literatura
MAGAZYN KULTURALNY
27 października 2015

Szczepan z Pilchowic

To dość ryzykowny krok, żeby wydawać w wieku 36 lat książkę, która ma ledwie 270 stron i tytułować ją dziennikami. Szczepan Twardoch ryzyko podjął i nie wyszło to na dobre.

Od razu warto zaznaczyć, że książka nie jest pisana „na żywca”, czego po dziennikach raczej się oczekuje i co buduje wrażenie minimalnej autentyczności. Inaczej u Twardocha – pisarz wprost przyznaje w wywiadzie dla Onetu, że jego dzienniki powstały z wielokrotnie poprawianych notatek tak, by dało się je uznać za literaturę. Jeśli więc dziennik wymagał tak szeroko zakrojonych szlifów, to pojawia się pytanie, dlaczego efekt jest tak bardzo nieprzekonujący. Drugie pytanie dotyczy tego, dlaczego zdecydował się to upublicznić.

Próżno szukać tu spisanych inspiracji dla poprzednich książek czy zapisów dyskusji ważnych dla twórczości pisarza, czego można byłoby się spodziewać po książce reklamowanej jako „autoportret wielokrotny” Twardocha. Dzienniki zaczynają się w 2007 roku, czyli w czasie, gdy autor pisał jeszcze książki fantastyczno-historyczne i kokietował prawicowe środowisko. O tym okresie nie ma tu jednak szerszej refleksji poza jednym pragnieniem, wielokrotnie w dziennikach artykułowanym, żeby wreszcie odciąć się od wszelkich polskich sporów politycznych. To oznacza, że nie będzie tu śladu po sprawach związanych z krajem (nie pojawia się też komentarz do słynnego hasła rzuconego przez Twardocha Polsce), a obiektem zainteresowania jest sam pisarz. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie opisy zdarzeń, które naprawdę mogą interesować Twardocha i ewentualnie jego opisywanych przyjaciół. Nie ma w nich wiele z ciekawych obserwacji, ironia się chwieje i przechyla w stronę sentymentalnej melancholii.

To, co w tej książce gra, to dobór okładki pod treść. Pięknie wyglądający Twardoch z okładki opowiada swoje historie, w których przekonuje, że nie jest ani Polakiem, ani Ślązakiem, tylko pisarzem. To, co w tej książce uderza, to właśnie brak sproblematyzowania wątków, odcinanie się od możliwych sporów, a skupienie się jedynie na monotonnym powtarzaniu właśnie tych dementi. Twardoch, chcąc wejść w wymyśloną przez siebie w ten sposób rolę pisarza, omawia innych autorów, w tym Maraiego i Ciorana, jednak nie ma w tym świeżości ani odkrywczości. Odnosi się raczej wrażenie, że to bardzo studencka książka, pisana z pewną dozą, być może pozowanej, naiwności.

Być może szkoda, że książka się ukazała, zwłaszcza fanom „Morfiny” może być żal – nie będzie tu żadnego szerszego komentarza do niej, nie ma eksperymentowania z formą ani rozbudowanej refleksji nad tożsamością. Są za to wyprawy na Spitsbergen, kolacje z przyjaciółmi przy winie czy zajmowanie się dziećmi. I to też miałoby pewnie swój urok, gdyby nie siliło się na literackość, co ostatecznie prowadzi do jednego z najpoważniejszego grzechów literatury – pretensjonalności.

Szczepan Twardoch, Wieloryby i ćmy, Dzienniki 2007-2015

Wydawnictwo Literackie 2015

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także