literatura
MAGAZYN KULTURALNY
02 listopada 2015

Samotność jest częścią podróży

Na dziewięć lat zamieszkał w Japonii. Nie planował zostać tam tak długo. Rozmawiamy z Piotrem Milewskim - wędrowcem, pisarzem i fotografem. Autor bestsellerowej „Transsyberyjskiej” opowiada o swojej drugiej drugiej książce, „Dziennikach japońskich”.

Piotr Milewski, Dzienniki japońskie, Znak Litera Nova 2015

MAGAZYN: Ile pieniędzy miałeś ze sobą na początku podróży do Japonii?

Piotr Milewski: Pięćdziesiąt tysięcy jenów. Czyli na ówczesne czasy 1700 zł.

Co mogłeś za to nabyć?

Niewiele! Naprawdę niewiele! Mógłbym za to spędzić w Tokio w miarę komfortowych warunkach mniej więcej tydzień, może dwa.

A tobie na ile wystarczyło?

Na prawie trzy miesiące...

Na ile znałeś japoński, jadąc do Japonii?

Umiałem się przedstawić i policzyć do stu. Przed przyjazdem nauczyłem się też kilku zwrotów grzecznościowych typu: „dzień dobry”, „do widzenia”, „dziękuję”. Okazało się to wyjątkowo dobrym pomysłem. Japończycy są niezwykle wrażliwi na tego typu konwenanse.

Nie bałeś się, że to jednak za mało, by się dogadać?

Nie. Wtedy w ogóle o tym nie myślałem. Do Japonii jechałem wyposażony w całkiem niezły angielski, który – jak wówczas sądziłem – powinien wystarczyć, no i z myślą, że na pewno jakoś sobie poradzę. Rzeczywistość to zweryfikowała. Sytuacja szybko zmusiła mnie do mówienia po japońsku.

Podsumowując. Mając 1700 zł, nie znając języka, całkiem samotnie pojechałeś do Japonii. To chyba nierozważne...

Z perspektywy czasu tak to może wyglądać.

Gdyby coś nie wyszło, to kto by cię ratował?

Przywiozłem do Japonii notes z kilkoma adresami. Z jednym z nich wiąże się zabawna historia, bo zdobyłem go w dość niespodziewanych okolicznościach. W ramach zbierania pieniędzy na wyjazd postanowiłem oddać książki do antykwariatu mieszczącego się w podziemiu biblioteki publicznej w Opolu. Gdy prowadzący go mężczyzna – zresztą bardzo oryginalny człowiek – usłyszał, że jadę do Japonii, przekazał mi adres pewnej Opolanki, która mieszkała w Japonii. Odwiedziłem ją potem, choć obyło się bez prośby o pomoc. Ale ten notes był dla mnie niczym talizman schowany na czarną godzinę.

To całkiem roztropne sprzedać wszystko, by nie mieć do czego wracać.

Nie myślałem w kategoriach, że mogę nie wrócić.

Wróćmy jednak do samotności, o której mówiłeś.

Kiedy trafiamy do miejsca, w którym każdy ma swoją przestrzeń i codzienną rutynę, możemy poczuć, że jesteśmy jedynie przejściowym elementem i nie mamy praktycznie na nic wpływu.Czujemy się zwyczajnie obcy. Wprawdzie osoby, które spotykamy, są dla nas serdeczne, ale chwilę później muszą wrócić do swoich spraw i znajomych. A wtedy my zostajemy sami. Samotność jest częścią podróży i trzeba się z tym pogodzić. Zdarzało mi się w Japonii czuć samotnie. Ale dzięki temu, że miałem te kilka nazwisk w notesie udało mi się tę samotność pokonać. A Japończycy okazali się prawdziwymi przyjaciółmi. Nie mając w tym żadnego interesu, znajdowali dla mnie czas. Byli do tego w nienarzucający się sposób troskliwi. Jeden z nich dzwonił do wdowy, u której zatrzymałem się w Tokio, by upewnić się, że pojawiam się w mieszkaniu, a nawet, że robię zakupy w sklepie.

