peryferia
MAGAZYN KULTURALNY
05 kwietnia 2016

Gentryfikacja pożera własne dzieci

Zniknięcie z warszawskiego Powiśla kultowej księgarnio-klubo-kawiarni “Czuły Barbarzyńca” wywołało wiele żalu, smutku, a także dyskusji o czytelnictwie i małych księgarniach. Zabrakło jednak w tym wszystkim refleksji nad szerszym problemem, którego ofiarą, ale i poniekąd przyczyną, stał się “Czuły Barbarzyńca” - nad gentryfikacją.

fot. Patryk Korzeniecki, Creative Commons 3.0

Samo słowo oczywiście padło, a właściciel księgarni sam przyznaje, że padł ofiarą popularności swojego lokalu. Nikt natomiast nie przyjrzał się bliżej związkom między otwarciem i zamknięciem klubo-księgarni, a gentryfikacją Powiśla. Szkoda, bo to dzwonek alarmowy dla miasta i jego mieszkańców.

Rozwój wypadków, który dotknął "Czułego Barbarzyńcę", można było przewidzieć już kilka lat temu. Co nie mniej ważne, w obliczu zaistniałej sytuacji, można przewidzieć dalsze, niezbyt optymistyczne losy dzielnicy. Wszak zamknięcie kultowego miejsca to domknięcie pierwszej fazy gentryfikacji Powiśla, a wydarzenia wokół zamknięcia księgarni są podręcznikowym przykładem tego procesu.

Gdy na Dobrej 31 otwierał się “Czuły Barbarzyńca”, Powiśle było miejscem wymarłym, raczej niezachęcającym. Do zmiany sytuacji przyczyniła się nowatorska klubo-księgarnia, to za jej sprawą studenci i “klasa kreatywna” zaczęła coraz częściej przebywać w tej części miasta, by przy latte poczytać książkę, wziąć udział w spotkaniach z autorami książek i innych wydarzeniach. Tym samym lokal przy ul. Dobrej 31 stał się tzw. “pionierem gentryfikacji”.

Pionierów cechuje chęć poszukiwania wyjątkowego, autentycznego klimatu dzielnicy. Nie są oni nastawieni wyłącznie na zysk, często widzą swoją rolę jako wzbogacanie “zapyziałej” okolicy. Za Czułym zjawiły się w niej kolejne podobne miejsca. “Młodzi kreatywni” przesiadujący w kawiarenkach stali się normą, zaczęli zamieszkiwać okolicę, a prestiż Powiśla zaczął szybować w górę. W ślad za nimi przybyli deweloperzy budujący jedne z najdroższych w mieście apartamentowce - to znak, że sława dzielnicy dawno wyszła z kręgów studenckich i dotarła do klas wyższych. Tuż obok kontrastują obdrapane kamienice czynszowe, których lokatorzy mogą co najwyżej pomarzyć o wypiciu kawy w jednej z modnych kawiarni. Powoli, to co tworzyło klimat zapuszczonej dzielnicy, zaczyna uwierać, brudne ściany czynszówek bardziej rażą w oczy, gdy obok błyszczy świeża elewacja apartamentowców. Jednak w mieście działają czyściciele kamienic skupujący roszczenia do przedwojennych kamienic. Na Powiśle docierają wraz z deweloperami i przejmują czynszówki, by mogli w nich teraz mieszkać ludzie, którzy zapłacą odpowiednią sumę za “klimat dzielnicy”. To właśnie jeden z nich wypowiada umowę właścicielowi kultowej klubo-księgarni.

Nie mogło być inaczej: od nowojorskiego Soho, przez berliński Kreuzberg, po warszawskie Powiśle, ma miejsce ten sam schemat. Pionierzy gentryfikacji niegdyś skuszeni niskimi cenami za wynajem lokalu, dziś nie są w stanie podołać horrendalnym stawkom i zmuszeni są do wyprowadzki z dzielnicy, tym samym domykając pierwszy etap procesu. Gentryfikacja pożera swoje dzieci. W miejsce pierwszych kawiarenek otwierają się takie, które wyraźnie skierowane są do klientów z wysmakowanym gustem i zasobnym portfelem. Jednak już dziś widzimy jak pomału Powiśle zaczyna przypominać pozostałe dzielnice. Apartamentowce o takich samym elewacjach wyrastają jeden za drugim, jak grzyby po deszczu zaczynają pojawiać się komercyjne, sieciowe kawiarnie. Nie bez powodu Starbucks jest jednym z symboli gentryfikacji. Otwarcie jakiegoś McDonalda w okolicy to tylko kwestia czasu. Już niewiele brakuje, by nowi mieszkańcy poczuli się “jak u siebie”.

A co z dawnymi mieszkańcami przeważnie czynszowych kamienic? Gdy martwimy się o przyszłą lokalizację kulturotwórczej klubokawiarni nikt nie pyta się o przyszłość rugowanych ze swojej dzielnicy ubogich lokatorów.

Wielu miejskich badaczy i aktywistów jasno stwierdza: powstrzymanie szkodliwych procesów rewitalizacji jest możliwe poprzez zawrócenie rozwoju miasta z neoliberalnej ścieżki, i zaprzestanie postrzegania miasta jako firmy, w której komercyjny zysk jest wyznacznikiem postępu stolicy.

Jeśli naprawdę nam szkoda “Czułego Barbarzyńcy”, powinniśmy wziąć jego zamknięcie, jako przestrogę, by nasz żal nie był tylko żalem klasy średniej, która po prostu straciła ulubioną kawiarnię.

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także