literatura
MAGAZYN KULTURALNY
13 marca 2016

GŁÓD

Reportaż Martina Caparrósa jest porównywany do dzieł Trumana Capote czy Ryszarda Kapuścińskiego. Krytycy określają go mianem książki, która zmieni świat. Czy rzeczywiście tak będzie? To się okaże. Tymczasem polecamy lekturę obszernego fragmentu tym wszystkim, którzy są głodni tej lektury! Premiera 31 marca a już wkrótce wywiad z Martinem Caparrósem na naszych łamach.

materiały prasowe

Fragment rozdziału 3

Stany Zjednoczone

Przeobrażenie żywności w przedmiot spekulacji finansowych dokonało się dwadzieścia lat temu. Nikt jednak właściwie  tego nie zauważał aż do roku 2008. Wtedy właśnie wielka bankowość przeżyła coś, co wielu uznało za autentyczne trzęsienie ziemi: kryzys, który objął jednocześnie akcje, hipoteki, handel międzynarodowy. Wszystko się waliło, pieniądz nie miał się gdzie podziać, dokąd pójść. Po dniach niepewności wiele kapitałów schroniło się pod skrzydła instytucji, która wydawała się najbardziej przyjazna: Giełdy w Chicago i jej surowców. W roku 2003 inwestycje w produkty żywnościowe wynosiły około 13 mld dolarów; w 2008 osiągnęły wysokość 317 mld – to niemal 25 razy więcej pieniędzy, 25 razy większy popyt. Ceny oczywiście wystrzeliły w górę.

Analitycy, których nie można podejrzewać o lewicowość, szacowali, że ta ilość pieniędzy przewyższała obroty na światowym rynku żywności piętnastokrotnie – był to owoc czystej spekulacji. Rząd amerykański odprowadzał setki miliardów dolarów do banków, „aby ratować system finansowy” i spora część tych pieniędzy nie znajdywała lepszego celu inwestycji niż żywność – ta, którą jedli inni.

Teraz na Giełdzie w Chicago negocjuje się co roku ilość pszenicy równą pięćdziesięciokrotnej światowej produkcji. Powtarzam: tutaj każde ziarno kukurydzy, jakie się urodzi na świecie, jest kupowane i sprzedawane – nawet nie kupowane i sprzedawane; przeprowadza się tylko symulację – pięćdziesiąt razy. Inaczej to ujmując: spekulowanie pszenicą daje obroty pieniężne pięćdziesiąt razy większe niż wynosi wartość produkcji tego zboża.

Wielkim wynalazkiem  rynków jest fakt, że ten, kto chce coś sprzedać, nie musi tego posiadać. Więcej: byłoby czymś dziwnym sprzedawać to, co się posiada. Sprzedaje się obietnice, umowy, nieścisłości zapisane na ekranach komputera. I ci, którzy umieją zarabiają, na tym ćwiczeniu z fikcji, fortuny.

Ci zaś, którzy nie umieją, zatrudniają programistów. Ponad połowa pieniędzy, jakimi operują giełdy w bogatym świecie, przechodzi przez HFT – High Frequency Trading – najbardziej ekstremalną formę spekulacji algorytmicznej czy zautomatyzowanej. To bardzo wymyślna nazwa dla czegoś absolutnie prostego: superkomputery realizują miliony operacji trwających sekundy albo tysięczne części sekundy – kupują, sprzedają, kupują, sprzedają, kupują, sprzedają bez przerwy, wykorzystując minimalne różnice w notowaniach, które, przy takich ilościach, zamieniają się w góry pieniędzy. Są to urządzenia działające dużo szybciej niż jakikolwiek człowiek, autonomiczne względem ludzi. Aż trudno uwierzyć, że właściciele pieniędzy powierzają takie sumy w ręce – nazwijmy to rękami – maszyn, które mogłyby się pomylić, a pomyłka ta kosztowałaby majątek. Że mają takie zaufanie do techniki, albo że są tak zachłanni.

