literatura
MAGAZYN KULTURALNY
01 czerwca 2013

Utopia do zrealizowania

Filip Springer, po „Źle urodzonych”, publikuje reportaż o historii pewnej koncepcji, która wyprzedziła swoją epokę. „Zaczyn” opowiada o architektach, których zrealizowane obiekty nie do końca spełniały założenia twórców. Dlaczego tak było, jakie były pomysły Hansenów – odpowiada Filip Springer.

Filip Springer, fot. archiwum autora

Magazyn: Dlaczego, spośród wielu polskich powojennych architektów, zdecydowałeś się napisać reportaż o Hansenach?

Filip Springer: Powody były dwa w różnym czasie. Pierwszy, ten najwcześniejszy, to był taki, że robiłem książkę „Źle urodzone” i szukaliśmy z Markiem Woźniczką postaci, które by pokazywały poszczególne etapy rozwoju architekta tamtej epoki. Jak się spojrzy na tę książkę, to ona układa się w architektoniczną biografię kogoś, kto się urodził przed wojną, potem musiał przeżyć tę wojnę, odbudowywał Polskę, musiał się zmierzyć z socrealizmem, aż do transformacji i tego, co się wydarzyło po 1989 roku. Hansenowie pasowali z jednej strony do tej układanki, a z drugiej strony byli bardzo osobni wobec pewnych zjawisk w modernizmie. Po napisaniu tamtej książki wiedziałem, że jeśli bym chciał się jeszcze o kimś dowiedzieć, to właśnie o nich. I tak z tym poczuciem zostałem, ale że akurat Muzeum Sztuki Nowoczesnej zaczynało wokół Hansenów robić coś więcej, to pojawiła się szansa i propozycja, żeby o nich napisać.

W opracowaniach zwykle wrzuca się projekty Hansena do jednego worka z koncepcjami Archigramu czy projektantem Fullerem. Czy Hansen zdawał sobie sprawę z utopijności swoich projektów?

To jest trudne pytanie, bo oczywiście zdawał sobie sprawę, że to jest jakaś utopia. W książce nie daję jednej odpowiedzi. W wielu sytuacjach mówił, że to jest rzecz do realizacji (na początku lat 70), potem coraz częściej mówił, że to jest model intelektualny, czyli właśnie taka utopia. Nie wiem, co on do końca myślał. Jedyne pytanie, które bym chciał mu zadać, bo nikt mu nie zadał, to jest właśnie to, na ile on wierzył, że projekty są do realizacji, a na ile wyznaczał tylko kierunek. On oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo wybiega w przyszłość pewnymi koncepcjami.

„To jest zaczyn”, prawda? - tak odpowiada na pytania o swoje projekty.

Tak, ale to jest ucieczka, bo Hansen na początku nie uważał wcale, że to jest zaczyn, że to jest ferment, który zasieje. On uważał to, co jest na okładce książki. Dziennikarka pyta: „Każdy medal ma dwie strony. A jaka jest ta druga strona Linearnego Systemu Ciągłego?”, Hansen: „Szczerze mówiąc, nie widzę jej”. To pokazuje, że Hansen na początku wierzył, że nie ma czasu do stracenia i trzeba zacząć to budować. Gdy architekci i studenci robili mu zarzuty, że to jest nierealne, bo nie da się postawić w Lublinie wielkiej trybuny, na której będzie się stawiało domy, to on mówił: „Ale to jest tylko zaczyn”. Dla Hansena słowo „zaczyn” to słowo-klucz, które pozwalało mu uciec przed zarzutami, mimo że na początku zakładał coś zupełnie innego. W innym wymiarze cała postać Hansena jest dla mnie zaczynem do obmyślenia dzisiaj kwestii mieszkalnictwa, podejścia do przestrzeni i człowieka w niej. To nie jest jedyny możliwy scenariusz, tak jak się zwykło mówić, że niewidzialna ręka rynku wszystko ureguluje. Dla mnie to było bardzo rewolucjonizujące myślenie o przestrzeni.

