Atak klonów, czyli "Millenium" kontratakuje
David Fincher w wywiadzie dla „Newsweek Polska” (numer pojawi się w kioskach w najbliższy poniedziałek) podkreśla, że w swoim najnowszym filmie – adaptacji pierwszej części bestsellerowej trylogii Stiega Larssona, chciał położyć duży nacisk na relacje pomiędzy Lisbeth Salander, a Mikaelem Blomkvistem. I to uczynił, relację tę upraszczając i wygładzając w sposób niegodny tak dobrego reżysera.
Salander, która nie dosyć że rano wciąż jest w łóżku Blomkvista, to jeszcze bez większego problemu rozmawia z nim o sobie, wpatrując mu się głęboko w oczy? Litości, równie dobrze mogłaby mieć na plecach zamiast smoka wytatuowane serduszko...
Te modyfikacje wprowadzone w postaci genialnej, socjopatycznej hakerki mogłyby z łatwością ten film uśmiercić, jednak z odtrutką pospieszyła mu na pomoc Rooney Mara, grająca wyżej wspomnianą bohaterkę. Zagrała świetnie i chociaż nie przeskoczyła poprzeczki zawieszonej na niebotycznej wysokości przez Noomi Rapace, która zagrała Salander w szwedzkiej adaptacji tej książki, to nie rozbiła sobie o nią z hukiem głowy, co z dużym prawdopodobieństwem spotkałoby większość hollywoodzkich aktorek. Fincher wspólnie z producentami i specami od marketingu próbował strasznie skrzywdzić Salander, z kobiety walczącej ze światem mężczyzn, tworząc jego użyteczną, acz nieco ekscentryczną część. Jednak Rooney Mara, niczym Gandalf powstrzymujący Balroga, krzyknęła „You shall not pass!” i dzięki niej ta postać, (dużo istotniejsza de facto zarówno dla filmów, jak i książki od Blomkvista), pomimo chwilowych skrzywień w stronę nastoletniego podlotka, wciąż jest intrygująca. Wspomniani przez mnie spece od marketingu wyprodukowali krążący po sieci ten plakat. Świadczy on o głębokim niezrozumieniu Lisbeth, która po byciu tak skrzywdzoną przez męski świat, na pewno nie byłaby specjalnie skora do pozowania półnaga władczo objęta przez Bonda... Jednak marketing, niestety, rządzi się swoimi prawami, tak więc ten – kolejny – gwałt na Lisbeth Salander stał się faktem po to, żeby więcej pieniędzy wycisnąć z tego i tak komercyjnie nastawionego przedsięwzięcia.
Jeżeli chodzi o Daniela Craiga w roli walczącego ze spiskiem polityczno-finasowym dziennikarza śledczego, to gdyby to była relacja z meczu piłkarskiego napisałbym, że „przebywał na boisku przez pełne dziewięćdziesiąt minut”. Zagrał poprawnie, ciężko mu zarzucić jakieś większe grzechy aktorskie, ale na pewno nikogo poza swoimi najwierniejszymi fankami na kolana nie rzuci. Postać Mikaela Blomkvista była wybitnie bezbarwna już kiedy wyszła spod pióra Stiega Larssona, i byłby potrzebny naprawdę wybitny aktor, w rodzaju chociażby Edwarda Nortona, żeby tchnąc w nijakiego Kalle Blomkvista nowe życie. Craig tego bez wątpienia nie dokonał, a na miejscu reżysera „Siedem” trzykrotnie bym się zastanowił zanim powierzyłbym rolę błyskotliwego, acz nieco ciapowatego dziennikarza, któremu do sukcesu niezbędna jest pomoc bardziej zdecydowanej Salander, facetowi, który jako Bond kojarzony jest z samczą dominacją. A dowodem na to, że przejęcie filmu przez amerykanów było zbędne niech będzie fakt, że obok Rooney Mary najlepszą rolę w filmie zagrał aktor szwedzkiego pochodzenia, Stellan Skarsgård. Był on w roli Martina Vangera przejmujący, wiarygodny i – jako jedyny – zdecydowanie lepszy od swojego odpowiednika w poprzedniej ekranizacji. Czyli tylko Szwed mógł być lepszy od Szweda grającego w ekranizacji szwedzkiej powieści. I gdzież tu miejsce dla Amerykanów?
Czytając moje wcześniejsze narzekania zapewne jesteście przekonani, że z kina wyszedłem skrzywiony i z niesmakiem w ustach? Otóż nie, spędziłem tam bardzo przyjemne dwie i pół godziny, oglądając naprawdę ciekawy, dobrze zrealizowany film, ze świetnymi zdjęciami, znakomitym montażem i wspaniale dobraną ścieżką dźwiękową. Jednak miałem cały czas z tyłu głowy świdrujące pytanie: „po co?”. Po co ten film w ogóle został nakręcony? Czyż trzy dobre powieści kryminalno-sensacyjne, oraz naprawdę znakomita, wierna i świetnie zagrana ekranizacja wyprodukowana przez Szwedów nie wystarczą żeby opowiedzieć jedną historię? Czy Michael Nyqvist, którego sam Stieg Larsson wyobrażał sobie jako filmowego Blomkvista, naprawdę musiał zostać wymieniony na Craiga?
Wedle władających Hollywood najwidoczniej tak. Wszystko co dobre, musi zostać przepuszczone przez ich durszlak. Na szczęście ów durszlak w ręku Davida Finchera nie okazał się zabójczą bronią, nie okazał się gilotyną pozostawiającą z pełnej wigoru historii zdekapitowany korpus drgający w przedśmiertnych konwulsjach. Nie, z drugiej strony durszlaka wyszła owa historia w całkiem dobrej formie, na pewno efektowniej ubrana i emanująca seksem. Jednak to wciąż ta sama historia.
Tyle znakomitych skandynawskich kryminałów nie doczekało się jeszcze przyzwoitej ekranizacji. O wiele większy pożytek dla świata byłby, gdyby Fincher zdecydował się zekranizować którąś z powieści świetnego norweskiego pisarza Jo Nesbo, czy też innego Szweda Henninga Mankella. Jeśli masz ochotę spędzić dwie i pół godziny w kinie na naprawdę niezłym filmie – polecam. Jeśli jednak to miałoby być Twoje pierwsze zetknięcie z trylogią „Millenium”, to najpierw przeczytaj książki, potem jeśli najdzie Cię ochota na film obejrzyj ich szwedzką ekranizację, a na koniec wybierz się do kina sprawdzić czy była jakakolwiek potrzeba poza finansową, aby Hollywood zajęło się „Millenium”.
Marcin Bratkowski

