sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
07 marca 2016

Alicja w Krainie Geometrii

Co dzieje się między drugim a trzecim wymiarem? Basia Belami rozmawiała z Marcinem Kowalikiem. Lektura obowiązkowa przed pierwszą deframestracją w Warszawie. Grupa LASEM zawita do stolicy już 19 marca!

Marcin Kowalik, Powidok post-projekcji, akryl 110×110, 2012r.

Marcin Kowalik powitał mnie w swoim pięknym, starannie urządzonym mieszkaniu. Przy kuchennym stole spod słomianych czupryn wyglądały uśmiechnięte buzie dzieci, zupełnie niespeszone moją obecnością, nie mówiąc już o srebrnej kotce Myszce, która niczym koci węgorz prześlizgiwała się przez ręce. Na ścianach nie było prawie żadnych obrazów ani zdjęć.

Pierwszy rzut oka na obrazy Kowalika powoduje, że zachwycamy się kolorami. Królują tu mocne, wyraziste, niekiedy nawet jaskrawe barwy. Drugi rzut oka sprawia, że chcemy dotknąć płótna, by przekonać się, że to rzeczywiście farba i że to rzeczywiście płaska powierzchnia. Malarstwo Kowalika to efekt intelektualnej pracy i romantycznej „iskry bożej”. Każde dotknięcie pędzlem jest dokładnie przemyślane, chociaż powstaje w wyniku „szału twórczego”. 

BASIA BELAMI: Jak byś określił krótko swoją twórczość?

MARCIN KOWALIK: Od strony formalnej są to zderzenia geometrii z zagadnieniami koloru. Wprowadzam iluzję trójwymiarowych form, skontrastowanych z płaskimi dwuwymiarowymi figurami. Obie te rzeczy trudno zrobić (śmiech). To naprawdę trudne namalować zupełnie płaski obraz. Jakakolwiek akcja na płótnie zaraz robi przestrzeń. Równie trudno jest namalować dobrze coś trójwymiarowo tak, że chciałoby się tego dotknąć. A ja się tym bawię. Poza tym, powstają jeszcze elementy pomiędzy drugim a trzecim wymiarem. Kolory, których używam, zależą od mojego nastroju, oprócz tego mają oszukać widza. Zależy mi też na osiągnięciu tej najbardziej podstawowej sprawy w malarstwie – żeby stworzyć wrażenie świecenia, światła.

Od strony merytorycznej to stawianie sobie jakichś pytań i próba odpowiedzenia na nie w malarstwie. W naszej rzeczywistości, tej codzienności tu i teraz, ja nie mam nic ciekawego do powiedzenia (śmiech). Proza życia, dzieci... Natomiast wszystkie zagadnienia, które mnie ciekawią – filozoficzne, teoretyczne – wszystko rozwiązuję w malarstwie, tam się poruszam. To świat moich elementów, tam wolę to pokazywać. Lubię obserwować widzów, ich reakcje. Sam też jestem odbiorcą, więc część oddziaływania moich obrazów mogę przetestować na sobie. Długo uczyłem się tego obiektywnego patrzenia na dzieła – trzeba odsunąć to, co chciało się zrealizować, od tego, co powstało.

Bitwa pod San Romano wg. Paolo Uccello, akryl 130×200, 2013 r.

Udaje Ci się?

Myślę, że tak. Ale trzeba odróżnić tu dwie rzeczy. Jeżeli patrzyłbym tylko krytycznie na to, co robię, to w efekcie w ogóle przestałbym malować (śmiech). Mnie chodzi o to, że trzeba wyłączyć na chwilę to twórcze pragnienie i spojrzeć obiektywnie. No i patrzeć też na reakcje widzów, aby nie utonąć we własnym bełkocie.

Gdzie najczęściej tworzysz?

Maluję gdziekolwiek. Chodzi o to, żebym mógł się skoncentrować na tym, co chcę namalować, na relacji z obrazem. Podczas projektu z Grześkiem Pastuszakiem „Picture paint” robiliśmy duży obraz w środku miasta. Przechodzili ludzie, a ja nikogo nie widziałem, tylko malowałem. Alicja w Krainie Geometrii

Wenus w lustrze wg Diego Velazqueza, akryl 130×200, 2013 r.

Jestem w twoim domu, a jeszcze nie widziałam żadnego twojego obrazu.

