literatura
MAGAZYN KULTURALNY
07 lipca 2015

Z imprezą techno nie miałbym problemu

Z melancholią jest tak, że - jak reumatyzm - grozi każdemu. Magazynowej rozmowy z Markiem Bieńczykiem część pierwsza!

Marek Bieńczyk - archiwum prywatne

MAGAZYN: Czy nie czuje Pan więzi z młodszymi pokoleniami lub potrzeby spotkań z młodszymi? I nie mam tutaj na myśli spotkań literackich, gdzie przeważnie jest Pan gościem, którego się słucha, a gdzie zachowana jest hierarchia gość - widzowie. Nie wiem, czy Pan sobie zdaje z tego sprawę, ale Pana eseje są bardzo popularne wśród moich rówieśników (przed wszystkim Melancholia…). Jako autor książki o melancholii, nie zauważył Pan może wśród młodych szerzącej się dolegliwości spod znaku Saturna?

Marek Bieńczyk: Trudno mi powiedzieć, teraz mam bardzo mało zajęć z młodymi; co do melancholii - można założyć, że jak ktoś już czyta i swoje życie w taki czy inny sposób wiąże z książkami, to z natury zbyt sangwiniczny ani wesołkowaty nie jest. Wie Pan, społeczne mówienie o melancholii jest dość trudne i mało wydajne, bo prawdziwa melancholia jest jednostkowa, a zbiorowe nastroje, choć do ich uchwycenia używa się szerokich kategorii, jak właśnie melancholia, nigdy nie są tak precyzyjne i jednoznaczne, jak w przypadku pojedynczych osób. Klimat społeczny na pewno sprzyja odczuciom smutku, beznadziei, zakleszczenia przyszłości. Paradoks polega na tym, że w tak zwanych moich czasach, jeszcze komunistycznych, nikt na przykład nie martwił się o pracę, natomiast martwił się o to, w jaki sposób pracując, nie pracować. Teraz strach o pracę jest taki, że każdy gotów jest się zarżnąć, byle jej nie stracić. No ale to temat na długie rozważania. W każdej epoce melancholia znajdzie swój target, tak czy owak.

Czasami, kiedy piszę coś nowego, zastanawiam się nad tym: dla kogo to jest? Wydaje mi się, że taki czy inny esej nie będzie interesujący dla młodych etc. Teraz na przykład pisałem o Prouście i myślę sobie: starzy tego nie przeczytają, bo im się już nie chce, a dla młodych jest to zbyt obce, to chyba nie jest ich sprawa, Proust, melancholia. Ale z melancholią jest tak, że jak reumatyzm - grozi każdemu i zawsze się znajdzie ktoś, kto bez względu na swój wiek w tekście o hipnotycznej żółtej ścianie u Prousta czy u Hoppera coś dla siebie znajdzie. Ogólnie nie lubię nostalgii za starym światem, mówienia, że kiedyś to było tak, a teraz to wszystko się marnuje, rozkłada, że książek już nikt nie będzie czytał, a kultura upada, młodzi nie czytają… Jest to mi z gruntu obce, podobnie jak obce jest pokoleniowe dzielenie czytelników; jeśli ktoś wytrzyma przy książkach, zwiąże się z nimi, to będzie czytał te lepsze, bez względu na to, czy ma 25, czy 50 lat.

Jakiś czas temu widziałem Ryszarda Krynickiego na imprezie techno w Hotelu Forum w Krakowie. Było to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Nie ma Pan ochoty – tak jak Krynicki – zobaczyć, jak wygląda homo ludens pokolenie niżej?