HFT to spekulacja w czystej postaci – machina, która służy  tylko temu, żeby za pomocą pieniędzy pozyskiwać więcej pieniędzy. Operacji tych dokonuje nie wiadomo kto, na podstawie umów, które nie mają być zrealizowane, dotyczących towarów, których nikt nigdy nie będzie oglądał: kupno i sprzedaż nicości, w ciągu paru sekund, czysty rynek, bez domieszki jakiejkolwiek realności. Pieniądze na pieniądzach, dym kreujący ogień, najbardziej dochodowa fikcja.GŁÓD

Machina rozpędzona była do tysiąca kilometrów na godzinę. Tamtego dnia, 6 kwietnia 2008 roku, tona pszenicy osiągnęła cenę 440 dolarów. To było nie do uwierzenia: zaledwie pięć lat wcześniej kosztowała trzy razy mniej, w okolicach 125 dolarów. Zboża, przez przeszło dwie dekady utrzymujące stałą wartość nominalną, a zatem mające coraz niższe ceny, w roku 2006 zaczęły iść w górę, a w pierwszych miesiącach roku 2007 wzrost cen stał się niepowstrzymany. W maju cena pszenicy przekroczyła 200 dolarów za tonę, w sierpniu 300, w styczniu 400. To samo dotyczyło pozostałych zbóż.

Jak mówią handlowcy, rynek produktów żywnościowych odznacza się „małą elastycznością”. Jest to pewna forma stwierdzenia, że niech się dzieje, co chce, popyt się specjalnie nie zmieni: jeśli ceny bardzo wzrosną, ludzie mogą odłożyć na później kupno samochodu czy butów, ale niewielu zgodzi się na odłożenie kupna obiadu. Inaczej mówiąc: nawet jeśli ceny wzrosną, wszyscy, którzy będą mogli, zapłacą – a którzy nie będą mogli, znajdą się w nader przykrym położeniu.

Wzrost nie był oczywiście spowodowany jednym tylko czynnikiem. Jedną z przyczyn był niesłychany wzrost cen ropy naftowej, która w tamtych kwietniowych dniach osiągnęła poziom 130 dolarów za baryłkę, dwa razy więcej niż rok wcześniej. Ropa naftowa jest tak ważna dla produkcji rolnej, że pewien angielski komentator polityczny, John N. Gray, stwierdził niedawno: „Intensywna produkcja rolna polega na pozyskiwaniu żywności z ropy naftowej”. Miał na myśli między innymi słynne obliczenie, według którego wyprodukowanie jednej kalorii żywności kosztuje siedem kalorii paliwa kopalnego.

Cena ropy naftowej w rozmaity sposób wpływa na cenę żywności. Najpierw dlatego, że wpływa na cenę wszystkiego: energia jest krwią potrzebną do funkcjonowania globalnego organizmu – jak to ujął jakiś czas temu pewien wielki kapitalista o zapędach literackich – i jej cena jest ceną każdego towaru. A poza tym dlatego, że w kosztach wytwarzania żywności mamy znaczny udział paliwa: w produkcji – gdzie wykorzystuje się maszyny rolnicze, a większość nawozów i pestycydów zawiera pewną postać ropy – w transporcie, przechowywaniu, dystrybucji. Na dodatek wzrost cen ropy podniósł znaczenie słynnych biopaliw.

Na początku nazwano je biopaliwami. Ostatnio środowiska nastawione krytycznie podkreślają, że prefiks „bio-” nadaje im godność ekologiczną, na jaką nie zasługują, i proponują nazwę: paliwa rolne. W języku poprawnym politycznie określenie „rolny” nie ma chyba takiej marki jak „bio”. Są jednak ludzie gotowi płacić słono za zapewnienie tym paliwom dobrej prasy. W roku 2000 wyprodukowano na świecie 17 miliardów litrów etanolu, w 2013 pięć razy więcej, 85 miliardów. Dziewięć z każdych dziesięciu litrów zostało zużytych w Stanach Zjednoczonych i w Brazylii.