Wiesz, jestem tu z dziećmi, z żoną, chcę się odseparować od pracy. Poza tym ja maluję obrazy ze swoich starych obrazów. Jak mam jeden obraz w domu to mam od razu dziesięć w głowie. Jest jeden, w salonie. Ale jak się siedzi przodem do telewizora, to go nie widać (śmiech).

Jak wygląda twój proces twórczy?

Jest kilka schematów. Czasem jest tak, że pomysł wpada mi do głowy, gdy jestem pod prysznicem. Wychodzę i już wiem, co mam namalować – widzę całościowo, jak obraz powinien wyglądać. A czasem widzę go cząstkowo, mam pomysł tylko na strukturę. Jak jest jakiś problem, to rozwiązanie często pojawia się dopiero na płótnie, albo już od początku wiem, jak coś zrobić. Zdarza się również, że widzę coś, maluję, ale to w ogóle nie wychodzi tak, jak trzeba. Wychodzą inne rzeczy, które mnie inspirują. Za każdym obrazem kryje się zupełnie inny proces twórczy. Ja się przyglądam temu, jak działam. Lubię być blisko tej „iskierki twórczej”, więc badam to zjawisko. Duża część mojej pracy to autoanaliza.

Twoje obrazy są bardzo precyzyjne. Rzadko posługujesz się miękkimi, płynnymi liniami. To są zawsze wystudiowane, przemyślane ruchy pędzlem.

Przed rozpoczęciem pracy nad obrazem robię szkice, nawet niedokładne. Po prostu sobie rysuję na kawałku papieru. To ma mi pomóc ułożyć wszystko w głowie. A precyzja jest – do ¼ milimetra (śmiech). Inaczej wszystko się zaburza, tworzą się dodatkowe problemy, aczkolwiek ta dokładność sama wychodzi. Projektowe myślenie jest u mnie bardzo ważne, ale jest to tylko jedna sprawa. Drugą jest widzenie impresyjne, z przymrużonymi oczami, całościowe. Także te dwa rodzaje myślenia i widzenia bez przerwy się przeplatają. Dzięki temu „impresyjnemu” patrzeniu mogę kontrolować te projektowe rzeczy, sprawdzać, czy to wychodzi tak, jakbym chciał. Kiedy np. stwarzam moduł, który ma się powtarzać, to mogę to matematycznie wyliczyć, opracować, a później, na płótnie – wychodzi jakaś struktura, przestrzeń wizualna. Oprócz tego, że kieruję się matematycznymi zasadami, które są moim punktem wyjścia, to jednak staram się odciąć od tego sposobu myślenia i patrzę, czy mi to pasuje – emocjonalnie, ciężarami, impresyjnie.

Jesteś twórcą, ale i odbiorcą.

Tak, ja nie tylko jestem malarzem, ale także widzem. Ostatnio robiłem sobie takie ćwiczenie – namalowałem jeden obraz, a po dwóch tygodniach drugi, który tworzyłem z symulacją świadomości, że minęło kilkanaście lat. Odłożyłem ten pierwszy i zapomniałem o nim. Chciałem pokazać to, jak zapamiętujemy jakiś obraz. Ja uważam, że dzieje się to dwojako. Można zapamiętać fotograficznie z powidokiem lub z „instrukcją obsługi” – tzn. trzeba zapamiętać wszystkie elementy z obrazu i mieć wiedzę, jak te elementy zostały złożone. Oba te sposoby zapamiętywania mogą się pomieszać. I robi się taki error... (śmiech). Aby tłumaczyć pewne zagadnienia z malarstwa, lubię opowiadać bardzo wiarygodne historie, które w rzeczywistości są zupełnie fałszywe. I to ćwiczenie było jedną z nich.

Jakie są efekty takiego ćwiczenia?

Mam zupełnie inny proces myślenia, inny sposób nakładania warstw w konstrukcji obrazu – jest  klarowniejszy. Efekt końcowy jest bardzo zbliżony do oryginału, ale widać, że jest on mimo wszystko dojrzalszy. Kolory są inaczej skonstruowane. Przy pierwowzorze musiałem przejść całą drogę – projektowanie w głowie, później malowanie na płótnie. Za drugim razem jest inna metoda pracy. Nie konstruuje już w ten sam sposób, ale zastanawiam się, jak zrobić zbliżony do tego. Nie chcę się jednak zanudzić, ale przy okazji chcę przeanalizować swoje działanie. Ten pierwszy proces to proces odkrywania, a drugi – odkrywania czegoś na nowo. Jednak wciąż próbuję przywoływać ten wcześniejszy proces myślenia.

