literatura
MAGAZYN KULTURALNY
20 marca 2016

Listy Tove Jansson

Trudno jest wybrać jeden list z bogatej korespondencji Tove Jansson. Za rekomendacją tłumaczki Justyny Czechowskiej, polecamy Wam na dobry początek część listów do rodziny z 1939 roku. Rzym i sztuka Renesansu kusiły przyszłą Mamę Muminków.

Tove Jansson, fot. Per Olov Jansson

Włochy 1939

Wiosną 1939 roku Tove Jansson wyruszyła w  swoją drugą dłuższą podróż za granicę, do Włoch. Rzym i sztuka renesansu kusiły. Zbliżała się wojna, nie było czasu do stracenia. W połowie kwietnia malarka wsiadła na statek do Tallina, stamtąd przez Berlin i Monachium pojechała do Werony, gdzie dotarła 18 kwietnia. Wybrała się także na krótką wycieczkę do Lago di Garda, a potem wyruszyła w trasę Wenecja – Padwa – Florencja – Asyż – Rzym – Neapol – Pompeje – Neapol – Paestum – Amalfi – Positano – Capri – Neapol – Rzym (tu przyleciała) – Orvieto – Siena – San Gimignano – Piza – Forte dei Marmi. W Rzymie zatrzymała się na ponad trzy tygodnie (bawiła tam od 5 maja do 1 czerwca), poza tym wciąż podróżowała. Pod koniec czerwca wyjechała do Paryża, gdzie została na kolejne dwa tygodnie. 17 lipca rozpoczęła podróż powrotną do domu przez Kolonię, Berlin i Szczecin. Do rodziny, która rezydowała w domu letnim na Pellinkach, wróciła 22 lipca.

Podobnie jak wcześniej Tove Jansson często i dużo pisała do najbliższych. Dokumentowała podróż, opisując otoczenie i pejzaże, ludzi i sztukę. Listy adresowała na zmianę do rzeźbiarza Viktora Janssona i artystki Signe Hammarsten Jansson, ale zawsze, z kilkoma wyjątkami, zwracała się do całej rodziny. Listy charakteryzują się niespiesznością, ciekawością i otwartością, ich młoda autorka zdawała się nie lękać jakichkolwiek wyzwań. Oburzało ją, że samotnej kobiecie nie pozwalano się swobodnie przemieszczać, ale najważniejsze było to, że ona sama mogła podróżować według własnych planów i z małym bagażem. 

***

26 kwietnia - 39. Firenze

Kochani wszyscy!

Zdaje się, że często piszę listy, ale chciałabym mieć Was przy sobie cały czas, w każdym mieście. Poza tym nie piszę teraz, jak kiedyś, do różnych innych ludzi. Nie wiem, jak we właściwy sposób nazwać to uczucie radosnego uwolnienia, które ogarnęło mnie tu, we Włoszech, uwolnienia od koncentracji na sobie, poczucia winy, no, nie wiem, czego poza tym. Jeszcze jedna podróż kiedyś – być może, a przygniatająca „nagonka bedekerowa” całkiem mnie opuści. To wielka sztuka podróżować we właściwy sposób, nauczę się jej. Nie pędzić ku wszystkiemu, co „trzeba zobaczyć”, aż człowiek robi się jak namoknięta gąbka, którą zaraz potem trzeba wycisnąć ze zmęczenia, przepełnienia, aż w końcu pozostaje tylko niechęć i pustka. Chodzi mi o to, żeby np. w kościele nie chodzić systematycznie wzdłuż ścian, rzucając spojrzenie na każdą płaskorzeźbę, Madonnę czy krzyż, a potem na świeżym powietrzu nie pamiętać już nic, tylko postawić X przy kolejnej „zobaczonej chiesie”, ale by przystanąć tam, gdzie jest najpiękniej, i wdychać atmosferę, charakter kościoła i otoczenie – albo w muzeum, nie zatrzymywać się na tyle a tyle sekund przed każdym obrazem, ale niezależnie od liczby gwiazdek w przewodniku i podpisu pod płótnem, stać dłużej przed tym, co natychmiast, instynktownie przemawia do człowieka, a pozostałe szybko ominąć. Człowiek po prostu nie ma siły na zbyt wiele! Na przykład Backberg¹ – wróciła tu dziś po podróży pociągiem pospiesznym przez Rzym i Neapol, była zwyczajnie zmęczona, zmordowana. Enckellowie² dali mi jej numer telefonu, umówiłam się z nią na Piazza Signoria. Pojechałyśmy do Fiesole z włókniarką, panią Geijer, i chodziłyśmy tylko tam, gdzie miałyśmy ochotę, bez pośpiechu i map. Backberg powiedziała, że to najpiękniejszy dzień jej podróży – a dlaczego? Całkowicie odpoczęłyśmy, zrezygnowałyśmy z całego „programu”, już nie byłyśmy turystkami. Wysoko na górze znalazłyśmy trattorię, z której rozciągał się widok na całą dolinę, Firenze połyskiwała w słońcu. Wokół drzewka pomarańczowe (nareszcie!), ciężkie, bujne kiście fioletowych kwiatów, irysów i małych żółtych róż, które są tu jak całe drzewa. 

