się ze mną jedzeniem, opiekowali, to było coś niesamowitego. Tym tematem zajęła się w 2009 roku, od tamtego czasu rok w rok odwiedzała Meksyk. Fotografowała średnim formatem, podczas pięciotygodniowego wyjazdu miała do dyspozycji 23 rolki filmu po 12 klatek. Dobór kadru był więc bardzo świadomy, a fotografka mimo nieustannego chaosu, który ją otaczał, zastanawiała się przed każdym naciśnięciem migawki. Gdy Rauschenberg zapytał, co skłoniło ją do zrealizowania tego materiału, wspomniała o inspiracji książkami, ale także o zdjęciu, które zrobiła podczas jednego z pierwszych wyjazdów. Figura ukrzyżowanego Jezusa, pod nim śpiący ludzie, pies, mężczyzna w bandażach… To zdjęcie zamyka w sobie cały mój projekt. Nigdy nie widziałam już tak idealnego zestawienia detali. Jak patrzyłam na ten negatyw, wiedziałam już, że będę tam wracać i wracać. W edycji zdjęć pomogło jej doświadczenie zdobyte na warsztatach z Alexem Webbem i Rebeccą Norris. Ułatwił to też fakt, że zdjęcia robione były techniką analogową, a, jak sama wspomniała, na cyfrze podczas ślubu robi w godzinę więcej zdjęć, niż podczas całego tripu do Meksyku na analogu. Nie było więc wcale tak dużo do przeglądania i wybierania. Pod koniec spotkania z widowni padło pytanie: co dalej? Frankfurter odpowiedziała: Budzę się z tym pytaniem codziennie. Włożyłam w ten projekt tak dużo mojego czasu, serca, głowy, że czasem moje normalne życie, dom wydają mi się nierealne. Póki co próbuje się otworzyć na inne dyscypliny, trochę gram na gitarze… Fotografia jest jednak jak zazdrosna narzeczona, ciągle chce uwagi, sprawia wrażenie, jakby czuła się zdradzana. A ja zaczęłam szukać miejsca też na inne rzeczy w życiu.

Kolejny projekt, który zrobił na mnie wrażenie, to „Field Trip” Martina Collara, laureata Leica Oskar Barnack Award. Zdjęcia zostały wykonane jako część projektu „The Places” dokumentującego Izrael i Zachodni Brzeg. Martin Kollar pracował tam razem z dwunastoma uznanymi fotografami z różnych krajów, a ich celem było przedstawienie różnorodności tego miejsca i wielowymiarowej sytuacji regionu. Aresztowania, przeszukiwania obywateli to tam codzienność – temat więc bardzo poważny, jednak Collar przedstawił go przy pomocy absurdalnych, nieraz wręcz komicznych kadrów. I to jest moc tych zdjęć. Nie da się przejść obojętnie obok intrygujących obrazów, na których przedstawione sytuacje nie są dla nas nawet do końca jasne. Dla Kollara czas spędzony w Izraelu przywołuje ponoć wspomnienia z komunistycznej Czechosłowacji. Projekt jest zróżnicowany pod względem wizualnym, zawiera zarówno małe jak i duże odbitki, portrety, dokumentację obecności wojsk, krajobrazy i dziką naturę.ŁÓDZKIE INSPIRACJE

Będąc w galerii, warto spojrzeć też na cykl Alejandra Cegarra o życiu nielegalnych mieszkańców wieżowca w Caracas. „The Other Side of the Tower” pokazuje, jak opuszczona siedziba główna jednego z ważniejszych w kraju banków, kompleks biur oraz hotel po latach zyskały nową funkcje. 45 pięter stało się domem dla 2000-2500 nielegalnych lokatorów. Niestety kilka prezentowanych w galerii odbitek nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak cały projekt dostępny na stronie fotografa.

Jak zwykle nie zawiodła wystawa Grand Prix. Nagroda przyznawana jest od 9 lat, w tym roku jury wyłoniło 10 finalistów, których prace zostały zaprezentowane w moich ulubionych postfabrycznych przestrzeniach, a 10 wyróżnionych fotografów wyświetlało swoje prace w postaci pokazu slajdów. Nagrodę główną, 10.000 zł, otrzymał Patrick Willoq za projekt „Jestem Wale, szanuj mnie”, o którym pisaliśmy już na łamach Magazynu. Autor fotografował kobiety z plemienia Ekonda, tzw. Walé ("ta, która rodzi po raz pierwszy”). Zastanawia mnie, jak Willoqowi udało się wytłumaczyć tubylcom, że chce w taki a nie inny sposób zaaranżować sceny? Czy łatwo było przekonać ich do jego koncepcji? Bo że mu zaufali, już wiemy – ponoć w niektórych wioskach nazywają go bomo bialé, co oznacza brat walé, a to prawdziwe wyróżnienie.