Etanol należy do najstarszych produktów rolnych i najczęściej wykorzystywanych. Przez 10 tysięcy lat służył przede wszystkim do upijania się. W latach trzydziestych  ubiegłego wieku Brazylia, która nie miała jeszcze ropy, zaczęła destylować go z trzciny cukrowej i stosować, po zmieszaniu z benzyną, do napędu samochodów. Po zakończeniu drugiej wojny światowej ropa naftowa stała się tak tania, że etanol poszedł właściwie w zapomnienie. W latach siedemdziesiątych, podczas kryzysu surowcowego, Brazylia wróciła do tej idei, a wkrótce później Stany Zjednoczone, mając dosyć kupowania ropy od swoich wrogów – albo, co jeszcze gorsze, od niektórych przyjaciół – postanowiły pójść w jej ślady.

Fakt, że Stany Zjednoczone mają problemy w związku z uzależnieniem się od ropy, jest osobliwym paradoksem. Na początku XX wieku  walka o globalną gospodarkę toczyła się między angielskim węglem z jednej strony a amerykańską ropą z drugiej. Amerykanie zdołali narzucić światu ropę jako energię hegemoniczną – przede wszystkim dlatego, że mieli władzę i mogli wiele. Teraz zaś ich ropa nie zaspokaja jednej trzeciej ich potrzeb, tak że muszą ją importować z krajów nastawionych zdecydowanie wrogo, albo raczej wrogo, albo potencjalnie wrogich, a w tym celu utrzymywać te kraje pod kontrolą przy pomocy sił wojskowych, co wiąże się z ogromnymi wydatkami. Stany Zjednoczone wciąż wydają 40 procent z 1,58 biliarda dolarów, jakie świat topi w wydatkach na cele wojskowe. Dlatego produkcja paliwa własnymi środkami stanowi dla nich priorytet geopolityczny.

To kolejny sposób wykorzystywania produktów żywnościowych do innych celów niż jedzenie.

I znakomity interes dla wielu.

Biopaliwo jest przedostatnią odpowiedzią na nadprodukcję zbóż stanowiącą od kilku dekad problem rolnictwa amerykańskiego. W ciągu ostatniego półwiecza techniki agrarne rozwinęły się jak nigdy dotąd, subsydia dla rolników znacznie wzrosły, a gospodarstwa osiągnęły niesłychaną wydajność: rolnicy nie wiedzieli, co począć z całą tą kukurydzą, całą pszenicą. W drugiej połowie XX wieku Stany Zjednoczone stanęły wobec problemu niemal nieznanego w historii: problemu nadprodukcji żywności. Wydaje się żartem, że taki jest problem największego producenta żywności – w świecie, w którym żywności brakuje.

Nadprodukcja przyniosła między innymi  taki skutek, że przez dłuższy czas ceny żywności utrzymywały się na bardzo niskim poziomie. Najpierw nadwyżka została wykorzystana w sposób polityczny: pod płaszczykiem pomocy wyeksportowano wielkie ilości zboża. Jeszcze będziemy mówić o programie Food for Peace.

Inną odpowiedzią było wykorzystanie zboża do karmienia zwierząt: w USA krowy, świnie i kurczaki wciąż zjadają 70 procent zboża. Konsumpcja mięsa wzrosła do niespotykanego poziomu.

Pojawiły się też inne sposoby wykorzystania zbóż: syropy kukurydziane – ważny środek słodzący w przemyśle spożywczym – detergenty, tekstylia, a ostatnio biopaliwa.