Czy Forma Otwarta obecnie jest w stanie pokazać jak podchodzić do przestrzeni i budowania?Utopia do zrealizowania

Nie wiem, czy Forma Otwarta cokolwiek pokazuje, ale na pewno jest pewną filozofią czy kluczem do innego podejścia do przestrzeni, a przede wszystkim, co istotniejsze, do innego podejścia do człowieka – traktowania go po partnersku. Nie umiem odpowiedzieć, na ile to się dziś w realiach wolnorynkowych może sprawdzić, trzeba by zapytać architektów. Ci, z którymi rozmawiałem, mówią że jest im bardzo trudno aplikować Formę Otwartą do architektury (przynajmniej w Polsce). Jeśli się stworzy Polakowi ramy do wypełnienia ich swoją aktywnością , to postawi on tam szopę z kartonów. Bardzo wielu architektów mówiło, że wolą zamykać formę i dawać ludziom coś określonego, czego nie będą mogli zmienić, przynajmniej z zewnątrz – żeby nie tworzyć chaosu.

To trochę jak z Pietraszewskim, który chciał chłopom wybudować falanster, a ci nieufni i niewiedzący, co to jest, spalili go.

Aż tak chyba nie. Hansen zakładał, że ludzie wypełnią przestrzeń, którą on im stworzył, wartościowymi działaniami, które będą atrakcyjne wizualnie i będą dopełniać życie. Ale ludzie wolą szopy z kartonów. Nie szedłbym w uogólnienia, że musimy dojrzeć albo się douczyć.

W Warszawie kilka lat temu pojawił się pomysł, żeby namalować na ścianach osiedla Dudziarska „Czarny kwadrat” Malewicza i kompozycję Mondriana. Mieszkańcy to odrzucili mówiąc, że „teraz ich domy są w czarnej dziurze”. Na ile to przypomina propozycję Hansena, żeby robotnicy w Pruszkowie po pracy twórczo się realizowali w przestrzeni wypoczynku?

Niedokładnie znam tę historię, ale to się różni o tyle, że u Hansena to ludzie mieli decydować, co będzie u nich pomalowane. Jakby ludziom, którzy mieszkają na takim osiedlu, przynióśł Malewicza, to oni będą mieli automatyczny odruch odrzucenia. Hansen starał się nie narzucać. Oczywiście narzucał, ale u niego to bardziej skomplikowany proces. Na pewno nie zdobyłby się na coś takiego, żeby postawić na osiedlu rzeźbę, która nie będzie wynikiem społecznej debaty.

Tak jak z kościółem, który został postawiony w Lublinie.

Tak. To dotyczyło sfery religijnej. Hansen nie zakładał, że ta sfera jest istotna – dla niego nie była. Nie przewidział tego i to był jego najpoważniejszy błąd. We wszystkich innych kwestiach niezwiązanych z religią Hansenowie byli orędownikami rzetelnej konsultacji społecznej, wsłuchiwania się w głos człowieka. Ostatnio oprowadzam sporo dziennikarzy po Przyczółku Grochowskim i spotykam się z lekko pogardliwymi spojrzeniami ludzi. Jest to zderzenie tego, jak postrzegają przestrzeń osoby, które tam mieszkają i chcą mieć święty spokój, z tym, jak postrzega ją grupa, która zajmuje się tym zawodowo. Jeszcze gorsza jest grupa hipsterów, którzy uważają, że to są super-przestrzenie i chcą robić tam coś niestandardowego, wtedy będzie jeszcze bardziej cool. Będzie taki PRL, który będzie miał współczesne ślady i zrobi się kultowa przestrzeń. Strasznie wkurza mnie coś takiego. Widzę komentarze pod moimi wywiadami i tekstami, w których pojawiają się postulaty: „Wy, dzieciaki, zabierzcie się za coś, co jest istotne, bo to jest do mieszkania, a nie zachwycania się”. Ja się z tym zgadzam. Architektura, zwłaszcza mieszkaniowa, jest do mieszkania, a dopiero później do zachwycania się. Fajnie, jak ona jest dobra, przedstawia sobą jakąś wartość, ale to nie jest dla mieszkających tam ludzi najistotniejsze. Nie jest ważne, kto wybudował dany budynek. Zupełnie nie oczekuję, że mieszkańcy Przyczółka będą umieli wyrecytować biografię Hansenów albo w ogóle wiedzieć, kto to byli Hansenowie, że nie byli to skoczkowie narciarscy. Wszystkie inicjatywy narzucenia „fajności” z zewnątrz, a tak postrzegam tę na Dudziarskiej, choć musiałbym o niej doczytać, powodują w ludziach, którzy tam mieszkają i się borykają z problemami przestrzeni, automatyczne odrzucenie.

Czujesz się odpowiedzialny za wzbudzenie większego zainteresowania architekturą? Od wydania „Źle urodzonych” coraz częściej pojawiają się w dyskusjach budynki z PRLu, które musimy chronić.