Akurat z wyjściem na imprezę techno nie miałbym problemu. Jakoś tak się stało, chyba w ostatnim półwieczu, że te odległości między pokoleniami wbrew pozorom nie są aż takie duże jak niegdyś. Młodzi w sposób naturalny myślą, widząc zgreda – pomarszczonego, łysego – że jest zgredem, koniec kropka. Tymczasem od strony zgreda to wygląda dzisiaj inaczej; jednak jesteśmy na różne sposoby potomkami 68 roku, jest w nas rodzaj może nawet nadmiernego luzu. Do tego stopnia, że wydaje mi się, że to młodzi są bardziej konformistyczni niż my starzy, no my z mojego kręgu. Myślę w każdym razie, że różnica między moim pokoleniem a pokoleniem naszych ojców była o wiele większa, niż dzieje się to dzisiaj. Starzejemy się tak samo i wyglądamy jako starsi czy starzy nieponętnie, ale wewnątrz jest większa możliwość negocjacji ze światem nadchodzącym, młodym, niż to kiedyś było. Ja z tym nie mam większych problemów. W związku z tym, to co pan opowiedział o Krynickim i o techno jako takim nieoczekiwanym spotkaniu dwóch światów na stole prosektoryjnym - mnie to absolutnie nie przeraża. Wie pan, choć na techno znam się słabo, ta nowa muzyka, Wasza muzyka, jakoś mnie nie odstręcza, choć rzadko rajcuje. Zauważam różnice między nią a Zeppami i czasami o nich myślę. Być może te myśli są, owszem, niekiedy myślami starego człowieka, według którego rock lat siedemdziesiątych czy sześćdziesiątych był czystszy. Miał rodzaj jakiejś naiwnej czystości, siły, której nie czuję już dzisiaj. Odnoszę wrażenie, że ta współczesna muzyka jest bardziej opakowana, a w muzyce tamtych lat był taki rodzaj czystego przekazu energetycznego, czystego uderzenia. Czasami mam takie myśli porównawcze... Jednak, powtórzę,  jesteśmy pokoleniem po 68 roku i mało jest w nas uprzedzeń. Ja się na muzyce słabo znam, ale moi znajomi w moim wieku słuchają dużo młodej muzyki i często mi puszczają tego typu rzeczy. Wtedy razem rozpoznajemy, co jest dobre, a co nie, co do nas przemawia, a co jest nam absolutnie obce. Raczej z punktu widzenia jakości tej muzyki, a nie naszych przyzwyczajeń i nostalgii.

Rok temu w wywiadzie dla projektu Writers in Motion powiedział Pan, że niczego nie kolekcjonuje. O Pana ostatnich dwóch książkach eseistycznych: Książka twarzy i Jabłko Olgi, stopy Dawida można powiedzieć, że jest to dzieło kolekcjonera – wspomnień o konkretnych osobach i ich dziełach. Gatunkowo te zbiory także są różnorodne: W Książce twarzy są m. in. eseje i recenzje, a w najnowszej książce są eseje i opowiadania. Może właśnie Pana melancholijna predylekcja do kolekcjonerstwa objawia się w pisarstwie?Z imprezą techno nie miałbym problemu

To fajna hipoteza... Bo rzeczywiście w własnym życiu nie kolekcjonuję rzeczy. Już nie. Kolekcja - taka prawdziwa - jest rodzajem porządku, na który mnie nie stać. To zakłada konieczność precyzji, która zarazem zakłada, że świat da się jakoś ułożyć, teraz i na przyszłość. To, co jest kolekcją w umysłach pozytywistycznych, dla umysłu melancholicznego jest rodzajem skumulowanego chaosu. Powiedziałbym raczej, że jeśli już kolekcjonuję, to pewien rodzaj rozproszenia. Który też jest rodzajem wolności, nieprzywiązania się do niczego, łatwości zerwania z regułą.

Pytam o to dlatego, że w tych książkach widać próby uporządkowania – treści są podzielone na podkategorię, podrozdziały etc. Widać pewne porządkujące tropy.

Tak, bardzo pan to czujnie zauważył. Nie umiem sobie wyobrazić książki jako chaosu. W Jabłku Olgi... to porządkowanie odbywa się na innym poziomie niż w Książce twarzy; mniej jest grupowania tematycznego, więcej zmysłowego, to bardziej „goła” książka, mniej tu opancerzania się w kulturowo rozpoznawane przybrania. Ale oczywiście jest i tam praca porządkująca. Książka wymaga pracy formalnej nad kształtem i temu nie powinno nic przeszkadzać, ani najwyższa euforia, ani najgłębsza depresja. Skoro już się pisze.

W przypadku Książki twarzy to całe nawiązanie do Facebooka jest bardzo na wyrost i zastanawiałem się, czy to był Pana pomysł, czy raczej chwyt marketingowy, które narzuciło wydawnictwo?

Książka twarzy to mój pomysł, mówię o tytule i ironicznej aluzji do Facebooka, jednak przetworzenie tego na taki mocnofacebookowy” wymiar jest bardziej chwytem wydawniczym. Ma pan rację w tym, że jest tutaj rodzaj uporządkowania, takiej czapy, która jest nałożona i jest to czapa w jakiejś części formalna, i że przez tę analogię z Facebookiem to wszystko tworzy razem takie pudełko, w którym zostało złożone to, czego w istocie nie da się ułożyć do końca. Można to nazwać uporządkowaniem, można to nazwać rodzajem napinania klaty w stylu „Patrzcie, jak ja sobie poczynam na różnych, często sprzecznych zakresach". Ale też, o czym mówię od razu we wstępnym tekście, prawdziwa jedność książki wynika z powtarzalności zawartych w nich różnych wątków i obrazów, przede wszystkim obrazów idylli.

