muzyka
MAGAZYN KULTURALNY
04 września 2015

PRAWDZIWY POCZĄTEK

Książka Krzysztofa Karpińskiego to game-changer. Ilość zawartych informacji, dokładność ich udokumentowania uzupełniona jeszcze o bogate źródła ikonograficzne sama w sobie wystarczy do tego, żeby porzucić mylne przekonanie, że początki jazzu w Polsce to Tyrmand i Komeda.

Krzysztof Karpiński, Był Jazz, Wydawnictwo Literackie 2015

Z miejsca muszę zaznaczyć, że na tę książkę byłem z początku dość zły. Można powiedzieć, że nawet rozczarowany. Jako ktoś, wydawałoby się, mocno zainteresowany muzyką jazzową, gdy dostaję do ręki tomiszcze, które udowadnia mi, że wiem dużo mniej, niż mi się wydaje, zareagowałem dumnie. Pierwszych około sto stron z tego tytułu było męczarnią. Podszedłem do lektury ambicjonalnie. Chciałem zapamiętać każde nazwisko, każdą datę, wszystkie miejsca i anegdoty, które zostały zebrane przez Krzysztofa Karpińskiego. Nie da się. Minęło trochę czasu, zanim pogodziłem się z tą myślą i swój osobisty gniew przestałem przenosić na dzieło... i dobrze, bo nie warto go krzywdzić.

Ta książka to game-changer. Ilość zawartych informacji, dokładność ich udokumentowania uzupełniona jeszcze o bogate źródła ikonograficzne sama w sobie wystarczy do tego, żeby „ogół” (jako i mi się udało) porzucił mylne przekonanie, że początki jazzu w Polsce to Tyrmand (który miał „sprowadzić” do kraju jazz) i Komeda (jako [współ]twórca tzw. polskiej szkoły jazzu), co jest jakoś prawdziwe, jeśli mówimy tylko o sytuacji powojennej. „Był Jazz” bez cienia wątpliwości udowadnia, że w okresie II RP jazz (oczywiście w zgodzie z epoką, mówimy o wczesnych jego odmianach) miał się w Polsce dobrze, nie odbiegał stylistycznie i wykonawczo od scen krajów zachodnioeuropejskich, a czasami nawet i przewyższał. Na marginesie – zabawnym jest fakt, że w przytoczonych przez autora artykułach z epoki widać, że polska pogoń za wyimaginowanym „zachodem” sięga znacznie dalej w historię, niż do początków III RP. I śmiszno, i straszno.

Jak napisałem we wstępie, początki mierzenia się z tą cegłą (samej treści ponad 500 stron, nastęne 200 notek biograficznych i przebogate indeksowanie) nie były łatwe. Zanim pogodziłem się z niemożliwą dla śmiertelnika ilością informacji spisanych całą skrupulatnością prawniczą (Krzysztof Karpiński to aktywny zawodowo sędzia), myślałem, że moim obowiązkiem jest przyswoić wszystko, zupełnie tak, jakbym traktował tę książkę jak podręcznik. I może ona jako ów posłużyć. Nie zdziwiłbym się, gdyby na jakichś zajęciach z muzykologii „Był Jazz” pojawił się w literaturze przedmiotu, ze względu właśnie na swoją niesłychaną monograficzną kompletność. Jest to niewątpliwa zaleta, która jednakowoż może nieco utrudniać odbiór komuś niezainteresowanemu. W momencie, w którym pozbyłem się złudzeń i podszedłem do książki normalnie, wychodząc z założenia, że mam to przeczytać i nie przejmować się, ile procent wiedzy się nie wchłonie, zacząłem ją naprawdę doceniać. Poczułem w pewien sposób klimat epoki; to nie jest książka tylko o jazzie, to nie jest książka stricte historyczna, obie warstwy są ze sobą nierozłączne, a całość uzupełniają liczne smaczki, np. informacje o alkoholach pitych w topowych warszawskich (i nie tylko) lokalach. Autor skutecznie, choć teoretycznie niejako między wersami, opisuje aurę życia kulturalnego II RP, co może być zachętą dla osób nieinteresujących się muzyką jazzową. Publikacja wpisuje się w trend zainteresowania okresem międzywojnia w przestrzeni publicystycznej, który daje się zaobserwować od kilku lat i może stanowić świetną pozycję uzupełniającą temat.