Pewnie w jakimś sensie powinienem czuć się odpowiedzialny, bo książka jakoś zafunkcjonowała. Nie piszę po to, żeby była ona dyskutowana i brała udział w debatach. Trochę mnie nie interesuje, co się z książką dzieje później (o ile nie dotyka to mnie bezpośrednio, na przykład ktoś zarzuci mi błąd). Na ile to wpływa na zainteresowanie architekturą, na ile wpływa w koślawy sposób (bo mnóstwo hipsterów zainteresowało się tym dlatego, że to jest cool), to mnie kompletnie nie interesuje. Piszę książki, żeby sobie coś wyjaśnić. One się publikują, ktoś na tym zarabia pieniądze (między innymi ja, ale też moje wydawnictwo) i fajnie. Niechętnie biorę udział w dyskusjach o ratowaniu czegoś albo w akcjach ratowania. Oczywiście uważam, że trzeba to chronić, ale nie jestem osobą, która chciałaby brać w tym udział.

Jeżeli teraz byłaby do podjęcia decyzja: zniszczyć Przyczółek Grochowski czy remontować, to chroniłbyś to miejsce?

To jest kompletnie abstrakcyjna sytuacja, bo tam mieszka zbyt dużo ludzi, żeby kiedykolwiek to miało miejsce. Za mojego życia nie sądzę, żeby to się zdarzyło. Nie ma sensu generowanie takiej dyskusji – co by było, gdyby ktoś chciał wyburzyć Przyczółek Grochowski. Zobaczymy, jak będzie ktoś chciał. Zupełnie inaczej ma się sytuacja z budynkami użyteczności publicznej, które są zagrożone – Dworzec Centralny, Emilia, Rotunda. Wokół tego mnóstwo się dzieje. Mam dużo pokory w sobie wiedząc, że nie jestem architektem, pisząc o tych problemach. Zawsze słucham architektów. Ostatnio była dyskusja o Universusie – profesor Kucza-Kuczyński i wielu innych krytyków powiedziało, że to nie jest wartościowy budynek, który jest toporną aplikacją brutalizmu i nie trzeba go chronić. Ja się ku temu przychylam, mimo że sam bym pewnie uznał w moim małym rozumku, że on jest czymś wyjątkowym i trzeba go zachować. Niech sobie to wyburzają, nie mam z tym problemu. Jeżeli krytycy mówią, że to nie jest nic wyjątkowego – OK. Tę dyskusję o tym, co chronić, zostawiam krytykom i architektom, dlatego że ja nie mam żadnej podstawy, żeby się wypowiadać. Wszystkie budynki, których wyburzenie opisałem jako skandaliczne w „Źle urodzonych”, to było podparte tym, co mówili krytycy. Dzieją się też dobre rzeczy – to, co wokół Rotundy jest absolutnie bezprecedensowe i mam nadzieję, że stworzy dobrą praktykę. Ale to jest duży bank, który może sobie pozwolić na takie działania.

Jak bardzo twoja kolejna książka „Wanna z kolumnadą” będzie kontrastowała z „Zaczynem”?

Nie wiem, czy będzie kontrastowała. Każda książka jest osobna i pewnie, że Hansenowie byli kontynuacją „Źle urodzonych”, ale „Wanna” będzie o czymś zupełnie innym. Hansenowie pokazują pewną alternatywę dla tego, co jest dziś. Ta kolejna książka będzie mówiła właśnie o tym, co dzieje się teraz i dla czego nie ma alternatywy. Będzie pokazywała rzeczywistość w bezpośredni, momentami brutalny sposób i to, jak przestrzeń została sprzedana. U Hansenów nie było mowy o sprzedaży przestrzeni, bo żyli w systemie, w którym przestrzeń nie była na handel.

W momencie, w którym został wprowadzony w Polsce kapitalizm, Hansen jakkolwiek zmienił koncepcję?

- Nie, on nie zmieniał jej przez całe życie - od 1959 do 2005. To też spory problem. Niejedno się na świecie zmieniło, koncepcja Hansena – nie. Częściowo są one odpowiedzią na pytania z przeszłości, które na przykład nie są już aktualne albo na które znaleźliśmy już odpowiedź. Hansen siedział na tym swoim krzesełku i z perspektywy Formy Otwartej oceniał wszystko i to jest problem w ocenie jego postaci.

Istnieje pewien paradoks w Hansenie – z jednej strony unikał typizacji, każdemu mieszkańcowi proponował samodzielne ukształtowanie przestrzeni pokoju, a z drugiej strony studenci skarżyli się na schematyczne podejście profesora do korekt.

