sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
11 września 2015

Ekspresjonizm współczesny

To niezasłane łóżko, wokół którego leżały zużyte tampony i prezerwatywy jest często podawane jako przykład sztuki współczesnej, która przestała być tak naprawdę sztuką. Jednak autorka tej instalacji, Tracey Emin, to artystka o bardzo tradycyjnych poglądach.

Portret Tracey na tle neonu, Wikimedia Commons

„Znana artystka” to trochę oksymoron. Z wielu powodów, chyba nie trzeba ich tutaj nawet wymieniać. A jednak niektórym udaje się – czy to dzięki cynicznie zaplanowanym skandalom, czy teledyskom z Jayem-Z, czy też niechcący – przeskoczyć do szerszej świadomości społeczeństwa. Tracey Emin należy do tego grona. Sama jednak przyznaje, że aby odnosić sukcesy jako artystka, musiała wiedzieć co nieco o biznesie. Tak jasne postawienie sprawy to jeden z powodów, dla których Tracey jest szczególnie autentyczna. I w jej przypadku ta autentyczność jest szczególnie ważna, ponieważ to na niej opiera się wykonywana przez Emin sztuka.

Pochodzi z Anglii, ma 52 lata i należy do nieoficjalnego ugrupowania Young British Artists. Wielka Brytania usłyszała o niej w 1997 r., kiedy to jej kontrowersyjne dzieło pt. Everyone I Have Ever Slept With 1963-1995 zostało wystawione podczas wystawy w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych kurowanej przez samego Charlesa Saatchiego. Everyone... to namiot, którego wewnętrzne ściany ozdobione zostały nazwiskami wszystkich stu dwóch osób, z którymi artystka dzieliła łóżko – nawet jeśli tylko platonicznie (namiot ten spłonął w pożarze w 2004 r. i artystka nie odtworzyła tej pracy, mimo że Charles Saatchi zaoferował jej milion funtów). Wkrótce potem Emin wywołała skandal, kiedy to pokazała się pijana w programie telewizyjnym. Zaczęła przeklinać, a następnie opuściła studio, aby – jak sama przyznała – iść ze znajomymi na miasto. Największą, międzynarodową sławę zdobyła dwa lata później, kiedy w Tate Britain wystawiona została jej słynna instalacja My Bed. Jest to, jak sama nazwa wskazuje, jej łóżko, niepościelone, otoczone różnymi przedmiotami artystki, takimi jak zużyte prezerwatywy, kapcie, niedopałki, pobrudzone krwią majtki. To dzieło to zapis depresji, w jakiej artystka znalazła się z powodu zawodu miłosnego.

Podejście Tracey Emin do sztuki jest bardzo osobiste. Nie traktuje jej jako medium służącego do prowadzenia filozoficznych dysput – chociaż studiowała filozofię i interesują ją zagadnienia estetyki. Ale w tworzeniu liczą się dla niej emocje: te prawdziwe, te, które sama przeżyła, te bardzo intymne. I może to paradoksalne, ale dzięki odwoływaniu się do tego, co osobiste, zamiast tego, co uniwersalne, Emin daje odbiorcom szansę, żeby naprawdę się utożsamiali z jej pracami. Emocje to rzecz wspólna wszystkim ludziom, niezależnie od poglądów, płci, pochodzenia, zamożności czy nawet epoki, w której żyją.

W Muzeum Leopolda we Wiedniu obejrzeć można teraz wystawę Where I Want To Go, w której Emin zestawiła swoje prace z obrazami Egona Schielego. Podczas wystawy dowiadujemy się, że Emin zafascynowała się Schielem już jako młoda dziewczyna, po tym jak odkryła, że okładka kultowego albumu Davida Bowiego pt. Heroes była zainspirowana autoportretami austriackiego artysty. Schiele przemówił do niej, ponieważ był malarzem czystej ekspresji. Jego portrety (i autoportrety) miały na celu ukazanie tego, co działo się w głowie modela. To bardzo szczególne, że nawet nacechowane silną seksualnością kobiece akty, które wyszły spod ręki tego malarza, nigdy nie przedstawiały kobiety jedynie jako przedmiotu męskiego pożądania – wręcz przeciwnie, modelki Schielego zachowują podmiotowość, są ważniejsze od podziwiającego je widza.

