literatura
MAGAZYN KULTURALNY
13 października 2016

KRÓL NAD WISŁĄ

Szczepanowi Twardochowi dużo bliżej do plotkarza zafascynowanego subiektywnym oglądem świata niż racjonalisty wierzącego w obiektywizm. „Król” jest powieścią o plotce, o tym, co się wydaje, o domysłach i pamięci żydowskiego pięściarza.

Szczepan Twardoch, KRÓL, Wydawnictwo Literackie 2016 - okładka

Warszawa lat 30. XX wieku, w dawnym Teatrze Nowości rozgrywany jest mecz o drużynowe mistrzostwo stolicy między Legią a Makabi: „Dookoła ringu zgromadziły się dwie Warszawy mówiące dwoma językami, żyjące w osobnych światach, czytająca inne gazety i darzące się nawzajem w najlepszym razie obojętnością, w najgorszym – nienawiścią, a zwykle po prostu pełną dystansu niechęcią, jakby mieszkały nie ulica w ulicę, tylko rozdzielone oceanem (…)”. Mojżesz Bernsztajn, siedemnastoletni syn skromnego żydowskiego urzędnika siedzi na widowni, jest rok 1937 i walka o zwycięstwo jest czymś większym niż triumf w zawodach. Bohaterowie Twardocha wielokrotnie wspominają o wyjeździe do Palestyny, a kolejne walki uliczne i strzelaniny Narodowej Partii Robotniczej i ONR-Falanga z jednej strony a Betaru czy Poalej Syjon-Lewica z drugiej, jedynie wzmacniają przekonanie wielu Polaków pochodzenia żydowskiego o konieczności wyjazdu, o obcości zamieszkiwanych dzielnic. Ten binarny podział na polskie i żydowskie zdaje się porządkować całą przestrzeń powieściowej Warszawy.

W „Królu” jest wiele z poprzedniego powieściowego Twardocha, który lubuje się w estetyzacji przemocy, przeciąga sceny morderstw i gwałtów, i w końcu legitymizuje ją przy pomocy figury krępego cielska kaszalota unoszącego się nad miastem i śpiewającego cichą pieśń łowcy. I ponownie głos narratora zdaje się wszechwładny, wytycza on granice poznawcze, każe używać swojego języka. Autor jednak tym razem robi przewrotkę narracyjną, którą sprawia, że czytelnik do samego końca nie wie kto wspomina i kto wielu rzeczy nie pamięta. Nie budzi to jednak czytelniczego dyskomfortu – „Król” jest napisany w sposób rewelacyjny. Kloszardowość dialogów i obecny w nich jidysz zdają się dopełniać i uwiarygadniać powieściową scenografię. 

Trzeba przyznać, że Twardoch z dużym wyczuciem oddaje atmosferę tamtych lat, co zgrabnie koresponduje i uzupełnia akcję „Króla”. I choć mamy do czynienia z powieścią gatunkową, historią gangsterską, to mimo to autor daleki jest od moralizatorskiej czerni i bieli. Bohaterowie Twardocha oddychają złem, a w swojej konsekwencji stają się ofiarami systemu społecznego, do którego kształtu – paradoksalnie z intencją zwalczania go – przyczyniają się. I można mieć autorowi za złe, że się nie opowiada za jedną z przywoływanych wizji polskiego społeczeństwa, jednak nie w tym widziałabym problem. To, co w jakiś sposób razi i psuje dobre wrażenie, to końcowe strzały, którymi Twardoch oczyszcza scenę. Jest to oczywiście bliskie konwencji gangsterskiej, ale kolejne zabójstwa nie dążą do jej przekroczenia, a budzą jedynie poczucie przesytu.

To powieść o codziennych zmaganiach, o utracie tchu, o bólu i cierpieniu. To również historia lokalnej społeczności zachowana we wspomnieniach bohaterów. To Ryfka, Szapiro, Radziwiłek, Mojsze i Kum. To opowieść o dochodzeniu do władzy, to „Jestem królem tego miasta”, to nieudany zamach stanu planowany w październiku 1937 roku przez Mościckiego, Rydza-Śmigłego i Piaseckiego. W tym wszystkim Szczepanowi Twardochowi dużo bliżej do plotkarza zafascynowanego subiektywnym oglądem świata niż racjonalisty wierzącego w obiektywizm. „Król” jest powieścią o plotce, o tym, co się wydaje, o domysłach i pamięci żydowskiego pięściarza. I w tym doszukiwałabym się największej rewelacji. 

Szczepan Twardoch, Król

Wydawnictwo Literackie 2016

następna
strona
poprzednia
strona

Zobacz także