Anna Grzelewska o swoim projekcie„Chce być jak Julia / Julia wannabe” pisze: Projekt jest obrazem dorastania jej córki Julii. Jego celem było określenie źródeł kobiecej tożsamości oraz momentu, gdy dziewczyna staje się kobietą. Kultura kreuje dzieciństwo na wyspę  szczęśliwości, powinno być beztroskie i niewinne. Co więcej, podświadomie wymazujemy z pamięci wszelkie rysy z obrazu naszego dzieciństwa. Fotografując Julię, chciałam przyjrzeć się zjawisku dorastania z szerszej perspektywy. Nie uważam tych prac za reportaż, pamiętnik ani rodzinny album, tylko próbę uchwycenia uniwersalności tego okresu. Cykl jest zaprezentowany w ciekawy sposób, na czele z przyciągającym uwagę gigantycznym portretem Julii. Wśród moich znajomych pojawiają się jednak głosy: jak się będzie czuła za kilka lat ta dziewczynka, oglądając swoje, czasem półnagie zdjęcia w internecie? Ja nie mam z tym problemu i prawdopodobnie mając taki ciekawy materiał pod ręką, też złapałabym za aparat, ale warto pamiętać, że zdania na ten temat są podzielone.

Oglądając projekt Mateusza Sarełło „Swell” najlepiej najpierw przeczytać opis, dowiedzieć się, o czym jest historia, ponieważ odgrywa ona kluczową rolę. To opowieść o rozstaniu i samotności trudnej do zaakceptowania. O powrotach do tych samych miejsc i wspomnieniach, które nie dają spokoju. Na początku miał być to projekt dokumentalny o Morzu Bałtyckim. Na mapie zostały nakreślone miejsca, które miałem odwiedzić. W podróżach nad Bałtyk towarzyszyła mi moja dziewczyna, aż do momentu naszego rozstania. Rozstanie mnie odmieniło i nie byłem w stanie już realizować projektu według wcześniejszego planu. Zacząłem wracać do miejsc, w których byliśmy razem. Tu kończy się projekt, a zaczyna się osobista historia. Małe polaroidy, a naprzeciw duże czarno-białe zdjęcia w innym klimacie oddają chaos w głowie autora, pustkę i uczucia towarzyszące rozstaniu. Zwieńczeniem projektu jest książka fotograficzna.

Delphine Schacher, której prac wcześniej nie znałam (a szkoda!) poprzez swoje zdjęcia opowiada o dzieciństwie, urokach wsi, poszukiwaniu, nadziejach, a także melancholii. Myślę, że i tu opis towarzyszący wystawie idealnie oddaje atmosferę zdjęć: Eclipse plumage/zaćmienie” to seria portretów młodych dziewcząt wykonana w Transylwanii, w połowie drogi miedzy dokumentem a poezją, na kształt wizualnej bajki, której motywem jest dzieciństwo i jego ulotność. Portrety te połączone z obrazem codzienności bohaterek przybliżają nam w nowy sposób bolesne losy  Rumunii – kraju dążącego do zmian, jednak wciąż żyjącego w cieniu historii – niczym dorosły człowiek stawiający swe pierwsze kroki poza bramami dzieciństwa, bawiąc się w chowanego z cieniami przeszłości. „Eclipse plumage” daje nam wyjątkowy obraz sielankowości chwil, które prędzej czy później się kończą. Zdjęcia są wyjątkowo przyjemne w odbiorze, z pięknym światłocieniem i były miłym odpoczynkiem dla oczu oraz umysłu po niektórych bardziej wymagających i męczących obrazach.

Wśród zdjęć laureatów Grand Prix mamy też Cyrila Costilhesa z dziwnymi, niepokojącymi, ale ciekawymi fotografiami z projektu „Wielki krąg Diego”, Sarker Protick z pozornie cukierkowymi obrazami z upadającego powoli bangladeskiego przemysłu filmowego i kilka innych projektów, które według mnie są mniej warte uwagi.

W ramach Discovery Show, nowej inicjatywy, która ma na celu wyróżnienie wyjątkowego fotografa młodego pokolenia, obejrzałam wystawę, którą uważam za jedną z najlepszych z całego Fotofestiwalu. Mario Macilau, niespełna 31-letni fotograf z Mozambiku realizuje długoterminowe projekty poruszające problemy współczesnej Afryki. W całej sali wisiały jego zdjęcia – wspaniała, czarno-biała fotografia. Co zrobiło na mnie największe wrażenie, to to, że fotograf łączy różne konwencje i style, w jednej przestrzeni było prezentowane kilka jego mniejszych cykli, a jednak cała wystawa była przy tym bardzo spójna i przedstawiała różne aspekty życia mieszkańców Afryki. Komentarz do prac młodego fotografa napisał Roger Ballen, który był gościem Fotofestiwalu w zeszłym roku.