Emin, tak samo jak Schiele, tworzy liczne autoportrety. Są podobne do prac austriackiego artysty pod wieloma względami: pozornie niedbała kreska, skupienie na emocjach, badanie swojego wnętrza poprzez malowanie tego, co na zewnątrz, przywiązanie do cielesności. Również podobnie jak Schiele, Emin rysuje siebie samą podczas stosunków seksualnych lub masturbacji. Wystawa jest bardzo osobista, a artystka okrasiła ją komentarzami, w których odwołuje się do własnych przemyśleń i przeżyć. Z drugiej strony widzimy pewną intersubiektywność artystów, przeżywających sztukę w podobny sposób. Znowu: to, co najintymniejsze, staje się uniwersalne. Sto lat temu pewien młody mężczyzna w Austrii przeżywał podobne rzeczy, co dzisiaj pięćdziesięcioletnia kobieta z Wielkiej Brytanii. I z całą pewnością duża część widzów może powiedzieć, że oni też to przeżywają. Też oglądają siebie nagich w lustrze, wykrzywiają się do tego lustra, garbią się, też kochają, też pożądają, też lubią zaszyć się w samotności, aby dojść do porozumienia z własnymi emocjami (w jednej z sal znajduje się neon z hasłem „More solitude” - „Więcej samotności”). Na tym polega siła wszelkiej sztuki wynikającej ze szczerej ekspresji, czy będzie to malarstwo, czy muzyka lub literatura.Ekspresjonizm współczesny

Dodatkowo Emin zależało na zaprezentowaniu prac Schielego w nowym kontekście i w nowy sposób, tzn. dając każdemu obrazowi czy grafice miejsce, aby „oddychał”. Podczas konferencji prasowej zauważyła, że dotychczas widywała jego dzieła, jak wisiały jedno obok drugiego w ciasnych salkach i że przez to traciły swoją moc. Chciała, aby odwiedzający jej wystawę mogli przyjrzeć się każdemu z osobna i bardzo rzadko więcej niż jedno pojawia się na tej samej ścianie. To dowód, że współcześnie dobry artysta musi posiadać też intuicje kuratorskie. Bo rzeczywiście, portrety namalowane przez Schielego w tym nowym kontekście zyskują na ponadczasowości i przestają być tylko obrazami z epoki secesji oraz rodzącego się ekspresjonizmu.

Tutaj należy zaznaczyć, że Emin to malarka z dyplomem, ma ogromną wiedzę z zakresu historii i teorii sztuki, a także – jako pierwsza kobieta w historii – wykłada rysunek w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Londynie. Posługuje się wielością technik artystycznych: rysuje, rzeźbi, wyszywa, fotografuje, animuje i organizuje performance'y. Oprócz Schielego inspirują ją też tacy artyści jak Edvard Munch czy Yves Klein.

Jeśli zabiera głos w debacie publicznej, to zazwyczaj – jak możemy się już domyślić - z perspektywy bardzo osobistej. Tak było z jej monotypią Terribly Wrong, która podejmowała temat emocji, jakich doświadczyła artystka po dokonaniu aborcji. Dzięki odcięciu się od faktu, że jest to kontrowersyjny etycznie temat, udało jej się dotrzeć do wielu kobiet, które przeszły przez doświadczenie usunięcia ciąży. Krytycy zarzucają jej, że zamiast tworzyć sztukę, to po prostu opowiada o sobie na różne sposoby. Jednak czy sto lat temu modernistyczni twórcy nie robili dokładnie tego samego? Czy nawiązywanie do starych tradycji przy pomocy nowych metod musi być koniecznie czymś złym?

Tracey Emin może być niezrozumiała, ponieważ ucieka wielu schematom myślowym. Chociażby to, że przyznaje się do głosowania na torysów, podczas gdy stereotypowy artysta, zwłaszcza pośród tych wszczynających dialog o aborcji i przyjaźniących się z ikoną środowiska LGBT, jaką jest Boy George, powinien bronić lewicowych poglądów. Albo to, że wypowiada się otwarcie o problemach, jakie napotykają kobiety w świecie sztuki oraz przyznaje publicznie, że wybrała karierę zamiast rodziny, ale nie utożsamia się z ruchem feministycznym. No i przede wszystkim jej tradycjonalne podejście do sztuki może się dla niektórych odbiorców kłócić z umiejscawianiem w muzeum niepościelonego łóżka i brudnych majtek. Ale wystarczy zapoznać się z jej wypowiedziami, żeby zobaczyć, że to błyskotliwa kobieta o bardzo spójnym światopoglądzie, która ciężko zapracowała na swój sukces. I jako artystka rzeczywiście wkroczyła do szerokiej świadomości społeczeństwa: wystarczy zobaczyć tysiące zdjęć, które wyskakują na instagramie pod hasztagiem #traceyemin. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także

header_image

1913

31 grudnia 2013