teatr
MAGAZYN KULTURALNY
20 lipca 2015

„Niech oskarżona wreszcie przyzna się do winy!”

„Sprawa Gorgonowej” nie jest ani próbą rekonstrukcji zdarzeń z nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku, ani przeprowadzenia śledztwa na nowo. Wyrok w sprawie zapadł.

fot. Magda Hueckel - materiały prasowe

Scena pokryta jest warstwą ziemi. Nad nią zawieszona została fasada domu – dwie białe ściany, a w nich okna. Kiedy zostanie opuszczona, zobaczymy też ośnieżony dach –  w końcu mamy zimę. Po jednej stronie proscenium na biurku stoi komputer, a zapisywany na nim tekst jest rzucany przez projektor na ścianę. Po drugiej znajduje się duży monitor, który wyświetla obraz rejestrowany na  żywo na scenie. W ostatnim rzędzie zasiada Sędzia (Bogdan Brzyski) i grupa ławników (osoby skazane prawomocnym wyrokiem). Jest jeszcze jeden ekran, podwieszony pod sufitem nad widzami. Pokazuje zapis wariografu, obraz kolonoskopii albo film dokumentujący wyprawę twórców na Chorwację, by postawić tam płytę nagrobną Emilii Margericie Gorgon. Treści dochodzą więc do widza z wielu stron, rozpraszają uwagę,  wykluczają się wzajemnie, bo nie można ogarnąć wszystkich naraz. To sprawia, że odbiór spektaklu Wiktora Rubina do tekstu Jolanty Janiczak wymaga od widza wysiłku. Sprawa Gorgonowej jest chaotyczna, poszczególne sceny zdają się nie pasować do siebie, widz musi uzupełnić samodzielnie te luki oraz wyłowić istotne treści z natłoku bodźców.

Tym, co spaja spektakl, jest postać Gorgonowej (Marta Ścisłowicz). To wokół niej tworzą się konstelacje innych bohaterów, za jej sprawą konstytuują się wydarzenia. W końcu to ta postać jest odwołaniem do najsłynniejszej oskarżonej dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Tylko odwołaniem, reprezentacją, bo spektakl nie jest ani próbą rekonstrukcji zdarzeń z nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku, ani przeprowadzenia śledztwa na nowo. Wyrok w sprawie zapadł. Zapadł nawet przed zakończeniem procesu, dlatego Sędzia ponagla Ritę „Niech wreszcie oskarżona przyzna się do winy!”. Patrzymy wprawdzie na rodzinny posiłek w domu Henryka Zaremby (Juliusz Chrząstkowski), oglądamy groteskowe zbieranie dowodów przez Detektywa (Roman Gancarczyk), wysłuchujemy zeznań świadków. Przyglądamy się również dziwnej scenie hipnozy, jakiej została poddana Rita - Marta Ścisłowicz, ale i to nie przybliża nas do poznania prawdy. Prawdę mogłaby nam wyjawić obecna na scenie Lusia (Jaśmina Polak), ale zamiast o mordercy woli mówić o sobie: o emocjach towarzyszących jej przed śmiercią, o tym, jak rozkłada się jej ciało. Poza tym prawda jej nie interesuje, „prawda to tylko zły nawyk myślowy”.

