literatura
MAGAZYN KULTURALNY
10 listopada 2015

NIE CHODZI O TO, ŻEBY BYŁO ŁATWO

Powieści Jensa Lapidusa leżą na peryferiach tego, co rozumiemy pod pojęciem „kryminał”. W rozmowie z Magazynem szwedzki pisarz zdradza, dlaczego objął taką drogę oraz że w konstruowaniu fabuł jest właściwie... kiepski. Co innego z tworzeniem prawdziwych, wiarygodnych postaci!

fot. Anna-Lena Ahlström

MAGAZYN: Na fali popularności kryminałów skandynawskich pojawiło się też wiele powieści kryminalnych w Polsce. Słyszał Pan może o tym?

Jens Lapidus: Nie, nie słyszałem. To bardzo interesujące. Ludzie pytają mnie, czemu w Skandynawii pojawia się tyle powieści kryminalnych. To pewien paradoks, bo Skandynawia jest bardzo bezpieczna, nie ma tak dużo przemocy, a jednak w literaturze pojawia się tyle morderstw. Nie miałem pojęcia, że podobne zjawisko ma miejsce w Polsce. To bardzo interesujące.

Myśli pan, że te okropieństwa w szwedzkich książkach z tego właśnie wynikają? Że w rzeczywistości jest tak bezpiecznie?

Tak, to może być jedna z przyczyn. Dla kogoś, kto żyje w takim spokojnym społeczeństwie śmierć i morderstwo mogą być bardzo ekscytujące. Jeśli ktoś mieszka w Meksyku czy w Rosji, gdzie ludzie giną co minutę, to dla niego to nie będzie nic ciekawego. Po części chodzi o ten kontrast pomiędzy spokojną codziennością a ekscytującą literaturą. Ale też kryminał to taki gatunek, który pozwala wiele powiedzieć o społeczeństwie. Także wielu skandynawskich pisarzy używa historii kryminalnych, żeby coś w Szwecji skrytykować.

Zgadzam się, że poprzez kryminał można wiele powiedzieć o społeczeństwie. Czy operuje Pan tym świadomie?

Zacznijmy od tego, że moje książki odbiegają od tego, czym jest tradycyjny skandynawski kryminał. Ja nie czynię głównymi bohaterami policjantów śledczych. Ten gatunek ma dosyć sztywny format: morderstwo, detektyw, który się pojawia, żeby zbadać to morderstwo, a potem rozwiązanie zagadki morderstwa. Ja nie podążam za tym wzorcem, a to daje mi więcej wolności w opisywaniu społeczeństwa. Mogę to zrobić oczami zupełnie innego typu postaci. Większość głównych bohaterów to u mnie kryminaliści albo byli kryminaliści. Jak w VIP Roomie, gdzie główny bohater wychodzi po ośmiu latach z więzienia. I on postrzega to społeczeństwo zupełnie inaczej, niż by je postrzegał policjant. Więc tak, świadomie z tego korzystam. Ja chciałbym też opisywać te partie Szwecji czy Sztokholmu, które wcześniej umknęły literaturze. Jestem zainteresowany klasą wyższą, a nawet najwyższą oraz podziemiem, światem przestępczym. Niewielu pisarzy zna ten świat.

No właśnie, w Pana powieściach przecina się wiele różnych rzeczywistości. Która jest panu najbliższa?

Cóż, prawdopodobnie to podziemie, ponieważ jestem z zawodu adwokatem. Więc każdego dnia spotykam się z klientami, chodzę do sądu... A to jest bardzo szczególna arena, gdzie spotyka się ludzi, których nie spotkałoby się normalnie. Także pewnie o tym świecie wiem najwięcej.

Powiedział Pan kiedyś, że do pisania zainspirowała pana sytuacja w sądzie, kiedy oskarżeni powiedzieli, że oni nie za bardzo mieli wybór...

Tak. Rozprawa trwała kilka dni, chodziło o włamanie. Trzech młodych chłopaków dokonało pobicia, ukradli telefony, portfele, takie rzeczy. Wysłuchaliśmy obrony, świadków, ofiar, a na koniec rozprawy sędzina chciała się dowiedzieć, kim właściwie są ci chłopcy, żeby zdecydować, na jaką zasługują karę. Ta sędzina zawsze to robi, pyta: „Gdzie siebie widzisz za pięć lat?”. A ludzie zazwyczaj odpowiadają, że znajdą pracę, porzucą przestępczość, tak żeby pokazać się z najlepszej strony. Ale ci chłopcy wstali i zaczęli na nią krzyczeć. „Pani nic nie rozumie! Pani nie rozumie, że to jest nasze życie, że to jest dla nas codzienność, że z takiego pochodzimy świata”. Tego dnia wróciłem do domu i napisałem swój pierwszy kawałek fikcji, właśnie o włamaniu. Ale nie z perspektywy policji czy ofiar, tylko z perspektywy jednego z tych młodych... kryminalistów.