Piłyśmy tam chianti, rozmawiając radośnie i lekko o różnościach, zarówno wczoraj, jak i jutro były bardzo odległe. Potem weszłyśmy do maleńkiego klasztoru, gdzie jeden z zakonników mówił po szwedzku („bardzo piękna mała cela, prosię bardzo”).Listy Tove Jansson

Schaumanowie wyjechali, z mnóstwem pozdrowień dla Was. Fajnie było się z nimi spotkać, traktowali mnie miło i przyjaźnie. Wczoraj wieczorem spacerowałam nocą po mieście z Elisabeth, było nam razem tak przyjemnie. Sigrid wydawała się bardzo zmęczona podróżą. Jakiś życzliwy, ale głupi znajomy przesłał im do Rzymu zapowiedź wojny, więc nie zdobyli się, ku wielkiemu rozczarowaniu Elisabeth, na podróż do Napoli. Słychać jednak, jak ludzie rozmawiają między sobą, że w najbliższym czasie będzie spokojnie. Thessleffki³ wydawały się przybite, gdy je ostatnio spotkałam, nie mówiły wiele. Zamknęły się u siebie i przygotowują do podróży powrotnej. Enckellowie zostają do piątku. – Dziś rano kupiłam sobie tesserę na 5 dni i przeszłam się po galerii Uffizi. Potem zatraciłam się w sklepikach. Kupiłam słomkowy kapelusz à la „viva Villa” za 10 lirów i nową, większą torbę, oraz rękawiczki za 20. Zagłębianie się w asortymencie sklepów jest śmiertelnie niebezpieczne – mają piękne rzeczy warte grzechu. W Neapolu kupię białe korale dla mamy i siebie – są tam tańsze. Jeśli ktoś życzy sobie czegoś specjalnego, napiszcie mi o tym! Drobiazgi, które Sigritta zabierze ze sobą, są tylko małym dowodem pamięci. Dziś wieczorem dostałam nowy pokój, którego okna wychodzą na Arno. Jest o 3 l. droższy, ale dziesięć razy przyjemniejszy niż tamten ze ścianą 1½ m od okna, pusty i ponury. Tutaj wysoki sufi t jest pomalowany w boginie i kwiaty, piec kaflowy bogato zdobiony, a łóżko wręcz królewskie. Cała casa⁴ była kiedyś pałacem, są tu jeszcze tego reminiscencje.

Właśnie się wykąpałam, schowałam za ciasne buty za szafkę i zacerowałam skarpetki. Wszystko jest dobrze, poza wypryskami na dłoni, mówią, że to od zepsutej ryby. Zjadłam tylko jednego raka na Colombie⁵, ale może rzeczywiście był niedobry. Dobranoc wszystkim, wielkie uściski! Napiszcie dokładnie, jak się wszyscy czujecie, szczególnie mama. Pozdrówcie Gordina⁶ i Ragni⁷, i Laurénów. Jak idzie z wystawą Związku Rysowników i konkursem państwowym? Czy Prolli dużo imprezuje? Zdał historię sztuki? Czy Samu wrócił do domu? Itd.?

Wasza własna Noppe.