Etanol amerykański produkowany jest z kukurydzy, jednej z głównych upraw tego kraju. Stany Zjednoczone produkują 35 procent  kukurydzy na świecie, ponad 350 mln ton rocznie. Prawo federalne, Renewable Fuel Standard, stanowi, że 40 procent zasobów tego zboża musi być wykorzystywane do tankowania samochodów. To prawie jedna szósta światowego zużycia – spożycia – jednego z najczęściej konsumowanych produktów na świecie. Mając 170 kg kukurydzy, potrzebnych, by napełnić bak etanolem 85, dziecko w Zambii, Meksyku czy Bangladeszu mogłoby przeżyć cały rok. A każdego roku napełnianych jest prawie 900 mln baków.

Podsumujmy: kukurydzy przeznaczanej na  biopaliwa, na którym jeżdżą samochody amerykańskie, wystarczyłoby po pół kilograma dziennie dla każdego głodujący na świecie.

Jean Ziegler, z typowym dla siebie sarkazmem, mówi, że „biopaliwa są zbrodnią przeciwko ludzkości”.

Rząd amerykański nie tylko zmusza do wykorzystywania kukurydzy jako napędu samochodów; ponadto tym, którzy to robią, przyznaje miliardowe subsydia. Oto wyraźny sposób rozdziału dóbr: rząd zbiera podatki od wszystkich, po czym przekazuje pieniądze sektorom, które są dostatecznie silne, żeby wywierać na niego presję. Lobby rolników amerykańskich jest silne z różnych powodów, między innymi dlatego, że stany rolnicze, słabo zaludnione, mają tyle samo, po dwóch, senatorów co Nowy Jork czy Kalifornia.

Ale to nie jest racja, na którą można by się powoływać. Prawa i rozporządzenia o subwencji etanolu nawiązują  naturalnie do haseł  „niezależności energetycznej” i „walki ze zmianami klimatycznymi”. Niemniej ślad węgla w paliwach jest bardziej odczuwalny: Frédéric Lemaître mówi w książce Demain la faim!, że etanol produkowany z kukurydzy zmniejsza emisję dwutlenku węgla w samochodach tylko o 10 do 20 procent,  i że jeśli policzyć ilość dwutlenku węgla pochodzącą z traktorów, dodając do tego potrzebne do produkcji i kukurydzy nawozy i pestycydy oraz zużywaną przy transporcie energię elektryczną, bilans ekologiczny okazuje się negatywny.

Mówi też, że wzrost popytu na kukurydzę do etanolu spowodował znaczną podwyżkę – nikt nie określi tego w procentach – cen żywności. Oto przykład: wielu farmerów z amerykańskiego środkowego Zachodu zarzuciło uprawę białej kukurydzy, sprzedawanej między innymi do Meksyku, przestawiając się na żółtą, używaną do produkcji etanolu. Ceny mąki w Meksyku wzrosły wówczas dwu- a nawet trzykrotnie i wielu ludzi wyszło na ulicę. Nazwano  te rozruchy zamieszkami tortillowymi, tortilla riots.

W Gwatemali ludzie nie zbuntowali się. W Gwatemali połowa dzieci jest niedożywionych. Przed dwudziestu laty Gwatemala produkowała prawie całą konsumowaną przez siebie kukurydzę. W latach dziewięćdziesiątych  zaczęły jednak  docierać nadwyżki amerykańskie, śmiesznie tanie, dzięki otrzymywanym w kraju subsydiom; miejscowi rolnicy nie mogli z tą kukurydzą konkurować ceną. W ciągu dekady produkcja lokalna zmniejszyła się o jedną trzecią.

W tamtym okresie wielu chłopów musiało sprzedać swoją ziemię firmom, które teraz sadzą palmy, by otrzymywać z nich olej i etanol, oraz trzcinę na cukier i etanol. Ci, którym udało się utrzymać ziemię, napotykali coraz większe trudności: nakłaniano ich pod groźbą użycia broni, by sprzedawali pola, właściciele pól wymawiali im dzierżawę i podejmowali współpracę z wielkimi kompaniami, rozległe plantacje zabierały wodę albo zatruwały ją chemikaliami.