Czy czuł Pan może, że ma misję przekazania czegoś prawym obywatelom? Że zejście z drogi bezprawia nie jest takie proste?NIE CHODZI O TO, ŻEBY BYŁO ŁATWO

Tak, chyba tak, chociaż nie do końca świadomie. Raczej doszło to do mnie dopiero po jakimś czasie. Kiedy pisałem ten pierwszy fragment o włamaniu, to po prostu coś wewnątrz mnie kazało mi to zrobić, nie zastanawiałem się, dlaczego. Wiedziałem, że muszę to opisać z takiej, a nie innej perspektywy, w sposób, jaki wcześniej nie zaistniał w szwedzkiej literaturze. Dopiero potem stałem się bardziej świadomy, że to pewnego rodzaju misja.

Myśli Pan, że ci ludzie mają możliwość rzeczywiście porzucić przestępczość?

Wiem, że to możliwe, bo sam byłem tego świadkiem. Ale to bardzo, bardzo trudne. Widziałem też przypadki, że komuś się udawało, znajdował pracę, zakładał rodzinę, a po paru latach wracał do przestępczości. Coś się wydarzyło, może gwałtownie potrzebował pieniędzy, może miał problemy z żoną i nagle znowu zostawał kryminalistą. Ale widziałem takich, którym się naprawdę udało. Znam młodego faceta, który był członkiem mafii, spędził trzy lata w więzieniu, a po wyjściu poznał kobietę, mieli dziecko i do dzisiaj żyje normalnym życiem.

To optymistyczne! Bo Teddy, bohater VIP Roomu, po wyjściu z więzienia bardzo chce się odciąć od kryminalnej przeszłości, ale mu się nie udaje.

Chciałem w tej historii pokazać, że jak ktoś wychodzi po dziesięciu latach z więzienia, to nie zaczyna od zera. On zaczyna od minus stu. Nie ma pracy, nie ma prawa jazdy, ma mnóstwo mandatów do zapłacenia, nikt go nie zatrudni, bo na pytanie „A gdzie pan pracował przez ostatnich dziesięć lat?” odpowie „Cóż, byłem w więzieniu”, nie znajdzie sobie mieszkania, bo w Szwecji żeby wynająć mieszkanie, trzeba przedstawić zaświadczenie, że dostaje się stałą pensję. A zatem taki człowiek często musi udać się na czarny rynek, aby zorganizować sobie życie. Dlatego jest bardzo, bardzo łatwo wrócić na ścieżkę przestępczości.

Niby kraje skandynawskie mają taką opinię, że wszyscy mają tam równe szanse, a jednak Pana książki opisują nierówności.

Wielu zagranicznych dziennikarzy myśli, że przecież Szwecja to raj, i owszem, jest to dobrze zorganizowane społeczeństwo. Kiedyś udzielałem wywiadów w Moskwie i tamtejsi dziennikarze mówili: „No tak, piszesz sobie o gangsterach i mafiach w Szwecji, to takie słodkie! W porównaniu z tym, co mamy w Rosji, to przedszkole”. Więc tak, z jednej strony to rzeczywiście przedszkole, jest u nas dużo milej niż w większości miejsc na Ziemi. Z drugiej strony – Sztokholm jest jak każde duże miasto w Europie, z takimi samymi problemami. Mamy to samo, co wy tutaj. To samo, co w Londynie czy w Paryżu. Zorganizowaną przestępczość, narkotyki, prostytucję. I o tym piszę.

Pana bohaterowie zdają się mieć zawsze bardzo wiarygodne motywacje. Czy trudno jest Panu sobie wyobrazić, jak funkcjonuje umysł osoby z kryminalnego podziemia? Czy praca jakoś to ułatwia?

