sztuka
MAGAZYN KULTURALNY
01 kwietnia 2013

Powrót do korzeni

Jak wyglądała praca grafika w latach 80. w Polsce, jak zmienił się rynek artystyczny od tego czasu i dlaczego ważny jest dialog z artystą, opowiada Mateusz Stryjecki.

Mateusz Stryjecki "Strażnicy"

MAGAZYN: Jest Pan synem znanego architekta, grafika i malarza Maurycego Tomasza Stryjeckiego. Jak wyglądało Pańskie dzieciństwo?

Mateusz Stryjecki: Dzieciństwo pamiętam przez pryzmat pracowni ojca. Bardzo często mnie do niej zabierał, a potem często zapraszał do pomocy, bądź przy budowie makiet stoisk wystawienniczych, bądź przy wykonywaniu plakatów. W pracowni również przygotowywałem się na studia, rysując i malując.

Decyzję o studiach na Akademii Sztuk Pięknych podjął Pan sam, czy pod wpływem artystycznego otoczenia?

Jakoś tak samo wyszło - od dzieciństwa było oczywiste, że będę robi to, co ojciec. Nie przypuszczam, żebym kiedykolwiek się zastanawiał nad  inną opcją. Zajmowałem się też pisaniem i wykonywaniem piosenek, komponowaniem muzyki oraz pisałem wiersze. Jednak Akademia, gdzie zdałem od pierwszego podejścia, była naturalnym przedłużeniem dzieciństwa spędzonego w środowisku - można powiedzieć - bardzo artystycznym.

Ukończył Pan studia na wydziale grafiki u profesora Macieja Urbańca. Jak wyglądały początki Pańskiej kariery po studiach?

Po studiach zacząłem współpracować z Wydawnictwem Sigma, gdzie wykonywałem liczne okładki i ilustracje dla czasopisma „Przegląd Techniczny“. Wkrótce do tego doszła współpraca z Centralnym Ośrodkiem Sportu, gdzie wykonywałem projekty plakatów, medali i publikacji promocyjnych oraz - jak by się dzisiaj powiedziało - gadżetów, czyli znaczków do klapy lub proporczyków. Współpracowałem również z Krajową Agencją wydawniczą i Młodzieżową Agencją Wydawniczą, z czasopismem „Fantastyka“, dla którego projektowałem również okładki, plakaty i tworzyłem ilustracje. No i oczywiście malowałem, sprzedając obrazy w warszawskich galeriach.  

Jak wyglądała praca grafika w latach 80. kiedy o komputerach można było tylko pomarzyć? Z jakich materiałów Pan korzystał?

Projekty czasopism wykonywało się ręcznie, makiety rysowało ołówkiem i kredką. Elementy liternicze wyklejało się z czegoś w rodzaju kalkomanii, zwanej Letrasetem. Istniały już urządzenia do fotoskładu, a cały montaż czasopism i projektów plakatów, czy np. katalogów, odbywał się na podświetlanych stołach do montażu klisz fotograficznych. Natomiast w kwestii ilustracji i plakatu, narzędziami były piórka, tusze kolorowe, farby plakatowe, pędzle - po prostu klasyka.

Słyszałam, że w młodości zajmował się Pan równolegle muzyką?

Tak, właściwie do dzisiaj się tym zajmuję. Około 25 piosenek własnego  autorstwa nagrałem dla Polskiego Radia. Również dla Polskiego Radia stworzyłem muzykę do dwóch słuchowisk radiowych (jedno wg własnego scenariusza). W Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia nagrałem kilka kompozycji własnych. W Kanadzie skomponowałem i wyprodukowałem oprawę muzyczną pięciu spektakli teatralnych, zdarzyła się też po drodze płyta z polskimi piosenkami dla dzieci. Po powrocie do Polski nagrałem cztery niszowe płyty z muzyką chilloutową. Następnie były dwa lata grania w zespole grającym muzykę irlandzką, a obecnie nagrywam piosenki własnego autorstwa z zespołem Formacja Prodiż.

Po transformacji ustrojowej wyjechał Pan do Kanady wykładać na Concordia University w Montrealu. Jakie możliwości otworzyły się przed Panem po wyjeździe z kraju?Powrót do korzeni

Przede wszystkim musiałem się nauczyć żyć i pracować w zupełnie różnych warunkach ustrojowych, ekonomicznych i kulturalnych. Dało mi to odwagę, wolność działania i pewność siebie. Również mogłem zapoznać się z o wiele bardziej rozwiniętymi technologiami związanymi z zawodem. Nowe narzędzia stały się moją pasją. Praca na uniwersytecie była ukoronowaniem moich doświadczeń zdobytych w Polsce i Kanadzie.

Czy podejście wykładowców do studentów szkół artystycznych na zachodzie różniło się od tego w Polsce?

Tak, studenci byli, jak zauważyłem, bardziej świadomi swoich potrzeb,  wręcz domagali się od wykładowcy dzielenia się swoją wiedzą teoretyczną i praktyczną, pomocy w realizacji zadań. Wykładowca był dla nich z założenia nie tylko osobą prowadzącą zajęcia, ale też mentorem i przyjacielem. To fantastyczna motywacja do wysiłku i wspaniała wspólna zabawa. W Polsce jest z tą świadomością trochę gorzej, ale pomimo tego praca wykładowcy sprawia mi olbrzymią przyjemność.  

A jednak zdecydował się Pan wrócić do Polski?

W zasadzie nigdy nie planowałem emigracji. Pojechałem za ocean na dwa, może trzy lata, aby zebrać ciekawe doświadczenia. Zeszło się trochę dłużej. Zawsze jednak byłem przekonany, że na stałe mieszkam w Polsce.  

