literatura
MAGAZYN KULTURALNY
26 czerwca 2015

Książka do lubienia

O Karlu Ovem Knausgårdzie, „ulubionym pisarzu twojego ulubionego pisarza” napisano już łącznie pewnie więcej, niż on sam o sobie – czyli naprawdę dużo. 21 maja ukazał się w Polsce drugi z sześciu tomów jego „Mojej walki”. Dzieło to zbiera pochwały od krytyków na całym świecie, ale nawet jego najwięksi entuzjaści znajdą w końcu powód, by stawiać sobie pytania: co ja właściwie czytam? Czy to jest w ogóle dobre?

Karl Ove Knausgård, Moja walka. Księga 2, Wyd. Literackie 2015

Formuła Mojej walki nie jest przecież nowa. Wpisuje się w tradycję zapoczątkowaną przez Michela de Montaigne'a w jego Próbach, które nota bene łączy z dziełem Knausgårda już nawet podobna geneza. Essais miały być początkowo hołdem złożonym zmarłemu przyjacielowi i dopiero w miarę pisania autor zdecydował, że woli po prostu wynotować swoje myśli tak, jak pojawiały się w jego głowie. Podobnie było w przypadku Karla Ovego – pierwotnie zamierzał napisać powieść o życiu i śmierci swego ojca, ale w obliczu niezadowalających rezultatów zrezygnował z literackiej fikcji na rzecz opisania tego, co przeżył - tak, jak akurat wydało mu się to odpowiednie.

Eseistyczne refleksje Knausgårda są jednak zupełnie innej wagi niż te znane z Prób i nie roszczą sobie pretensji do filozoficznej doniosłości. Drugi tom poświęcony jest teraźniejszemu życiu autora – ma on czterdzieści lat, żonę i trójkę dzieci. Opowieść zaczyna się, gdy Karl Ove jedzie z rodziną na wycieczkę. Czytelnik dowiaduje się między innymi, że nasz bohater nie lubi wakacji, że wychowywanie dzieci to trudna sprawa, że nie myśli podczas czytania. Walkę z podobnymi problemami pierwszego świata daje się wyłuskać ze szczegółowych sprawozdań, jakie autor składa z zupełnie codziennych czynności: przewijania dzieci, palenia papierosów, picia coca-coli. Nie da się ukryć, że napisanie Mojej walki nie wymagało szczególnego przygotowania czy planowania. Nie pozwoliłoby mu na to choćby samo tempo tworzenia – wszystkie sześć tomów powstało w ciągu dwóch lat. W tomie drugim znajdziemy więc na przykład opis przeprowadzki Norwega do Szwecji, ale jeśli czytelnik liczyłby przy tej okazji na analizę socjologiczną szwedzkiego społeczeństwa (albo czegokolwiek innego), czeka go rozczarowanie.

Można odnieść wrażenie, że Knausgård, obserwując swoje myśli, stara się być doskonale szczery, zwłaszcza wobec samego siebie. Dlatego na przykład opis wizyty w muzeum uzupełnia informacja, że bohater-narrator-autor nie czuje się kompetentny, by oceniać dzieła Warhola. Wydaje się jednak, że wbrew pozorom Moja walka nie wymagała też wcale nadzwyczajnej introspekcji. Karl Ove jest świadomy tego, co robi, ale rozbiorowi swoich poczynań, dążeń czy grzechów nie poświęcił (przynajmniej do tej pory) wiele miejsca. Nie oznacza to, że pozostaje wobec siebie bezkrytyczny – wręcz przeciwnie – ale jego krytyka formułuje się na ogół na bieżąco, jest bezpośrednią reakcją na konkretne zdarzenia i nie ma w sobie nic z usystematyzowanej czy przemyślanej autoanalizy. Treścią tej powieści naprawdę jest codzienne życie, również w tym sensie, że prezentowane w niej myśli bohatera są najczęściej codzienne, przeciętne. Do napisania Mojej walki Knausgård potrzebował chyba więc jedynie tego, by urodzić się Knausgårdem i zaczął ją pisać, gdy sam zdał sobie z tego sprawę.