Jednym z moich głównych zadań jako adwokata jest przedstawienie przed sądem wersji wydarzeń według mojego klienta. Może on być oskarżony o pobicie, o przemoc, ale ja muszę wejść w jego głowę i przekazać, jak on postrzegał całą sytuację. Z pisaniem o ludziach jest właściwie tak samo. Trzeba wejść w kogoś i opisać świat z jego perspektywy. Bycie prawnikiem wymaga bycia lojalnym wobec klienta. Czasem stoję po stronie obrony, czasem po stronie oskarżyciela, ale zawsze pozostaję lojalny wobec klienta. Tak samo z pisaniem. Trzeba być lojalnym wobec każdej postaci i sposobu, w jaki ona widzi świat. W przeciwnym razie nikt mi nie uwierzy, to by była po prostu kiepska literatura. Poza tym te przestępstwa, o których ja piszę – porwania, przemyt narkotyków – są w Szwecji codziennością. W wielu innych skandynawskich kryminałach pojawiają się bardzo spektakularne morderstwa, które często łączą się z przeszłością, są efektem czegoś, co wydarzyło się np. dwadzieścia lat wcześniej. To się nigdy nie zdarza w rzeczywistości, to tylko w skandynawskich książkach. A ja piszę o tym, co naprawdę dzieje się na ulicach Sztokholmu i dlaczego to się dzieje.

Nie chcę wchodzić zbyt głęboko w politykę, ale temat uchodźców z Syrii i związanych z nimi komplikacji jest teraz na czasie w całej Europie, a w Pana książkach pojawia się wielu imigrantów. Chciałam zapytać, czy to jest wyraźny problem w Szwecji?

Nie, chyba nie jest to problem. Szwecja to bardzo liberalny kraj. Ale tak naprawdę wszystkie kraje europejskie stoją przed ogromnym wyzwaniem, żeby jakoś zintegrować tę falę uchodźców. W niektórych miejscach będzie to trudniejsze, w innych łatwiejsze. Była pani kiedyś w Sztokholmie?

Jeszcze nie.

Sztokholm jest mocno podzielony. Wewnętrzna część miasta jest niesamowicie piękna, a ludzie wyglądają bardzo... szwedzko, cokolwiek to znaczy. Ale pięć stacji metra na południe albo siedem na północ i świat zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Jest tam sporo imigrantów, a wręcz głównie imigranci. Także ogromnym problemem - nie tylko w Sztokholmie, ale w całej Europie - jest: jak zintegrować tych ludzi? Jak sprawić, żeby stali się częścią społeczeństwa? Bo jeśli nie staną się częścią społeczeństwa, to będą outsiderami... Szwedzi będą ich postrzegać jako outsiderów, a oni Szwedów jako obcych. Uważam, że to jedno z największych wyzwań współczesnej Europy. A ja piszę o imigrantach, bo piszę o prawdziwych ulicach Sztokholmu. Nie ma wątpliwości, że dla adwokata zajmującego się tym, co ja, większość klientów to będą imigranci albo dzieci imigrantów. Ale ja tego nie oceniam, nie próbuję wchodzić w politykę, po prostu piszę, jak jest.

Ależ ja wcale nie uważałam, że Pan jest oceniający. Raczej chciałam zapytać, czy w Szwecji rzeczywiście imigranci są często zmuszeni zostawać przestępcami.

Tak, są, to kwestia podziału klasowego. Wprowadzają się do dzielnic biedy, gdzie nikt dookoła nie mówi po szwedzku. Jeśli nie mają okazji nauczyć się języka, to trudno im będzie znaleźć pracę. I tak dalej. Ja w moim pisaniu nie próbuję mówić, jak być powinno, tylko chcę opisać, jak jest.

Chciałabym zapytać, jak wygląda Pański proces twórczy. Od czego Pan zaczyna konstruowanie fabuły?

Ja jestem bardzo słaby w konstruowaniu fabuł. Różni pisarze różnie się do tego zabierają, niektórzy budują bardzo szczegółową strukturę, zanim wezmą się do pisania, a inni – w tym ja – po prostu uwielbiają pisać. Za każdym razem próbuję zaplanować akcję książki przez kilka dni, ale potem się nudzę i zaczynam pisać. I tak piszę, i piszę, aż mam, powiedzmy, pięćset stron i nagle zdaję sobie sprawę, że ta fabuła nie do końca się skleja. Więc przepisuję, dopisuję, redukuję, i to trwa kolejne pół roku. I tak powstaje książka. Także to, co niektórzy robią na początku, ja robię na samym końcu. Nie wiem, czy to najbardziej efektywna metoda.