W ciągu kolejnych lat problem zaostrzył się. Amerykanie zaczęli wykorzystywać swoją kukurydzę do produkcji etanolu, ceny podniosły się, potem wzrosły jeszcze bardziej w związku ze znacznymi podwyżkami poprzedzającymi kryzys 2008 roku. Teraz w barze gwatemalskim za jednego quetzala – 15 centów dolara – można kupić cztery  tortille; przed pięcioma laty kupowało się osiem, zaś cena jajek wzrosła trzykrotnie, ponieważ kury też jedzą kukurydzę.

To tylko przykłady.

Nie sądzę jednak, aby ktoś chciał komuś naumyślnie szkodzić.

To nie jest tak, że władze, lobby, producenci żywności w Stanach chcą, aby dzieci gwatemalskie głodowały. Oni pragną jedynie poprawić sprzedaż i uzyskać wyższe ceny, uniezależnić się od ropy naftowej, zadbać o środowisko naturalne, to zaś powoduje określone skutki uboczne. Tak się dzieje, i cóż na to poradzić.

Shit happens.

Wykorzystanie ziarna do produkcji paliw jeszcze bardziej wiąże ceny produktów rolnych z cenami ropy: jeśli wzrasta cena benzyny, wzrasta i etanolu, a z nim kukurydzy. Od tej pory konflikty geopolityczne, które zazwyczaj odbijały się na cenie ropy, będą w sposób o wiele bardziej bezpośredni wpływać na ceny żywności.

(W roku 2012 Komisja Europejska uznała niektóre z tych argumentów. Kilka lat wcześniej przyjęła założenie, że przed rokiem 2020 wszystkie środki transportu na kontynencie powinny w 10 procentach  wykorzystywać biopaliwo. Wobec krytyki organizacji pozarządowych oraz partii, zarzucających jej odbieranie pożywienia ubogim, ustaliła, że połowa tego paliwa ma pochodzić z drewna, paszy roślinnej, odpadów rolniczych, słomy, wodorostów – czegoś, co nie może stanowić pożywienia.

Od połowy ubiegłej dekady wielką nadzieją białych była „druga generacja biopaliw”, produkowanych z roślin niejadalnych; miało to spowodować obniżenie cen zboża i rozwiązać konflikt między kierowcami a konsumentami. Zakładano, że technologia produkcji będzie w tym przypadku bardziej skomplikowana i droższa, ale uznano, że warto. W ostatnim kwartale 2007 roku światowe nakłady na rozwój tych produktów osiągnęły sumę 7,6 biliona dolarów. Zaangażowały się w to nawet wielkie przedsiębiorstwa naftowe jak BP czy Shell. Wysiłki nie przyniosły spodziewanych rezultatów. W pierwszym kwartale  2013 roku nakłady spadły do 57 milionów, niewiele ponad zero.

Wydaje się czymś przerażającym, że produkcja roślin przeznaczonych dla transportu rywalizuje z produkcją roślin dla spożycia – i chyba rzeczywiście jest to przerażające. Zawsze tak było. Przez tysiąclecia wiele ziemi wykorzystywano z myślą o nakarmieniu zwierząt jucznych i wierzchowych. Jeszcze na początku XX wieku Stany Zjednoczone przeznaczały jedną czwartą swojej ziemi uprawnej na wykarmienie koni. Dopiero w ciągu ostatnich stu lat, wraz z masowym użyciem ropy naftowej, produkcja rolna mogła się niemal całkowicie skupić na żywności – i to był prawdopodobnie jeden z powodów spadku jej cen. Teraz, wydaje się, okres ten jest zamknięty i pewne sprawy wracają do poprzedniego stanu).

Martin Caparrós, GŁÓD (El Hambre)

Tłumaczenie: Marta Szafrańska-Brandt

Wydawnictwo Literackie 2016

Premera: 31 marca

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 12345
To jest artykuł z serii CZYTELNIA MAGAZYNU

Zobacz także