Tak, ale to są dwie różne rzeczy. Tam jest mnóstwo paradoksów. To, że chciał budować niecentralne państwo w centralnie zarządzanym systemie albo że nauczał w autorytatywny sposób rzeczy miękkich i demokratycznych. Tylko że Hansen za każdym razem argumentował, dlaczego ma być według jego pomysłu. Nie dlatego, że jest profesorem, ale dlatego, że to wynika z wielu czynników. Część ludzi nie znosiła analizy, jakiej Hansen poddawał całą sztukę (u Hansena dzieło sztuki jest wynikiem działania matematycznego), a nie wszyscy z tym się zgadzali. Część ludzi uważała, że spontaniczny akt wylania na ścianę puszki z farbą i odciśnięcia tam swoich stóp też jest sztuką mimo że nie wynika z chłodnej analizy, a z potrzeby chwili. Hansen był bardzo konsekwetny i spójny w tym, co proponował. Ci z jego pracowni, którzy osiągnęli najwięcej, tak naprawdę się z nim nie zgodzili. Kowalski, Raniszewski, Gutt, Cieślarowie, Kwiek i Kulik poszli w stronę pewnego zaprzeczenia Hansenowi. Poszli w stronę emocji albo plemiennego myślenia o sztuce czy Zofia Kulik pisząca, że interesują ją tylko formy zamknięte… Jednocześnie wszyscy mówili, że Hansen odcisnął na nich bardzo silne piętno i gdyby nie on, to nie byliby w tym miejscu, w którym są dziś. Hansen się z tego cieszył i nie uważał, że trzeba iść tą drogą, którą on wytyczył.

Jak się mieszka na Przyczółku Grochowskim? Słuszne jest kręcenie tam najmroczniejszych fragmentów polskich filmów?

To rzeczywiście dobre miejsce do kręcenia najmroczniejszych scen, ostatnio widziałem, że fragment „Drogówki” Smarzowskiego był tam nagrywany. Mieszka się dobrze i źle. Pod wieloma względami jest to przyjazne miejsce, lepsze od deweloperskich osiedli na przedmieściu. Jest niewielu ludzi, których możnaby się obawiać. Z drugiej strony nie mam okna w kuchni (albo miałbym na ciemny korytarz), nie mogę wywietrzyć mieszkania, słyszę sąsiadów i mam mały metraż. Nie zamierzam się stamtąd wyprowadzać, a gdybym się wyprowadzał, to nie z powodu architektury i to chyba znaczy, że mieszka się w miarę OK. To jest bardzo dobre miejsce do kręcenia tych wszystkich smutnych filmów, bo łatwo tam wygenerować atmosferę zagrożenia albo napięcia, bo to miejsce jest skonsturowane tak, jakby nie było przestępców na świecie. Jest tam mnóstwo zaułków, ciemnych korytarzy, takich miejsc, w których przestępca ma jak w raju, a Hansen nie zakładał, że istnieje ktoś taki, jak przestępca. Osobom, które są bardziej bojaźliwe albo mają doświadczenia z lat 90., kiedy Przyczółek był dosyć parszywym miejscem, może się mieszkać źle. Może się żyć niekomfortowo wieloosobowym rodzinom ze względu na metraż, jaki oferowali ówcześni decydenci.

Czy Hansen mógł popełnić błąd w założeniach? Każdemu chciał dać wszystkim po równo, a mimo to na Przyczółku wytworzyły się pewne enklawy, ludzie może chcą hierarchizacji.

Myślę, że to nie jest hierarchizacja, nie zgodzę się z tym. Jasne, że się gada, że jest podział na sfery – w jednej mieszkają inteligenci, a w drugiej hołota. Ale to się nie objawia w przestrzeni w żaden sposób. To, że się pojawiają kraty, wynika stąd, że ludzie chcą się jednoczyć w mniejszych grupach. Grupa całego osiedla, którą proponował Hansen, jest za duża, żeby się z nią utożsamić. Ale te mniejsze grupy się nie wartościują względem siebie.

Jak wpływ na twórczośc Hansena miała jego biografia i miejsca, w których przebywał?