Chyba nie chcieli psuć konwencji samotnej podróży.

Myślę, że nie chcieli mnie stawiać w niezręcznej sytuacji, gdyż uważali, że nadmiar bezpośrednich pytań o to, jak się czuję mógłby postawić mnie w kłopotliwej sytuacji.

Opowiedz, jak wyglądały pierwsze dni w Japonii. Znalazłeś się wewnątrz wielkiego Tokio. Jak szukałeś drogi ucieczki od samotności?

Miałem szczęście, że trafiłem do małej dzielnicy, w której wszyscy się znali. Zacząłem od spacerów po najbliższej okolicy. Okazało się, że nieopodal mojej stancji znajduje się szkoła języka angielskiego. Trafiłem tam trzeciego dnia po przylocie. Zapukałem, wszedłem do środka i przedstawiłem się po angielsku. To miejsce pozwoliło mi szybko poznać wiele osób żyjących w okolicy. Gdy zaś poczułem się pewniej, zacząłem krążyć coraz dalej i dalej ku centrum miasta.

Czy ty miałeś potrzebę poznawania ludzi? Ta samotność wymuszała kontakt z innymi, czy to raczej przypadek?

Tak, bardzo chciałem poznać ludzi! Samotne przebywanie w wielkim mieście jest samotnością do kwadratu. Człowiek ma wtedy wielką potrzebę, by z kimś porozmawiać, lecz w anonimowej, zabieganej metropolii jest to bardzo trudne. Skorzystałem z tego, że moja dzielnica była naprawdę niewielka i siłą rzeczy rzucałem się w oczy. Wzbudzałem w jej mieszkańcach ciekawość. Z wzajemnością oczywiście!

W 1999 roku przyjechałeś z niewielkiego Opola do wielomilionowego, dynamicznego, gęsto zabudowanego Tokio. Jak odczułeś tę różnicę?

Zachłysnąłem się tempem życia, barwami, dźwiękami, zapachami. To była dynamika, jakiej wcześniej nie znałem. Dzień po dniu próbowałem zbudować sobie w głowie mapęTokio i po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że tak naprawdę nie istnieje jedno miasto. Pod tą nazwą kryje się konglomerat dawnych wiosek, które przez wieki rozrosły się, a granice między nimi rozmyły. Dziś wyglądają one z zewnątrz na całość, ale od wewnątrz widać, że nadal wiele je różni. Poznałem osoby, które nigdy nie wyjechały poza granice swojej dzielnicy, a mimo to były szczęśliwe i spełnione. Wkrótce zrozumiałem też, że tym, co spaja te dawne wioski jest kolej. Gdy to sobie uświadomiłem, udało mi się wreszcie ułożyć mapę tego miasta w głowie, no i przestałem się notorycznie w nim gubić.

Czym zapełniałeś czas wolny, miałeś go chyba całkiem dużo?

Marszami. Obserwacją. Rozmowami. Spotykałem wciąż nowe osoby i zadawałem im mnóstwo pytań. Bardzo ciekawiło mnie, co Japończycy myślą o sobie, o cesarzu, o roli kobiet, o historii, o świecie. Muszę przyznać, że niekiedy odpowiadanie na moje pytania sprawiało im dużo problemów. Wielu wyspiarzy unika zajmowania jednoznacznego stanowiska, w szczególności w sprawach dotyczących samej Japonii.

Kim były osoby, którym zadawałeś pytania?

To byli bardzo różni ludzie - studenci, urzędnicy, kierowcy i gospodynie domowe. Tym, co ich łączyło, oprócz obywatelstwa, była ciekawość odległego świata, z którego przybyłem. Ciekawość w bardzo pozytywnym sensie. No i ciekawość wzajemna. Oczywiście zdarzyło mi się spotkać kilku mądrali, którzy bardzo chcieli mi zaimponować, zapraszając mnie na wykwintne kolacje, na które mój wygłodzony żołądek zwykle źle reagował, ale to był margines. W zdecydowanej większości natykałem się na serdecznych i troskliwych ludzi.

