muzyka
MAGAZYN KULTURALNY
11 stycznia 2016

Najczarniejsza płyta minionego roku

Olivier St. Louis to artysta, który długo szukał swojej tożsamości. Jego EPka stanowi wulkan energii i szczerości w pigułce.

Urodził się w Waszyngtonie, ma kameruńsko-haitańskie korzenie, ale większość swojego życia spędził na Starym Kontynencie, a dokładniej w Wielkiej Brytanii. Miał zostać naukowcem, skończył nawet Oxford (!), ale miłość do muzyki okazała się większa. Z początku nie było jednak tak łatwo. Jako Olivier Daysoul eksperymentował trochę z elektroniką i hip hopem, grał koncerty z bardziej znanymi artystami i wspierał ich w stydyjnej pracy. Nie mógł jednak znaleźć drogi artystycznej, która wyraziłaby go w pełni. Okazało się jednak, że jest ona bliżej, niż się spodziewał. W pewnym momencie zagłębił się w swoje muzyczne korzenie i znalazł w nich dokładnie to, czego szukał. Zmienił pseudonim z Daysoul na swoje oryginalne nazwisko - St. Louis i zabrał się za nagrywanie debiutanckiego materiału. Tak powstało Black Music EP - najczarniejsza płyta minionego roku.

Wielu jednak może trochę pokręcić nosem i stwierdzić, że to wszystko to jeden wielki odgrzewany kotlet. W końcu czarne brzmienia, i to w tak klasycznym wydaniu, wszystkim się już osłuchały i nie są żadną nowością. Faktycznie, Olivier nie odkrywa na tej płycie Ameryki. Nie tworzy nawet dzieła na miarę swoich protoplastów. Jest jednak w tej muzyce coś, co momentalnie urzeka i przyciąga uwagę. To coś to V I B E,  który obecny jest w każdej sekundzie nagrania. Od prostych, perkusyjnych rytmów, przez opływające je zadziorne dźwięki gitary wzbogacone pulsującym basem, czasami trąbkami, klawiszami lub innymi przeszkadzajkami i co najważniejsze dopełnione miękkim, pełnym duszy i zarazem pewnym wokalem Oliviera. Tu wszystko gra i płynie jak należy. Ma być energetycznie? Jest energetycznie. Zmysłowo? Jest zmysłowo. A może trochę Hendrixowo? Voilà. Olivier zabiera nas w podróż do świata swoich inspiracji. Przeplata w nim rythym’n’blues z R&B, rockiem, funkiem i soulem w sposób tak naturalny i jednocześnie świadomy, że nie pozostaje nic innego, jak te cztery utwory zapętlić i dać się uwieść fantastycznym brzmieniom.

Ta EPka to wulkan energii i szczerości w pigułce. Pobudza wszystkie kończyny do niekontrolowanych pląsów i zostawia z bananem na twarzy przez długi czas. Na jesienno-zimową depresję jak najbardziej wskazana. Parafrazując refren ostatniego utworu: jestem dumny i czekam na więcej!

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także