Biografia raczej nie, ale miejsce, w którym się urodził, miało bardzo duży wpływ na niego. Po pierwsze dlatego, że ciągnęło go do Skandynawii i czerpał stamtąd pomysły. Po drugie dlatego, że z Hansena wyłaziła ta skandynawskość, zanim zobaczył Skandynawię – pewne podejście do przestrzeni, idea, że człowiek nie jest najważniejszy w krajobrazie i że jak budujemy dom, to wycinamy tylko tyle drzew, ile trzeba i jak spadają nam liście i igły na rynnę, to czyścimy rynnę, a nie wycinamy drzewo. Zupełnie inaczej niż w Polsce. Miałem ciarki na plecach, jak pomyślałem, że tak bardzo wychodzi to z człowieka, mimo że on się nie zetknął na początku ze Skandynawią. Wychowywała go matka-Rosjanka i Skandynawów w swoim otoczeniu miał niewielu. Do Finlandii pojechał, jak miał 38 lat, czyli jako architekt z uprawnieniami.

Nic dziwnego, że jego pomysły na architekturę przyjęły się właśnie tam.

Przyjęły się w Norwegii. To bardziej zasługa tego, że pewnego razu przyjechał do niego Sven Hatløy, który zabrał prace Hansena. Być może koncepcje Hansena zostały po prostu ubrane w słowa. Nie znalazło to uznania i akceptacji w Finlandii i w Szwecji. Pojawiają się tam rzeczy, o których możnaby powiedzieć, że są Hansenowskie, są Formą Otwartą, ale to nie wynika bezpośrednio z Hansena. Hatløy umiał to nazwać, kontynuują to w Bergen, ratują tam świat i będą demokratyzować Iran przy pomocy architektury, oczywiście polegną. Gdy myślę, gdzie Hansen mógłby rozwinąć skrzydła, to Skandynawia jawi się jako optymalne rozwiązanie.

Książka jest o Hansenach. Zofia Hansen pojawia się tam bardzo rzadko, jest właściwie wzmiankowana jako podpora dla Oskara. Z czego to wynikało?

Z tego, jaki oni przyjęli układ w swoim życiu. To była świadoma wspólna decyzja, a nie to, że Hansen ją zepchnął do cienia. Pani Zofia wielokrotnie mi mowiła: „Wymyślaliśmy razem, ale ja nigdy nie miałabym odwagi powiedzieć tego głośno”. To Hansen był bazą – mówił, zbierał cięgi, to on był ewidentnie na wierzchu. Nie chciałem zaburzać tego układu książką. W wielu rozmowach, które z nią przeprowadziłem, była wręcz zadziwiona tym, że pytam o jej życie osobiste albo jakie było jej dzieciństwo – o rzeczy niezwiązane z pracą, które ona uważała za nieważne. To człowiek, dla którego robi się architekturę, jest ważny.

Czy koncepcja Hansenów miałaby szansę sprawdzić się w kapitalizmie?

Na to pytanie w książce też nie odpowiadam. Wierzę w mądrość Hansenów. Wierzę, że mieli to obmyślone i wiedzieli, że w Polsce mogą niewiele, ale wiedzieli też (znali tamten świat), że na Zachodzie by mogli jeszcze mniej. Joanna Mytkowska zarysowała mi obraz Hansena negocjującego z deweloperem - obraz absolutnie abstrakcyjny. W tym sensie oni by się nie sprawdzili. Ale nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie.

Lubisz Hansena?

Tak, bardzo. Trzeba chyba lubić swojego bohatera, żeby o nim napisać. Powinno się, oczywiście, uważać, żeby nie napisać tego na kolanach (mam nadzieję, że tak się nie stało). Lubię go dlatego, że pokazał mi zupełnie inną drogę – taką, o której nie wyobrażałem sobie poważnie rozmawiać. O tym, co jest powinnością architekta, kim jest człowiek w tej przestrzeni. Zrobiła na mnie wrażenie jego życiowa postawa, jego zachowania w kluczowych momentach w historii Polski, które były bez wątpienia nienaganne moralnie. Wierzył w socjalizm, ale w 1968 roku stał po stronie studentów. Również szanuję to, że w 1980 roku, na fali karnawału „Solidarności” wierząc w socjalizm, chciał ratować partię, mimo że się w końcu do niej nie zapisał, bo uznał, że nie ma tam socjalizmu. To znaczy, że był bardzo przywiązany do idei, którą wyznawał. Konsekwencji życiowej bardzo mu zazdroszczę.

Z Filipem Springerem rozmawiała Katarzyna Nowicka

Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach

Wydawnictwo Karakter, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2013

seria: mówi muzeum

cena regularna: 49 zł

następna
strona
poprzednia
strona
przejdź do strony: 123456

Zobacz także