literatura
MAGAZYN KULTURALNY
04 listopada 2015

Lukier i sperma Europy

Dla fanów pióra Michaśki, który co najmniej od trzech ostatnich książek raczył czytelników raczej średniawymi quasi-kryminałami, najnowsza będzie nie lada zaskoczeniem.

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś, Wydawnictwo Znak Literanova 2015

Michała Witkowskiego nie trzymała się ostatnio dobra passa. Po raczej chłodno przyjętej książce pt. „Zbrodniarz i dziewczyna”, omijanych w obiegu literackim eksperymentach blogowych, skandalu wokół czapki z symbolem SS, w której Witkowski wystąpił na jednym z modowych pokazów i związanym  z tym poślizgiem wydania najnowszej publikacji, wreszcie - po półrocznym okresie spędzonym w poczekalni - nakładem Wydawnictwa Znak Literanova (tak, to imprint Znaku!), ukazała się powieść „Fynf und Cfancyś”. Dla fanów pióra Michaśki, który co najmniej od trzech ostatnich książek raczył czytelników raczej średniawymi quasi-kryminałami, najnowsza będzie nie lada zaskoczeniem. Pozytywnym. Bo „Fynf und Cfancyś” to jedna z najlepszych powieści pisarza.

Książka reklamowana jest jako powrót Witkowskiego do korzeni – tych znanych nam z „Lubiewa” – do estetyki dworcowych szaletów, męskiej prostytucji i świata marginesu, w ramach którego bohaterowie oscylują między nieznośną lekkością bytu konsumpcyjnej kultury Zachodu, a okrucieństwem, wynikającym z braku dostępu do niej. Powieść rozpisana jest przede wszystkim na przeplatające się historie dwóch nastolatków – „w czepku urodzonego” Polaka o pseudonimie „Funfundcfancyś” (nawiązującym do rozmiarów przyrodzenia) i Słowaka – Dianki, „Lejdi Di”, któremu choć Bozia nie poskąpiła urody, to jednak naznaczyła go losem pedalskiego odpowiednika Hioba. Nastolatkowie postanawiają zostać ekskluzywnymi prostytutkami lecz bynajmniej nie na własnym podwórku - ich celem jest świat zachodniego kapitalizmu, reprezentowany przez niemieckojęzyczne społeczeństwa. Bohaterowie snują się po Wiedniu, Mannheim, a przede wszystkim po Zurychu, będącym symbolem banków, korporacji i luksusu. Po krainie, gdzie hajs leży na chodniku. Przynajmniej teoretycznie. Oczywiście, Witkowski dokonuje tutaj przewartościowania pewnego wyobrażenia, jakie istnieje po stronie marzycieli z Europy Wschodniej. Tego, które możemy przywołać cofając się o dwadzieścia lat wstecz, bo to właśnie na lata dziewięćdziesiąte przypada akcja „Fynf und cfancyś”. Z tą wizją związana jest emigracja ekonomiczna.

W nowej powieści Witkowski spogląda na Europę z dwóch stron: z Wschodniej na Zachodnią, która w latach 90-tych dla mieszkańców post-komunistycznego bloku wschodniego jawi się jako kapitalistyczna utopia, kraina mlekiem i miodem płynąca, w której luksus jest na wyciągnięcie ręki bez względu na to, czy jesteś sprzątaczką, kolejarzem, czy bankierem. To spełnienie marzeń o socjalizmie, w ramach którego każdego stać na kosztowne produkty, gdzie dla everymana zarezerwowane są fatałaszki z drogich butików i zapachy Chanel. Znowuż spojrzenie Zachodu na doklejony do siebie Wschód, cechuje quasi-egalitaryzm, pod którym kryje się wyższość dyktowana przez pękające w szwach portfele, co uzurpuje prawo niemalże do wszystkiego: od tzw. „rzucania w mokre od szampana dziwki” po skrajny „chytrobabizm”, od świętobliwiego, mieszczańskiego „trzymania się za rączkę” po perwersje rodem z piwnicy Josefa Fritzla. W „Fynf und Cfancyś” Witkowski podaje krytyce zblazowanie starzejącego się Zachodu, którego społeczeństwo popadło w marazm ekskluzywnego konsumpcjonizmu.

Autor „Lubiewa” pokazuje także, że od lat 90. niewiele się w mentalności przedstawicieli obu bloków Europy zmieniło. W krajach wschodnich wciąż dobrze się ma neoliberalne marzenie „od zera do milionera”, „od przedszkola do Opola”, który łatwiejszy jest do zrealizowania po zachodniej stronie starego kontynentu. Mit o Zachodzie nie równa się jednak „american dream” - zachodnim kluczem jest „morgen arbajten”, czego potencjalna dorobkiewiczka, „lenywa żena” Dianka i tak nie zrozumie. Natomiast bardziej zdeterminowanemu Fynfundcfancysiowi uda się chociaż na chwilę złapać pana Boga za nogi – dosięgnie luksusu choć tylko w obrębie prostytucji, będąc tak czy inaczej społecznie zdeklasowanym i zależnym od ręki, która go karmi. Witkowski zderza dwie mentalności i właściwie za żadną się nie stawia. Pokazuje raczej, że wszędzie panuje „w jakimś sensie” ta sama egzystencjalna chujowizna, bez względu na to, czy podcierasz sobie tyłek nawilżającym papierem rumiankowym, czy szarą drachą z dworcowego szaletu.Lukier i sperma Europy

 Wydaje się jednak, że w „Fynf und cfancyś” Witkowski w ostateczności ocenia pozytywnie samą emigrację, która wprawia w ruch i proponuje kulturową wymianę. W końcu, gdyby nie prostytutki-emigrantki ze Wschodu, nie miałby kto podłechtywać ego zblazowanych, tetryczących dziadów Zachodu, a ich banknociki dusiłyby się w portfelach niczym sardynki w puszcze. Cóż, w końcu kapitalizm wyrósł na wyzysku w obrębie wymiany usług.

Cieszy fakt, że Witkowski wrócił do formy i wciąż potrafi zaskoczyć czytelnika czymś więcej, niż tylko przyjemną literaturą środka, gdzie konwencja literacka przedkładana jest nad przekaz. „Fynf und cfancyś” to intrygująca wizja współczesnej Europy w stanie kryzysu, której „uległość” Witkowski przedstawia w o wiele bardziej wywrotowy sposób, niż Michel Houellebecq.

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś

SERIA: PROZA PL

Wydawnictwo Znak Literanova 2015

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także