PS 26 kwietnia –39

Dziś mży. Wiktor Emanuel zaszczyca dziś florentyńczyków wizytą, więc wszystko jest blockato, ulice, place i muzea. Widziałam, jak przejeżdża obok, a chmara mężczyzn biegła na przodzie i zachęcała ludzi do oklasków. Wszędzie wywieszono flagi, a z okien zwisają kolorowe czapraki. Po tym jak znalazłam trzy niezamknięte kościoły i pomagając sobie łokciami, przedostałam się do przodu z prędkością dwudziestu metrów na godzinę, uciekłam na San Miniato i próbowałam stamtąd dotrzeć do Giardino Boboli. Znalazłam go po kilku godzinach wspinaczki, ale był zamknięty, bo księżniczka była w odwiedzinach w Pitti. Podobnie Casa Buonarroti. Teraz ułożyłam nogi w górze, kupiłam anemony, podwójne, w 15 różnych kolorach i 6 razy większe od naszych, za 1,50 lira i piję wermut, który zostawiła mi Sigritta. Na dworze ulewa.

Elisabeth kupiła sobie prawdziwą faszystowską czapkę, będzie ją nosić na te dansante⁸ i takie różne w Helsinkach. Bellissimo! Rodacy wyjeżdżają. Kilkoro z nas idzie dziś wieczorem do opery, będzie fajnie – choć drogo. – Pomyślałam, żebyście nie słali listów tu do Fermy⁹, tylko od razu do Rzymu. W każdym razie pójdę tam i sprawdzę, zanim wyjadę.

PS Wypryski zniknęły. – W pudełku w garderobie taty znajdziecie tuzin wizytówek albo trochę mniej, będę wdzięczna, jeśli wyślecie je do mnie (włóżcie kilka do listu).

W nocy, godz. 2. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam operę, która nie wydała mi się bezsensownym połączeniem muzyki i teatru. Trubadur. Madonna mia, jak oni śpiewali! To było niezaprzeczalnie piękne. Zdobyłam bilet dzięki przemiłej Dunce, właścicielce pensjonatu, pojechaliśmy tam całą zgrają samochodem, a po powrocie poczęstowała nas chianti i kanapkami z serem. Człowiekowi robi się tak ciepło na sercu, gdy ludzie za granicą są mili, bo jakkolwiek by na to patrzeć, jest się czasem nieco zagubionym. Król też był w operze, dziś otwierano program całego festiwalu z najpotężniejszymi głosami Włoch, cały parkiet zapełniał kwiat florenckiej urody i elegancji. Jakież piękne kobiety, a jakie suknie! My, plebs, siedzieliśmy na wielkiej, amfiteatralnej galerii, na zwykłych kamiennych schodach, na których kładło się małą, wypożyczoną poduszkę. Było tam tak mało miejsca, że cały rząd musiał wychodzić, jeśli jedna osoba potrzebowała do kibla. Teraz nieubłaganie nadchodzi sen.

Uściski.

Wasza własna Noppe.

PS Kiedy wracaliśmy samochodem, prawie wypadłam, bo na zakręcie otworzyły się drzwi. 

¹ Backberg – Regina Backberg. T.J. spotkała ją w pierwszym etapie podróży, na promie z Helsinek do Tallina.
² Enckellowie – Rabbe Enckell, artysta i pisarz, i jego ówczesna żona Heidi.
³ Thessleff ki – Ellen Thesleff , artystka, i jej siostra Gerda Thesleff. 
⁴ Casa (wł.) – dom.
⁵ Colombia – kawiarnia w Helsinkach.
⁶ Gordin – Rafael Gordin, lekarz rodziny Janssonów. Zobacz Listy do Evy Konikoff .
⁷ Ragni – Ragni Cawén, artystka, żona Alvara Cawéna.
⁸ Dansante (fr.) – wieczorek taneczny.
⁹ Ferma – urząd pocztowy. T.J. jako adres podaje często „ferma in posta”, tj. poste restante. 

LISTY TOVE JANSSON

Wybór i komentarze: Boel Westin i Helen Svensson

Tłumaczenie: Justyna Czechowska

Wydawictwo Marginesy 2016

KSIĄŻKA POD PATRONATEM MAGAZYNU.

Przeczytajcie inne artykuły związane z Tove Jansson:

MOOMIN BUSINESS I CAŁA RESZTA

FILOZOFIA MUMINKÓW

TOVE JANSSON: OSTATNIA RETROSPEKTYWA

PAMIĘTNIKI MAMUSI MUMINKA

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123
To jest artykuł z serii CZYTELNIA MAGAZYNU

Zobacz także