film
MAGAZYN KULTURALNY
15 sierpnia 2016

WTÓRNE STANY MIŁOŚCI

Tomasz Wasilewski ogląda dużo. W „Zjednoczonych Stanach Miłości” jest Ulrich Seidl w biernej kamerze i ćwiczeniach w basenie, rumuńskie kino za sprawą operatora Olega Mutu, współpracującego wcześniej z Cristianem Mungiu, czy wreszcie wspominany we wszystkich recenzjach Krzysztof Kieślowski. I choć może brzmieć to absurdalnie, to bardzo źle, że Wasilewski widział te filmy, a może najgorzej, że widz widzi, że je widział.

Zjednoczone stany miłości, reż. Tomasz Wasilewski - kadr z filmu

Bohaterki są cztery: Agata, kocha księdza Adama, równocześnie kocha się agresywnie ze swoim mężem; Iza, zadbana dyrektorka szkoły, kocha Karola, on po śmierci żony nie chce kontynuować ich romansu; Marzena, prowadzi wypożyczalnie VHS-ów, od trzech lat tkwi w związku na odległość, szuka miłości; Renata, nauczycielka rosyjskiego, traci pracę na rzecz anglistki, po śmierci partnerki zajmuje się kanarkami, zakochuje się w sąsiadce Marzenie. Do tego scenografia z początku lat 90., małe miasto, dojmująca szarość.

Słusznie piszą Kinga Dunin i Agnieszka Wiśniewska, że Wasilewski to prymus polskiego kina, że ma wyostrzone ucho na feministyczną krytykę, że ładnie odrobił lekcje. I zgodzę się, że zawiódł, co ostatecznie w swojej recenzji przyznają same autorki. Oglądając „Zjednoczone Stany Miłości” ma się wrażenie powtórki, wszędobylskiej wtórności, która nie pozwala na wejście w historię czterech nieszczęśliwych kobiet. Film Wasilewskiego jest zgrabny, estetyczny, wykalkulowany pod festiwalowego widza, i wreszcie nudny, a miejscami frustrujący w kolejnych kalkach.

W tym wszystkim należy docenić Dorotę Kolak za obecność, za smutek w oczach i niepokój, kiedy myje mokrą szmatką ciało Marty Nieradkiewicz. Aż żal, że jej historia, to jedynie część tego filmu. Docenione za scenariusz w Berlinie „Zjednoczone Stany Miłości” są dobrą próbką kina festiwalowego, szkoda, że tylko próbką. 

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także