Co ważnego wyciągnąłem z lektury? Przede wszystkim, o czym już wspomniałem, pozbyłem się wrażenia, że początki jazzu w Polsce należy datować na początek lat 50. To pogląd dominujący w dyskursie kulturalnym nawet wśród ludzi interesujących się muzyką jazzową, a mylność tego faktu każe zupełnie inaczej spojrzeć na historię i dodatkowo naświetla konieczność zbadania dokładniej okresu tuż po II wojnie światowej, skoro wiadomo, że scena II RP była mocno aktywna. Ze zdziwieniem, chociaż pozytywnym,  przyjąłem także fakt, iż spora część elity okołojazzowej żyła na dobrym poziomie, co stoi w jawnej sprzeczności z istniejącym stereotypem biednego jazzmana, nota bene niebędącym zupełnie oderwanym od rzeczywistości.PRAWDZIWY POCZĄTEK

Jako warszawiak byłem niejako etnocentrycznie przekonany, że w okresie II RP życie kulturalne musiało mieć swoje jednoznaczne centrum w stolicy, akceptowałem (z trudem) podskórnie istnienie co najmniej równie istotnego w tamtym czasie Krakowa (przynajmniej z punktu widzenia malarstwa i literatury), niejako wyłączając poza nawias inne większe skupiska miejskie. Ta książka pozwala wyzbyć się tego typu przekonań. Nie dziwi, że najwięcej miejsca poświęcono opisom oczywiście tych dwóch miast, ale poza tym znajdą się dość obfite opisy kilku innych, w tym między innymi miast już niebędących polskimi, mam tu na myśli oczywiście Lwów i Wilno. Warto pamiętać, że lektura nie powinna stać się podstawą do wzbudzania w sobie narodowych resentymentów, jednak wątpię, czy „grupa docelowa” takich postaw będzie się interesować tematyką muzyki jazzowej, szczególnie okresu formatywno-swingowego.

Nie brakuje też źródeł udowadniających istnienie początkowych problemów z akceptacją jazzu, szczególnie przez ludzi związanych z muzyką klasyczną (należy zaznaczyć, że to termin dzisiejszy), którzy mieli problem ze znalezieniem piękna w synkopowanej, głośnej i w pewien sposób wyzywającej, jak na ówczesne standardy, muzyce. W jazzie upatrywano tymczasowości, kaprysu i mającej przeminąć mody, której przyczyną może być pogoń za egzotyką, szczególnie wśród słuchaczy. W „Był Jazz” znajdziemy obszerne fragmenty dokumentujące taki stan rzeczy, szczególnie w latach 20. i powolną zmianę świadomości, która ostatecznie doprowadziła do powstania tzw. polskiej szkoły jazzu, już po wojnie.

Nie chcąc wpadać w odtwórstwo i z niniejszego tekstu czynić fory streszczenia dodam tylko, że dzieło zostało przepięknie wydane. Bardzo bogata ikonografia, czy to zdjęcia artystów, czy gazet, z których przytaczane są cytowane teksty, pomaga wczuć się w klimat. Szata graficzna książki została utrzymana w klimacie art déco, wiernemu opisywanej epoce. Można orzec, iż nie jest to istotne, w końcu liczy się treść – jednak atrakcyjne (i spójne stylicznie) opakowanie sprzyja przyswajaniu treści, co w przypadku takiego kompendium jest ważne. Dodatkowo do książki dołączona jest płyta z radiowymi nagraniami polskich orkiestr jazzowych międzywojnia, co stanowi ładne uzupełnienie i być może dla niektórych wprowadzenie w temat – należy pamiętać, że pod pojęciem jazzu w latach 20. i 30. kryła się muzyka niekiedy stylicznie BARDZO odległa od tej granej obecnie w ramach tego samego gatunku. Wybór dzieł na kompilację nie jest przypadkowy, dokonał go sam autor, biorąc pod uwagę ilość procentową „jazzu w jazzie” – a że w tamtych latach w Polsce jazz dużo częściej grano niż nagrywano, niełatwo było dotrzeć do nagrań, a ostatecznie i tak była ich ograniczona ilość. Tym bardziej cieszy odpowiednia wartość estetyczna, mimo trzasków. Pamiętajmy też, że na ile muzyka klasyczna rozwijała się za sprawą przekazywanych zapisów nutowych i opowieści o praktykach wykonawczych, to jazzu po prostu słuchano, najpierw bezpośrednio, potem z płyt. Nie sposób więc po prostu o nim czytać. Żeby zrozumieć, trzeba przejść tę drogę, którą przeszli wszyscy wielcy jazzmani od czasów Armstronga włącznie – po prostu słuchać.

Reasumując: mamy tu do czynienia z kopalnią wiedzy, bardzo zacnie wydaną, która może zaciekawić ludzi nie tylko interesujących się muzyką jazzową, ale chyba każdego człowieka o stosunkowo otwartym umyśle. To niekoniecznie najłatwiejsza lektura, jeśli podejdzie się do niej tak, jak ja na początku, ale przy nieco zdrowszym podejściu stanowi przyjemną lekturę. W żaden sposób nie sugeruję jednak, że jest to zwykłe czytadło – gdyż, jak pisałem, świetnie nada się na źródło w zasadzie naukowe ze względu na skrupulatność autora, notki biograficzne na koniec i bardzo metodyczny indeks. Jestem przekonany, że do konkretnych fragmentów w ramach odświeżenia umysłu będę po prostu wracał. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12
To jest artykuł z serii Jazz: jak to w ogóle ugryźć?

Zobacz także