Rozumiem...

Jeszcze tylko dodam, że nie wszystko da się zaplanować. Kiedy zna się swoich bohaterów - ja znam moich bohaterów, są dla mnie jak przyjaciele – to nie wszystko można zaplanować. Załóżmy, że jakaś postać miała wyjść przez tamte drzwi, bo się zdenerwowała. Ale kiedy dochodzę do dwusetnej strony, to już znam tę postać na tyle, że wiem, że ona by tego nie zrobiła.

Wiem, sama piszę i też mi się to wiecznie zdarza.

Prawda? Tego nie da się przewidzieć. Powiem Pani tak: jeśli dla kogoś najważniejsza jest fabuła, to rzeczywiście powinien ją starannie zaplanować. Ale ja troszczę się przede wszystkim o stworzenie prawdziwych, wiarygodnych postaci. Trzeba zacząć pisać, żeby poczuć swoich bohaterów.

W Pana książkach występuje tych postaci naprawdę mnóstwo. Każda z nich jest wiarygodna, każda ma swoje motywy... Ale czemu jest ich aż tak wiele?

Moim celem nie jest sprawienie, żeby czytelnikowi było łatwo. Robię to, bo to rozrywka dla mnie i dla czytelników, no i pragnę opisywać prawdziwe historie. To kwestia jakości. Mogłoby być łatwo... Weźmiemy policjanta, szefa, który trochę się czepia, ofiarę, trzech świadków i trzech podejrzanych. Proszę bardzo, mamy klasyczny skandynawski kryminał, jest śledztwo, czytelnikowi jest łatwo. Bułka z masłem. Ja chcę wznieść się na wyższy poziom, chcę opisać prawdziwe życie. Przecież świat tak nie wygląda, wszędzie spotykamy mnóstwo ludzi, niektórzy mają wpływ na nasze życie, inni nie. Niektórzy mogą stać się częścią historii, a inni tylko tworzą atmosferę danego rozdziału, danej sceny. Zawsze było dużo postaci w moich książkach, bo ja tak chcę opowiadać. Nie chodzi mi o to, żeby było łatwo, tylko żeby było jak w życiu.

Bardzo słusznie. Czy lubi Pan wszystkich swoich bohaterów tak samo?

Nie lubię wszystkich tak samo, ale wszystkich lubię. Moja pierwsza trylogia zajęła mi siedem lat, potem postanowiłem napisać VIP Room. Bardzo trudno było się pożegnać z tamtymi postaciami, one były w mojej głowie każdego dnia przez siedem lat. Jak najlepsi przyjaciele! Właśnie, bo to jest jak z przyjaciółmi – czasem myślę o kimś: „Czemu to zrobiłeś, ale z ciebie idiota”, ale to wciąż przyjaciel. Moi bohaterowie też często głupio postępują, często czynią naprawdę złe rzeczy, ale ja ich znam, lubię, wciąż się przyjaźnimy.

Oglądałam Szybki cash i bardzo mi się ten film podobał. Chciałby Pan, żeby VIP Room też został zekranizowany?

Tak, jestem pewny, że VIP Room stanie się filmem albo serialem. Za parę tygodni w Szwecji ukaże się kolejna część, a potem pewnie zacznie powstawać ekranizacja... Ale ja najpierw muszę wiedzieć więcej o moich bohaterach.

Czy Pan się zaangażuje w tworzenie scenariusza?

Nie wydaje mi się, przy poprzednich filmach nie byłem. Ale wie Pani, jestem prawnikiem, sam sobie napisałem umowę. Zawarłem w niej, że jeśli film mi się nie spodoba, to nie będą mogli go nazwać Szybki cash i nie będą mogli posłużyć się nigdzie moim nazwiskiem. Dlatego też byłem zaangażowany w cały proces, twórcy filmu przesyłali mi fragmenty scenariusza, regularnie chodziłem na spotkania, gdzie zasięgali moich porad. Ale nie brałem udziału w samym pisaniu. To mi się podoba, bo ja przecież nie miałbym czasu pisać scenariusza. A oni wiedzieli, że skoro tyle czasu poświęciłem na stworzenie tych postaci, to głupotą byłoby nie zwracać się do mnie po rady. Ja przecież znam ich wszystkich najlepiej. Także mam nadzieję, że jeśli powstanie film albo serial, to na tej samej zasadzie. 

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345

Zobacz także