Opracowywał Pan szatę graficzną dla kultowych magazynów jak „Mikroklan“, „Przegląd techniczny“, czy „Fantastyka“. Jak wyglądała współpraca z tymi magazynami?

Trudno powiedzieć, szło się do redakcji, dostawało zamówienie,  przynosiło się pracę. Miałem zawsze szczęście do współpracy z bardzo miłymi, zaangażowanymi w to, co robią, osobami. „Mikroklan“ był dużym wyzwaniem - pierwsze polskie czasopismo o komputerach osobistych (PC), tworzone w całości bez użycia komputera. Najprzyjemniej wspominam okres współpracy z Tadeuszem Baranowskim i jego żoną, Anią Baranowską. Wraz z nimi pracowałem aż w trzech czasopismach dla dzieci i młodzieży, "Ja", "Ty" i "My" w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Ta współpraca dała mi bardzo wiele satysfakcji i najlepszych doświadczeń.  

Słyszałam, że jedna z Pańskich ilustracji do „Fantastyki“ przedstawiająca mózg w koszu na śmieci została skasowana przez cenzurę. Takich przypadków było więcej?

Tak, kilka. Mózg był akurat w „Przeglądzie Technicznym“. Pamiętam jeszcze przekorną ilustrację nagiego człowieka, przedstawionego na czworakach, którego ciało podzieliłem na ligawę, rumsztyk, łopatkę, udziec i tak dalej, jak na tablicach dla rzeźników. Było, jak się okazało, za ostro...

Widziałam, że obecnie prowadzi Pan firmę – czym dokładnie się Pan zajmuje?

W ostatnich latach działałem jednocześnie w trzech kierunkach: grafika reklamowa, stoiska wystawiennicze i projektowanie www. Mam na to coraz mniej czasu, powrót do malarstwa wciąga jak narkotyk.

Skąd czerpie Pan inspiracje do swoich prac?

Trzeba ciągle obserwować, co dzieje się na świecie, jakie są współczesne trendy. Nierzadko zdarza się powrót do zapomnianych na jakiś czas stylów myślenia. To przyjemność powracać do dawnych inspiracji. Czasem też odkrywam coś nowego, co zdecydowanie mnie nakręca, porusza nowe struny. Jakoś omija mnie wypalenie zawodowe, właściwe pomysły przychodzą mi do głowy coraz łatwiej. Myślę, że uczenie czegoś tak kreatywnego, jak reklama, jest przy okazji fantastycznym treningiem dla mózgu W czasie zajęć muszę przecież kreatywnie współpracować ze słuchaczami w realizacji ich zadań - a każdy ma inny temat. Natomiast obrazy przychodzą do mnie zawsze, kiedy zamknę oczy. Mam wrażenie, że jako młody człowiek "nie miałem o czym malować", teraz mam aż za dużo pomysłów. No nie - przesadziłem. Mam ich w sam raz.  

Jak ocenia Pan dzisiejszy rynek artystyczny? Co się zmieniło od czasu, gdy zaczynał Pan swoją karierę?

Malarstwo jest bardziej traktowane w sposób komercjalny i powoli pojawia się na polskim rynku nowy zawód, który na Świecie istnieje od dawna - zawód marszanda sztuki, czyli kogoś, kto aktywnie popularyzuje artystę na rynku. W galeriach widzi się dzisiaj mniej tak zwanego ambitnego malarstwa, ale za to więcej jest samych galerii. Handel sztuką odbywa się również w nowych mediach, mam tu na myśli głównie Internet. Odbiorca coraz mniej jest przygotowany na kontakt ze sztuką - brak jest w szkołach właściwego kształcenia w tej dziedzinie, często brak go całkowicie. W konsumpcyjnym modelu życiowym dość trudno ustalić fakt, że sztuka jest również produktem konsumpcyjnym - również ta bardziej ambitna. Jednak wciąż rodzą się ludzie wrażliwi w sposób naturalny na odbiór sztuki, a nawet pewnego rodzaju dialog z artystą. Współczesne środki komunikacji i media ten dialog na szczęście ułatwiają.  

Jak rozwój technologii wpływa na pracę grafika?

Ujmując odpowiedź w żartobliwym tonie - rozleniwia mózg. Dzięki dostępowi do Internetu można korzystać z niemal nieskończonego zbioru rozwiązań gotowych i dzieje się to ze szkodą dla kreatywności. Wciąż traktuje się komputer i Internet, jak coś, co "załatwia sprawę", a za mało jak narzędzie, które służy do realizacji indywidualnych wizji stworzonych w naszych głowach. Moi uczniowie niechętnie zdają sobie z tego sprawę, że dowolny projekt lub wizja powinna być tworzona w sposób intelektualny, wymagający pewnego teoretycznego przygotowania i pracy wstępnej, zanim jeszcze siądzie się za klawiaturą. Natomiast sama realizacja pomysłu i zakres działania grafika lub twórcy są dzięki współczesnym technologiom informatycznym wręcz fantastyczne. Mam tu na myśli o wiele krótszy czas wykonania i kontrolę projektanta nad techniczną stroną produkcji.

Próbował Pan już rysować przy pomocy tabletów?

Dzięki nieustannemu rozwojowi tych narzędzi i po długim czasie niepewności, tablet "przykleił" mi się do ręki na stałe. Od dwóch lat współpracuję z firmą przodującą na rynku w produkcji takich urządzeń. Zostałem nawet poproszony o przygotowanie programu w ramach czegoś, co - jeszcze nie po polsku - nazywa się Digital Painting. Czemu nie? Ale to jest jednak zupełnie coś innego od malarstwa olejnego - na pewno nie substytut. Po prostu nowy Świat.

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123

Zobacz także