Co z uniwersalnością dzieła? Sensem twojej pracy jest proces twórczy, poszukiwanie, czy końcowy etap? Jest w ogóle jakiś etap końcowy?

Jest nieskończona ilość interpretacji, więc rozumienie dzieła będzie wciąż żyło. Ja nie jestem człowiekiem ciągłym, podlegam niekończącym się zmianom. Nie ma żadnego punktu, który chciałbym osiągnąć. Moją twórczość mogę określić bardziej jako transcendentalną podróż. Maluję, jestem w jakimś świecie tematów, zagadnień; poruszam się w tym świecie, obserwuję, coś odkrywam. A po jakimś czasie wychodzę z tego świata i  dystansuje się do niego. Często dopiero wtedy mogę coś stworzyć.

Obraz ojca w kuchni – kościół w Szczebrzeszynie, akryl 60×100, 2012 r.

Jesteś jak taki demiurg, wielki architekt świata, który patrzy, czy to, co stworzył, jest dobre...

Raczej tak, „jakbym żył w kosmosie” i nagle się okazało, że jest dziesięć kosmosów i ja wychodzę poza swój i widzę je wszystkie. W danym obszarze badam jego elementy, zależności między nimi. Jak to wyeksploatuje, zmęczę się tym i mam wszystkiego dosyć, to nagle mam przebłysk i patrzę na to wszystko z boku. Patrzę na ten swój świat z innej perspektywy.

To ciekawe, że dosyć łatwo jest zobaczyć ciebie w twoich obrazach. To, jak się wyrażasz, jest spójne z tym, jak malujesz. To wszystko jest poukładane, systematyczne, przemyślane. Gdzie jest szaleństwo? Co się dzieje kiedy Alicja wpadnie w dziurę?

Tak jak mówiłem, jest ten pierwiastek twórczy. Gdybym tylko architektonicznie coś konstruował, to byłoby to martwe. Każda twórczość musi mieć element spontaniczności, jakiejś niewiadomej, musi się coś dziać przypadkowo. Ale jeżeli nie trzymasz tej przypadkowości w ryzach, czy jeżeli jej nie obserwujesz, nie korzystasz z niej, tylko za nią płyniesz, to bardzo łatwo się zagubić. No i zaczynasz wtedy chlastać farbą płótno (śmiech) i mówić „to jestem ja”! Dla mnie jest ważne, żeby mocno rozwijać ten chaos, ale też równie mocno wyjść na zewnątrz i obserwować, co tam się dzieje.  

Bardzo rzadko w twojej twórczości można znaleźć ludzką postać. W cyklu „Przestrzeń podróży” widać tylko szare figury, bez twarzy.  Wszystko bucha kolorem, jest symetryczne, geometryczne, a te postaci są szare, rozłamują ten świat. Ludzie nie pasują do twojego świata?

Czasem maluję ludzi, przez 10 lat tworzyłem bardziej realistyczne rzeczy... Namalowałem moją żonę, która jeszcze wtedy miała krótkie włosy. Ale w sumie człowiek mnie nie interesuje. Nie jest to moje założenie „nie maluję ludzi”.  Dla mnie jest to po prostu mniej interesujące. (chciałbym zdradzić sekret, że mój kolejny cykl będzie o człowieku)

Twoje obrazy przywołują na myśl twórczość Giorgio Chirico.

W jego pracach jest wiele patosu. Ja jestem pozytywny, nie interesują mnie takie tematy jak samotność człowieka, opuszczone miasta... (śmiech). Mnie interesuje sam obraz –  życie w obrazie, malowanie obrazu, malarstwo w malarstwie. Nie ciekawi mnie biologiczny, psychologiczny odbiór obrazu, a odbiór samego malarza. Mnie zajmuje to, co ja widzę w tym obrazie i co w nim zobaczę za jakiś czas, jak JA na to zareaguję i co z tej reakcji powstanie (śmiech). Skupiam się na obserwowaniu siebie jako malarza. Maluję obraz o tym, jak malowałem wcześniejszy obraz – powstaje z tego taki fraktal aktu twórczego. 

PIERWSZA DEFRAMESTRACJA W WARSZAWIE

TFH Koncept, ul. Szpitalna 8, godz. 20.00

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 1234

Zobacz także