Gorgonowa znajduje się w stanie oskarżenia już od pierwszej sceny. Siedzi na dużym kamieniu, tyłem do publiczności, wyprostowana, napięta. Nie porusza się, kiedy mijają ją wchodzący na scenę/salę rozpraw ławnicy. I już od pierwszej sceny jest prowokacyjna, konfrontacyjna, agresywna. Marta Ścisłowicz w roli Rity zaczyna od bardzo mocnych tonów. Napastliwie odpowiada na pytania sędziego, krzyczy, z furią uderza kilofem w kamień, jakby chciała na nim wyładować swoją złość. Albo zaprezentować swoją siłę czy determinację. Może pokazać, że jest zdolna do agresji – nawet do morderstwa? Słaba to linia obrony, ale Rita nie próbuje się bronić. To nic nie da, bo wyrok już zapadł. Niesprawiedliwie potraktowana przez sąd i śledczych, zaszczuta przez ksenofobiczne i żądne sensacji społeczeństwo z oskarżonej staje się ofiarą, tyle że innego dramatu (Staś powie: „Twarz oskarżonej dziwnie zaczyna przypominać ofiarę”). To o takiej kobiecie – pięknej, wykorzystanej i skrzywdzonej, doprowadzonej przez to do ostateczności – chce zrobić film Amerykański Producent (Szymon Czacki). Chce mieć nową opowieść o Medei. Ale Gorgonowa odrzuca rolę ofiary. Ofiara jest słaba i bezwolna, nie ma nic do powiedzenia. A Rita chce mieć głos. Żali się, że przez całe życie była traktowana protekcjonalnie, nikt nie chciał jej na stałe. Teraz w końcu jest w centrum uwagi, w „blasku oskarżenia”, może zaprezentować się jako indywidualność, podmiot. Wina przestaje być kwestią popełnionego czynu, a staje się jej wyborem, bo tylko tak może wywikłać się z roli biernej ofiary. Wina jest performowana post factum. Rita performuje siebie wobec sądu, kamery, publiczności. Flirtuje ze spojrzeniem obiektywu, żąda od widzów, by wyrazili swoją pogardę do niej i napluli jej w twarz, bo chce pokazać, jak wszystko z niej spływa. Pilnuje, by nie nazywać jej Medeą, Elektrą ani Antygoną, tylko Margaritą. Chce, żeby jej historia została indywidualna, nie zależy jej na uniwersalizowaniu, uwznioślaniu. Przeciwnie, w spektaklu zaakcentowana jest fizyczność, nawet fizjologia, co odwołuje nas raczej do niskich rejonów egzystencji. W jednej z najmocniejszych scen Ścisłowicz opowiada o „drapieżniku”, który w stresie wydala z siebie „500 zdradzieckich gramów”, a potem próbuje ukryć ślad. Mimo że monolog nie jest długi, słucha się go trudno, wręcz wywołuje obrzydzenie. Zwłaszcza, że sekwencja powtórzona jest kilkakrotnie. Aktorka raz mówi względnie spokojnie, raz łkając z bezsilności, raz wykrzykuje słowa z rozpaczą. Ściska przy tym brzuch, wprawia w drżenie ciało, tarza się po brudnej podłodze, pluje na szybę i oblizuje ją później. Widz zapamiętuje powtarzany tekst i za każdym razem, kiedy rozpoznaje ostatnie zdanie monologu, ma nadzieję, że nie zostanie on rozpoczęty na nowo.

Jednak nie tylko z ekspresywnych gestów, prowokacyjnych spojrzeń i niby-nonszalanckich póz Ścisłowicz buduje swoją postać. Aktorka daje poznać, że Rita, na którą patrzymy, to tylko przyjęty przez nią wizerunek. Maska zdaje się opadać w rozmowie z przychylną jej Stanisławą Temidą P. (Ewa Kaim) czy w scenie hipnozy. Psycholog i hipnotyzer Jerzy Korzewski za pomocą krótkich poleceń sprawia, że jej ciało – do tej pory napięte, jakby cały czas gotowe do ataku – staje się wiotkie i bezwładne. Aktorka jest teraz cicha, mówi do siebie, jakby ignorując obecność publiczności, zdania są proste, niedokończone, nieprecyzyjne. Scena ta wprowadza zupełnie inny nastrój. Mogłaby być momentem wytchnienia od ciągłej czujności, a jednak towarzyszy jej dziwne napięcie, tym razem po stronie publiczności. „Niech oskarżona wreszcie przyzna się do winy!”

Jeśli nawet to napięcie zostanie rozładowane, czy to przez nerwowy śmiech, czy przez wejście na scenę Katarzyny Krzanowskiej w roli Radioodbiornika, to widz zostaje z uczuciem niedosytu, które dokucza jeszcze długo po zakończeniu spektaklu.

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Jolanta Janiczak, Sprawa Gorgonowej

reżyseria: Wiktor Rubin

dramaturgia, kostiumy: Jolanta Janiczak  scenografia, reżyseria światła: Michał Korchowiec muzyka: Bartosz Dziadosz (Pleq) kostiumy, wideo: Hanna Maciąg

premiera: 28.03.2015

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także