muzyka
MAGAZYN KULTURALNY
01 listopada 2015

JUBILEUSZ BEZ CEREMONII I TRZY STAWY

OFF Festival od lat przyciąga głośne lub głośno zapowiadające się nazwiska światowej sceny muzyki alternatywnej. Katowickie Trzy Stawy przez trzy dni współtworzą eklektyczny zbiór wrażliwości. Bo właśnie eklektyzm i wrażliwość zdają się doskonale określać to, co niesie za sobą od dziesięciu lat ten wyjątkowo konsekwentnie realizowany pomysł na festiwal.

OFF Festival - materiały prasowe; www.off-festival.pl

Dekadę temu Artur Rojek wymyślił, przekonał kilku i zorganizował. Pierwsza edycja OFF Festivalu  była zaledwie szkicem tego, co w 2015 rok objawiło się w ceremonii dobrego gustu. Jubileuszowa edycja oprócz symbolicznej dziesiątki samą formą nie odbiegała mocno od poprzednich. Jedynie powtarzany przez niektórych dziennikarzy muzycznych podział na koncerty w ramach festiwalu i występ Patti Smith wydaje się być dość zaskakującą konstrukcją. Smith, jako tegoroczna gwiazda OFF-a od początku zapowiadała brak spójności. Znana ze swobodnego sięgania podczas swoich koncertów po różnego rodzaju środki artystycznego wyrazu zapowiadała zawieszenie panujących zasad. Tak też się stało.

Upalną niedzielę można było przeżyć dwojako. Albo Patti albo reszta. I nie jest to przesadna generalizacja. Choć niedzielne koncerty były wyjątkowo interesujące, to właśnie Amerykanka ściągnęła przed główną scenę większość festiwalowiczów. To właśnie tam zaczęła się ceremonia, mszalne moralizowanie i oczyszczenie. Koncert zamknięcia, festiwal skończony. Choć mogą się znaleźć tacy, którzy będą protestować, a widząc skaczące tłumy na Run The Jewels nie mam co do tego wątpliwości, to jednak można było odnieść wrażenie, że muzyczna ciągłość została przerwana. Po Patti chciało się przebywać z nieobecnymi.

Ale błędem by było w sentymentalnych wspominkach pominąć często znakomitych muzyków, którzy mieli zwyczajnego pecha. Szamańska siła Patti zagarnęła całą sobą niedzielny wieczór, ale nie oznacza to, że tego dnia występy Son Luxa czy The Julie Ruin nie wzbudziły entuzjazmu wśród publiczności. Równoległy koncert amerykańskiego producenta prezentującego orzeźwiającą elektronikę i Kathleen Hanna z feministyczną pięścią uniesioną ku niebu zdają się być znakomitym obrazkiem tego, czego można było doświadczyć przez trzy dni w Katowicach. Wesołość, beztroska, próba wyzwolenia ciała a społeczne postulaty, refleksja i ciężar słowa. Niekoniecznie te dwa sposoby opowiadania musiały się wykluczać.

Wiele można było przeczytać o ekstrawertycznym Sun Kil Moonie, rzetelnie oddającym realia lat 90. koncercie Ride, miejscami pompatycznej wariacji na temat muzyki z serialu Twin Peaks zespołu Xiu Xiu czy Gainsbourgu, który zawitał na scenie leśnej za sprawą Micka Harveya. Warto było ich posłuchać, ale nie oni wprowadzili niepokojący zamęt. Dean Blunt to człowiek, który podważył formułę koncertu. I chwała mu za to! O 2:30 na scenie eksperymentalnej tłumy. Muzycy zaczynają grać, Blunt  śpiewa. Ciemno i nic nie widać. Koncert „bez zespołu”, trochę jak na dyskotece, trochę jak w radiu. Początkowe zdziwienie z czasem zamienia się w słuchanie bez opamiętania. I nagle ostre, opresyjne światła skierowane w stronę publiczności. Trwa to przez kolejne dwadzieścia minut, muzycy grają dalej. Nie do zniesienia są te światła. Ludzie się krzywią, patrzą w podłogę, cierpią, a mimo to stoją i nie opuszczają namiotu. Z czasem intensywność reflektorów maleje, aż w końcu uwidacznia się cień samego Blunta. Chyba nie ma lepszego sposobu na budowanie swojej legendy. Muzycznie Blunt zaciekawi tych, który w latach 90. zasłuchiwali się Trickym. Ale to, co w nim najciekawsze, to świadoma kontestacja zasad na jakich funkcjonuje cały festiwal. Muzyk jest dla publiczności, mizdrzy się do niej, uśmiecha, wspomni między piosenkami, że Polska to piękny kraj. Dean Blunt odwraca się, ginie w ciemnościach, nie będzie nic o polskiej gościnności, a dodatkowo sprawdzi jej granice. Niezwykłe i hipnotyzujące równocześnie.

Wygranych tegorocznego OFF Festivalu jest wielu. Warto wspomnieć jeszcze o Sun Ra Arkestra,  Susanne Sundfør, Stevie Gunnie, Sunn O))), Songhoy Blues, Huun-Huur-Tu czy rodzimych Innercity Ensemble, Olo Walickim Kaszebe II, Jacku Sienkiewiczu, Małych Miastach, Enchanted Hunters, Pablopavo i Ludziki, Sonia Pisze Piosenki, Hańba!, Coals i Nagrobkach. Wychodzi na to, że wygranym jest cały festiwal i jego aura, która, trudna  do opisania, przyciąga rok rocznie tłumy ciekawskich. Organizatorzy dziesiątej już edycji OFF Festivalu nie silili się na jubileuszowe podsumowania. Całą swoją energię przeznaczyli na kolejne poszukiwania, za co z całego serca trzeba im podziękować.

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także