film
MAGAZYN KULTURALNY
06 listopada 2015

BOND BEZ KOŃCA

Nie oglądałem nieskończoną liczbę razy trailera nowego Bonda, zastanawiając się, do czego odnosiły się słowa wypowiedziane przez postać odgrywaną przez Christopha Waltza. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia pierwsze, bardzo pochlebne recenzje filmu w zagranicznej prasie. Nie zarywałem też nocy, żeby przypomnieć sobie wszystkie poprzednie części serii jeszcze przed premierą. I chyba dobrze zrobiłem, że nie nadmuchałem swojego balonika oczekiwań, bo „Spectre” mnie nie zawiodło, ale też specjalnie nie zachwyciło.

Spectre, reż. Sam Mendes - kadr z filmu

Zdecydowanie najbardziej spodobał mi się wyraźny powrót do niektórych elementów charakterystycznych dla filmów z Seanem Connerym czy Rogerem Moorem. Przede wszystkim Sam Mendes zaserwował nam o wiele więcej humoru będącego przecież jedną z wizytówek Jamesa Bonda, zanim zawładnął nim śmiertelnie poważny Daniel Craig. Wciąż jednak uśmiać można się niespecjalnie często i to raczej półgębkiem. Poza tym całkiem niezłe wrażenie robi scena otwierająca film, w której znajduje się wszystko, co niezbędne: piękna kobieta, ogromna liczba statystów w oszałamiających kostiumach, a przede wszystkim tocząca się w dobrym tempie akcja, w której nie brakuje wybuchów, twardej walki wręcz i podniebnych popisów kaskaderskich. Dodajmy do tego kryjówkę głównego schwarz-charaktera znajdującą się w pustynnym kraterze powstałym po upadku najstarszego znanego ludzkości meteorytu oraz kilka mniejszych motywów i motywików i mamy mieszankę zbliżoną do tej z klasycznych filmów serii o agencie 007.

Trzeba też przyznać, że „Spectre” stanowi wielką gratkę dla prawdziwych Bondomaniaków. Mendes co chwilę mruga do nich okiem, gdyż cały film aż kipi od nawiązań do wielu z poprzednich części – jest ich aż tyle, że nie będę nawet próbował ich tutaj wymieniać, zresztą zabrałbym tym samym część przyjemności z frajdy, którą daje ich odnajdywanie w trakcie seansu. Niestety owa przyjemność nie do końca równoważy lekki zawód, który przynosi schematyczna, bardzo przewidywalna i pełna klisz fabuła. Niewiele pomaga tutaj ostatecznie dość blade ostrzeżenie przed niebezpieczeństwami, z którymi musi zmierzyć się współczesna demokracja. Choć Mendes całkiem zgrabnie łączy i podsumowuje wątki z poprzednich filmów, to z tej fabularnej perspektywy film wypada słabo, szczególnie w porównaniu ze świetnym pod tym względem „Skyfall”. Mocno rozczarowuje przede wszystkim niemal zupełnie pozbawiona napięcia końcówka, która sprawia wrażenie, jakby twórcy nie do końca mieli na nią pomysł.

O Danielu Craigu zbyt dużo pisać nie trzeba - jest po prostu dobry. Przyzwyczaiłem się już do niego jako Bonda i dość ciężko będzie mi będzie się z nim pożegnać, a co gorsza zobaczyć w tej roli kogoś innego. Z powodu mało skomplikowanej, choć przecież bardzo ważnej roli niewykorzystany został niestety potencjał aktorski Christopha Waltza, nad czym, będąc jego wielkim fanem, bardzo ubolewam. Podobnie ma się rzecz z Monicą Bellucci, która została zaangażowana do „Spectre” chyba tylko w celach marketingowych - jej rola jest epizodyczna i fabularnie niemal zbędna. Dobrze prezentuje się natomiast Léa Seydoux, umiejętnie odgrywająca rolę silnej i niezależnej „dziewczyny Bonda”.

Tak więc balonik moich oczekiwań ani nie pękł, ani nie poszybował wysoko w przestworza. Mimo wyżej wymienionych zastrzeżeń seans „Spectre” to dobra, filmowa rozrywka – fani Jamesa Bonda na pewno będą doskonale bawić się wynajdywaniem często bardzo oczywistych nawiązań do poprzednich części serii, a pozostali widzowie nieraz odczują rozchodzący się po plecach dreszczyk emocji będący dla mnie najważniejszym wyznacznikiem dobrego kina akcji. 

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także