Spotkania z nimi były przypadkowe?

W większości tak, o ile oczywiście wierzymy w przypadek. Zwykle zaczynały się one podobnie – od niezobowiązującej rozmowy, podczas której mój rozmówca zadawał mi pytania w bardzo delikatnej i nienarzucającej się formie. W ten sposób próbował się dowiedzieć o mnie możliwie wiele, by móc umieścić mnie gdzieś w hierarchii społecznej i ustalić właściwą formę dalszej rozmowy.

W Japonii niezwykle ważne jest, by dokładnie wiedzieć, z kim mamy do czynienia, gdyż w zależności od tego należy posługiwać się nieco innym językiem.

A jak ciebie jako obcokrajowca sytuowali?

Moja obcość, ze względu na to, że nie pasowałem do żadnej z szufladek, zwykle ułatwiała nawiązanie kontaktu, bo moi rozmówcy, nie ryzykując dużej wpadki, mogli porzucić ograniczenia i konwenanse. Z drugiej strony zdarzało się, że wspomniane trudności ze sklasyfikowaniem mnie paraliżowały ich. W takim przypadku rozmowa pozostawała na poziomie powierzchowności.

Kilka lat później miałeś szansę lepiej poznać Japończyków.

Tak, ale to była już zupełnie inna podróż. Jechałem w konkretnym celu, by poznać moich przyszłych teściów.

Jak w tej historii pojawiła się miłość?

To było bardzo nieoczekiwane. Dwa dni po powrocie z mojej pierwszej wizyty w Japonii, maszerując po Poznaniu, dostrzegłem niewiastę o azjatyckich rysach. A że mój umysł wciąż jeszcze funkcjonował bardziej w rytmie japońskim niż polskim (choćby ze względu na jetlag), po prostu ją zaczepiłem. Okazało się, że jest Japonką, która kilka dni wcześniej przyleciała do Polski. I tak to się zaczęło. Dlatego tak ostrożnie podchodzę do kwestii przypadku...

Po drugiej wizycie była jeszcze trzecia, dłuższa, której nie opisujesz.

Na dziewięć lat zamieszkałem w Japonii. Nie planowałem zostać tam tak długo. Myślałem, że wrócę po półtora roku, gdy dobiegnie końca moje stypendium naukowe, ale gdy to nastąpiło, poczułem, że nie chcę jeszcze wracać do kraju. No i zostałem. Rok pracowałem jako freelancer - robiłem zdjęcia, pisałem artykuły, tłumaczyłem, a kiedy później miał na świat przyjść mój syn, zrozumiałem, że mimo najszczerszych chęci w ten sposób nie jestem w stanie zapewnić bytu rodzinie.

Trafiłeś do korpo”.

To było duże przedsiębiorstwo rodzinne zatrudniające 600 osób. Panowały w nim zasady mniej sformalizowane niż w dużych japońskich korporacjach, a przy tym zupełnie dla mnie obce. W takiej firmie, przynajmniej w Japonii, stajemy się poniekąd członkami większej rodziny. Granice między życiem prywatnym a zawodowym są niejasne i zatarte. Oznacza to na przykład oczekiwanie otwartości w dzieleniu się tym, co prywatne. Było to dla mnie na początku kuszące, bo jako obserwator uczestniczący mogłem się dużo dowiedzieć o Japonii i Japończykach. Ale po kilku latach okazało się męczące i stało się jedną z przyczyn mojego powrotu. Potrzebowałem się od tego świata zdystansować. Chciałem odzyskać siebie jako jednostkę, która może decydować o tym, jak jej życie ma wyglądać, a nie członka zbiorowości, który składa w jej ręce swój los.

Udało się w Polsce?

Staram się, choć nie jest to proste.

Zostałeś pisarzem.

Opublikowałem dwie książki. Wszystko przede mną.

Piotr Milewski, Dzienniki japońskie. 

Zapiski z roku Królika i roku Konia

Wydawnictwo Znak Literanova 2015

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także