Ale kim on właściwie jest, żeby proponować lekturę szczegółowej autobiografii? Nie chodzi o to, że jego życie jest niesamowite (a w każdym razie na pewno nie było takie przed wydaniem Mojej walki). Nie jest może nudne, ale po prostu przeciętne: składa się z tak pospolitych zdarzeń jak obiad w McDonald's, wychowywanie dzieci, składanie mebli, jedzenie ziemniaków… Zarzuty, że nie powinno się pisać o sobie, o ile nie przeżyło się czegoś wartego opowiedzenia, są zupełnie słuszne, ale trudno zgodzić się, że w przypadku Knausgårda jest to wyczerpująca krytyka. Istnieje przecież wiele wielkich dzieł literackich, w których niewiele się dzieje (Ulisses!). O ile jednak Joyce'a ceni się za wirtuozerię w jego eksperymentach narracyjnych czy stylistycznych, w przypadku Knausgårda ci, których jego proza szczerze zachwyca, często sami nie potrafią określić, dlaczego tak jest. Jej wartość nie może leżeć przecież w samym języku – Karl Ove pisze dobrze, ale nie na tyle, by samym stylem chwycić uwagę czytelnika i utrzymać ją przez ponad trzy i pół tysiąca stron.Książka do lubienia

Satysfakcja płynąca z lektury Mojej walki przypomina tę, którą odczuwa się, gdy w rozmowie z obcym człowiekiem na jaw wychodzą niespodziewane punkty wspólne – na przykład takie, że w podstawówce oboje graliśmy w pokemony, że lubimy ten sam ezoteryczny zespół muzyczny albo że nie rozumiemy fenomenu pewnego bardzo popularnego pisarza. Kiedy Karl Ove opisuje smak rozgazowanej coli, nie robi tego poetycko, filozoficznie, metaforycznie ani magicznie. Pisze tak, aby odbiorca mógł sam poczuć smak ciepłego napoju, z którego uleciały bąbelki. Na tym polega siła Knausgårda, że potrafi wydobyć z pamięci czytelników ich własne wspomnienia, nie wikłając ich w fikcję. Właśnie tę właściwość jego prozy chwaliła Zadie Smith, gdy pisała, że w trakcie lektury Mojej walki dosłownie przeżywa się życie Karla Ovego; że nie tylko się z nim identyfikuje, ale wręcz się nim staje. Z bohaterami powieści można utożsamiać się w różnym stopniu – wydaje się naturalne, że tak wielu ludzi (zwłaszcza pisarzy!) doskonale rozumie Karla Ovego. Jego życie może być przeciętne, ale twoje, drogi czytelniku, jest takie samo.

Pod koniec drugiego tomu Karl Ove przedstawia swój stosunek do literatury: „To, co zmyślone, nie ma wartości, to, co dokumentalne, nie ma wartości. Jedynymi gatunkami literatury, których wartość wciąż dostrzegałem, które ciągle jeszcze miały sens, były dzienniki i eseje – w nich nie chodzi o opowieść, niczego nie opisują, składają się jedynie z głosu, głosu własnej osobowości, z życia, napotkanej twarzy czy spojrzenia. Czym jest dzieło sztuki, jeśli nie spojrzeniem innego człowieka? Nie ponad nami i nie pod nami, tylko dokładnie na wysokości naszych oczu. Sztuki nie można przeżywać zbiorowo, nie da się. Ze sztuką człowiek jest sam. W te oczy patrzy się samotnie”. Bohater Mojej walki stanowi zatem mimetyczne arcydzieło. Jeśli jest beznamiętny, niepewny siebie, niezdecydowany (a to tylko kilka z jego wad), to jest tak tylko dlatego, że taki właśnie jest Karl Ove Knausgård. Jest to bohater na tyle wiarygodny i kompletny, że na zeszłorocznym spotkaniu z czytelnikami w Warszawie któraś z zatroskanych fanek poleciła pisarzowi rzekomo świetnego psychoterapeutę, który mógłby pomóc mu z jego problemami.

Być może istnieje jakiś świat możliwy, w którym czytelnicy i krytycy zachwycają się sześciotomową autobiografią jakiegoś innego Karola – na przykład niskiego, pucołowatego i łysiejącego księgowego z Radomia, który z właściwą sobie rubasznością prezentuje najdrobniejsze detale swego przeciętnego życia, jednak nasz świat należy do Karla Ovego – posępnego, dwumetrowego Norwega o długich włosach i smutnym spojrzeniu. Jego powieść pełna jest walki: o to, by być przyzwoitym człowiekiem, by zmężnieć, by – przede wszystkim napisać magnum opus. Czegokolwiek by o Knausgårdzie nie mówić, trzeba mu oddać, że tę walkę akurat wygrał.

Karl Ove Knausgård, Moja walka. Księga 2

Tłumaczenie: Iwona Zimnicka

Wydawnictwo Literackie 2015

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także