Kolejny punkt - w OFF Piotrkowska. Tam, prócz obowiązkowych odwiedzin w afrykańskiej knajpie Meg Mu i zjedzeniu lodów, miałam okazję obejrzeć wystawę Krzysztofa  Millera „Niedecydujący moment”. Kurator bardzo dokładnie tłumaczy tytuł, jednak ja wciąż twierdzę, że te zdjęcia, czy autor chce tego czy nie, idealnie wpisują się w koncepcję decydującego momentu i trafiają w punkt. Zdjęcia z Polski, RPA i Afganistanu przeplatają się, a większość zdjęć znamy, bo są to swoiste ikony. Duży plus za sposób prezentacji – prócz odbitek na ścianach widzimy również wielkie prace zamontowane na systemach podwieszenia, na bardzo dobrej jakości wydrukach.

Od razu z wystawy Millera udałam się dwa piętra wyżej by zobaczyć „Wild Life” Dougie Wallace’a. I to był bardzo niefortunny krok – z wystawy pełnej poważnej, dość klasycznej fotografii trafiłam do przestrzeni pełnej absurdu, przerysowania, kiczu i intensywnych barw. Ten kontrast prac sprawił, że wystawa Wallace’a była dla mnie trudna w odbiorze. Glasweegee, bo tak go nazywają, osiągnął sławę dzięki swoim długoterminowym projektom i otwartemu podejściu do fotografii ulicznej. Na Fotofestiwalu prezentowane są jego dwa projekty – „Shoreditch Wild Life” oraz „Stags, Hens and Bunnies, A Blackpool Stories”. Pierwszy z nich to autobiograficzna opowieść o bogatym życiu ulicznym londyńskiej dzielnicy Shoreditch, w której autor mieszkał przez 15 lat. Druga opowiada o mieście na zachodnim wybrzeżu Anglii, do którego na imprezy i wieczory kawalerskie ściągają ludzie z całego kraju. Zaskoczył mnie tu sposób prezentacji prac – ze względu na specyficzny druk i refleksy z okien trzeba stanąć na wprost, żeby coś widzieć, co nie jest problemem w przypadku pustej galerii, jednak musiało być niedogodnością na pełnym tłumów wernisażu. Wierzę jednak, że taki zabieg i sposób wydruku jest zamierzony. Może ma wzmóc efekt kiczu? Przechadzając się po galerii, słuchałam komentarzy ludzi. Jeden szczególnie zapadł mi w pamięć: Jaka z tego konkluzja? Ludzie są obrzydliwi. Cóż, oglądając absurdalne i karykaturalne postacie na tych fotografiach trudno się nie zgodzić. Ale są też zabawni, a to zwykle dość udane połączenie dla fotografa.

Ostatnią przestrzenią, którą odwiedziłam, był Atlas Sztuki. Mimo, że klimatyczne przestrzenie OFF Piotrkowska są moimi ulubionymi, sterylnie czyste sale Atlasu też robią wrażenie. Tym bardziej, że wchodzi się do nich poprzez niepozorną bramę, mijając Studio Tatuażu Dziabanko, sex shop i sklep z przedziwnymi przebraniami. Na miejscu prezentowany był cykl Carla de Keyzera, „Moments before the Flood”. To wizualne badanie za pomocą fotografii, w jaki sposób Europa radzi sobie z trudnym do przewidzenia zagrożeniem – podnoszącym się poziomem morza. Czy Europa jest do tego przygotowana i do jakiego stopnia wszystkie wysiłki mogą okazać się daremne? Warto wspomnieć o podejściu autora do samych odbitek: zdjęcia, które chcę zawrzeć w ramach tego projektu będą ogromne, zarówno pod względem wielkości, jak i rozdzielczości. Mam zamiar pracować w rozdzielczości 65 mln pikseli, w niesłychanej szczegółowości, dzięki najnowszej technologii, która sprawia, że po raz pierwszy zdjęcie może mieć lepszą ostrość niż malarstwo. W rzeczywistości pozwala to na oglądanie zdjęć na różnych poziomach i z różnych odległości. W tym projekcie piękno służy jako przynęta, umiejscowienie widzów bliżej zdjęcia i wciągnięcie ich w nie. I, szczerze mówiąc, według mnie „w tej wielkości jest wielkość tych prac”. Gdyby nie rozmiar, obrazy byłyby zupełnie niezauważalne, mniej ciekawe i niezapadające w pamięć. A tak spędziłam trochę czasu przyglądając się każdemu szczegółowi.

Podsumowując: jak zwykle było warto. Żałuję jednak, że podczas tej edycji mogłam odwiedzić Łódź tylko raz – mimo dobrej woli nie zdążyłam obejrzeć wszystkiego, a i przy zaledwie kilku(nastu?) wystawach pod koniec mój umysł już się buntował i nie był w stanie przyjąć większej ilości obrazów. Ale mam swoje dwa typy, dwa punkty obowiązkowe – to Mario Macilau w Centrum Festiwalowym i Martin Kollar w Leice. Mamy nadzieję, że ich nie przegapiliście?

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 1234

Zobacz także