film
MAGAZYN KULTURALNY
01 lutego 2016

PRZEBUDZENIE MOCY?

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, hollywoodzkie filmy przygodowe były tworzone o białych mężczyznach i przez białych mężczyzn.

Gwiezdne wojny, Epizod VII: Przebudzenie mocy, reż. JJ Abrams

Na szczęście w toku niedawnych „Gwiezdnych Wojen” doszło do przebudzenia mocy reprezentacji i równość zapanowała na wieki nad amerykańskim przemysłem filmowym. Tak przynajmniej można by wnioskować z setek artykułów wychwalających etniczną i genderową różnorodność obsady najnowszych „Gwiezdnych Wojen”. Czy nie jest jednak za wcześnie, żeby mówić o rewolucji? 

Postulat poszerzania granic reprezentacji wiąże się z przekonaniem o panujących w społeczeństwie nierównościach i uprzedzeniach (na tle majątkowym, rasowym, czy płciowym), które znajdują odzwierciedlenie w wytworach danej kultury. Skrajnym przykładem takiego odbicia byłyby komiksy z lat 40., w których Kapitan Ameryka przezywał japońskich żołnierzy „żółtymi małpami” i twierdził, że walka z nimi przypomina „krojenie żółtego sera”. Zazwyczaj jednak podziały społeczne przenikają do popkultury w bardziej subtelny sposób, przez co ich obecność jest dla odbiorców trudniejsza do wychwycenia. Weźmy na przykład tytułowego bohatera kultowego brytyjskiego serialu Doctor Who. Doktor jest kosmitą, który regeneruje się poprzez  wymianę swojego ciała na nowe. Na pierwszy rzut oka nie ma nic dziwnego w tym, że po każdej regeneracji Doktor okazuje się znów białym mężczyzną z nienagannym, brytyjskim akcentem. Z drugiej strony, skoro jest on kosmitą, którego tożsamość i umysłowość przekraczają granice ludzkiego poznania, to dlaczego po żadnej z dwunastu przemian Doktor nie ocknął się jako kobieta o indyjskim pochodzeniu lub jako czternastolatek z Bronxu?

Przykład Doktora Who świetnie ilustruje sposób, w jaki podziały i uprzedzenia społeczne przenikają do popkultury, „regenerując się” pod postacią kolejnych gier, książek, filmów i komiksów, na których od dziecka budujemy naszą tożsamość. Zwolenniczki i zwolennicy poszerzania reprezentacji postulują, aby mieć owe podprogowe treści w pamięci i starać się zamieniać je w bardziej tolerancyjny przekaz. Promując równościowe relacje pomiędzy bohaterami oraz przedstawiając różnorodny wachlarz postaci, popkultura może inspirować całe rzesze odbiorców do tworzenia bardziej otwartego i sprawiedliwego społeczeństwa. Aby jednak do tego doszło, konieczne jest przepisanie popkulturowych klisz na nowo, zgodnie z zasadami egalitarnej reprezentacji.

Najnowsze „Gwiezdne Wojny” nie tylko te postulaty realizują, ale wręcz stawiają je w centrum swojej fabuły. „Przebudzenie Mocy” to saga o Skywalkerach przepisana dla bardziej różnorodnego grona odbiorców. Kościec fabularny, zaczerpnięty z „Nowej Nadziei”, pozostaje w „Przebudzeniu Mocy” ten sam i cała energia twórców zostaje skierowana na przetwarzanie bohaterów. W roli osieroconego adepta mocy (niegdyś Luka Skywalkera) występuje teraz główna bohaterka, Rey. John Boyega, brytyjski aktor o nigeryjskich korzeniach, wciela się w postać Finna, nieposłusznego szturmowca, który pomaga w ucieczce przystojnemu i śmiałemu pilotowi Rebelii, granemu przez gwatemalczyka, Oscara Isaaca. Przygodom bohaterów towarzyszą także Harrison Ford i Carrie Fischer, którzy ponownie wcielą się w role Hana Solo i Lei Organy, aby udowodnić, że po sześćdziesiątce wciąż można ratować losy galaktyki. 

Pod względem konstrukcji i polityki tożsamościowej, siódma część „Gwiezdnych Wojen” znacznie bardziej przypomina twórczość fanowską niż poprzednie części sagi. Jednak pomiędzy „Przebudzeniem Mocy” a opowiadaniami fanowskimi istnieje jedna zasadnicza różnica: twórczość większości fanów jest w wolnym dostępie i nie przynosi im żadnych profitów, poza uznaniem w ramach własnej społeczności. Walt Disney Pictures zarobiło dwa miliardy dolarów z samej sprzedaży biletów na „Przebudzenie Mocy”. A przecież to wciąż zaledwie ułamek zysku wytwórni, która największe korzyści czerpie ze sprzedaży produktów dla fanów „Gwiezdnych Wojen”: książek, komiksów, figurek, zabawek, gier, modeli, strojów. Utowarowienie pasji i strategii twórczych fanów nie jest oczywiście w popkulturze niczym nowym. Niemniej, w tym miejscu wizja „Przebudzenia Mocy” jako nośnika emancypacyjnych treści zaczyna się rozpadać.PRZEBUDZENIE MOCY?

Polityka merchandisingowa Disneya tylko pogłębia ów rozkład. Rażący brak produktów poświęconych Rey, czyli głównej bohaterce filmu, znakomicie ujawnia seksizm kryjący się za strategią marketingową Disneya. Wytwórnia bała się, że zabawki z Rey nie będą się sprzedawać, ponieważ nie zainteresują małych chłopców. Po ostrym proteście fanów, figurki Rey wprowadzono, a Disney ogłosił, że scenariusz ósmej części zostanie przepisany, uwzględniając „zaskakujące” preferencje fanów.

„Gwiezdne Wojny”, podobnie jak inne filmy przygodowe, są wciąż tworzone przez białych mężczyzn, dla białych mężczyzn i o białych mężczyznach. Dopóki ta logika i stojące za nią nierówności nie zostaną zniesione, nie możemy mówić o żadnej rewolucji. Jednocześnie przemysł popkulturowy, jak każdy inny rynek, musi dostosowywać produkcję swoich towarów pod preferencje konsumentów. Jeśli fani będą długo i głośno żądać lepszej reprezentacji, w końcu zarząd jakiejś wytwórni podniesie głowy znad umów licencyjnych i na żądania fanów odpowie. Dlatego oglądając takie filmy jak „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy”, czy „Mad Max: na drodze gniewu”, cieszmy się z ich emancypacyjnego wydźwięku, ale nie łudźmy się, że jest on bezpośrednim wynikiem postulatów polityki tożsamościowej czy realnych zmian w strukturach społecznych nierówności. Parafrazując Hana Solo, moc reprezentacji tak po prostu nie działa.

ZAPRASZAMY DO POLEMIKI W KOMENTARZACH PONIŻEJ!

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12

Zobacz także