To uporządkowanie jest bardzo umowne, ponieważ te eseje przyporządkowane mogłyby być także do innych działów. Widać, że jest to tylko umowna próba zapanowania nad tymi tekstami, które tematycznie wymykają się całej tej próbie skatalogowania, czy też po prostu sugestii porządku lektury.

Racja. Do pewnego stopnia racja. Niektóre rozdziały przenosiłem z jednego miejsca na drugie, nie byłem pewny tego, co jest ich „głębokim” tematem. Bo zapewne prawdziwym obrazem mojego umysłu jest rodzaj kontrolowanego chaosu, ale też takiej wszystkożerności: wszystkiego bym trochę dotknął, a z niczym na długo nie pozostał i być może kryje się w tym rodzaj melancholijnego kontaktu nieograniczającego się do jednej przestrzeni, z którą nie wchodzi się w taką relację wierności, bo po prostu nie można w czymś takim dłużej wytrzymać. Ale pod tym wszystkim krążą pewne obsesje, stałe wyobrażenia, które nawracają i w swej powtarzalności łączą różne teksty.

Czyli unika Pan etykietki specjalisty w danej dziedzinie?

Nie umiem być specjalistą. Chociaż czasami bym chciał. Mam takie marzenie, aby w klasycznej formie przedstawić czysty gatunek, na przykład napisać „klasyczny” kryminał. W Książce twarzy, jakakolwiek byłaby tematyka tekstów, powracają wciąż te same rzeczy, rzeczy wyobraźni: jak mówiłem, to idylla, obsesja twarzy, czytanie twarzy, temat wojny i unikania walki, ucieczka, kilka innych – to jest, że tak powiem, moja specjalizacja. W pewnym momencie pojawia się postać ojca. Nie po to, by wspominać - nie lubię zanadto wspomnień sensu stricto: nie lubię na przykład powieści czy opowieści czysto wspomnieniowych.. W jednym z rozdziałów cytuję bohatera jednej z książek Curzio Malapartego: "To wstyd wygrać wojnę".  Mój ojciec nie walczył i to mnie interesuje, dlatego pojawia się w Książce twarzy, obok innych bohaterów, którzy nie walczą, przestają walczyć i odchodzą na bok. To są dla mnie łącza tej książki. W nawarstwionym chaosie tym, co wprowadza porządek, są moje obsesje.

W nowej książce Pana obsesja to ruch, gesty, kroki...

Tak, pozostaję w tym samym kręgu obserwacji: drobiazgi, jakimi są miny, gesty, zawsze mnie interesowały. Ale też wszystko, co drobne, ale zarazem mające ogromną siłę, jak owa żółta ściana, drobiazg na obrazie Vermeera, który dla Prousta staje się fundamentem jego odczucia świata i z którym mam własną przygodę.

Jednak wracając do Książki Twarzy, to nie trzeba wspominać, że mniej lub bardziej nawiązuje do najpopularniejszego portalu społecznościowego. Korzysta Pan z tego typu dóbr internetu? Jest Pan aktorem-w-sieci? Stalkuje Pan kogoś w internecie? To też pewna forma obsesji.

Nie, muszę Pana rozczarować, w ogóle nie! Internet to także „rozszerzone pole walki”; choćby ze względu na panoszący się coraz mocniej hejtyzm; walka to nie jest moja specjalność. Oczywiście korzystam ze skrzynki mailowej, co chwilę sprawdzam maile lub czegoś szukam, jak każdy. Teraz internet jest dla mnie przestrzenią marzeń, bo kiedy się zmęczę w trakcie pisania tekstów, to często szukam jakichś wysp egzotycznych, gdzie mógłbym pojechać, itp. Więc tak, jestem cały czas „podłączony", natomiast nie uczestniczę w żadnej formie zbiorowej komunikacji. Czasami to robię, ale nie lubię pisać tylko do internetu. Co więcej, od jakiegoś czasu próbuję utopijnie zastopować ilość śladów, które mogę zostawiać w sieci, np. jeśli jestem gościem jakiegoś spotkania, to nie zgadzam się na to, aby było one rejestrowane i puszczane do sieci w formie wideo; czasami nie jestem niestety dość stanowczy. Więc próbuję heroicznie i może nieco idiotycznie ograniczyć swoją obecność w internecie. Przede wszystkim to wynika ze względów osobowościowych; żadną miarą nie jestem antytechnologiczny, ale to jest tematem na inną rozmowę. Główna przyczyna jest taka, że ja lubię stać z boku, iść swoimi ścieżkami, a zarazem się nie objawiać - o ile to możliwe.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także